FANDOM


Rozdział VIII Czarny orzeł (Dubrowski)
Rozdział IX
Aleksander Puszkin
Rozdział X
Uwaga! Tekst wydano w 1926 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ IX.

W przeddzień święta zaczęli zjeżdżać się goście; jedni zatrzymywali się w pańskim domu, w oficynach, drudzy u ekonoma, inni u popa, inni u bogatszych chłopów; stajnie były pełne cugowych koni, wozownie zapchane różnemi ekwipażami. O dziewiątej godzinie rano zadzwoniono na mszę i wszyscy pociągnęli ku nowej, kamiennej cerkwi, zbudowanej przez Cyryla Piotrowicza i corocznie ozdabianej jego sumptem. Zebrała się taka mnogość pobożnych wielmożów, że prości chłopi nie mogli pomieścić się w cerkwi i stali na progu i w ogrodzeniu. Msza nie zaczynała się: czekano na Cyryla Piotrowicza. Przyjechał on w poszóstnej kolasce i dumnie poszedł na swe miejsce w towarzystwie Marji Cyrylówny. Spojrzenia mężczyzn i kobiet zwróciły się na nią; pierwsi dziwili się jej piękności, drugie oglądały z ciekawością jej strój. Zaczęła się msza; domorośli śpiewacy śpiewali na chórze; Cyryl Piotrowicz podciągał, modlił się, nie patrząc ni w prawo ni w lewo i z dumną grzecznością bił pokłony gdy djakon wspomniał o fundatorze tej cerkwi.

Msza skończyła się. Cyryl Piotrowicz pierwszy podszedł do krzyża. Wszyscy ruszyli za nim gromadą; sąsiedzi podeszli do niego z uszanowaniem, damy otoczyły Maszę. Cyryl Piotrowicz, wychodząc z cerkwi, zaprosił wszystkich do siebie na obiad, wsiadł do kolaski i odjechał do domu. Wszyscy pojechali w ślad za nim. Komnaty zapełniły się gośćmi; co chwila wchodzili nowi ludzie i gwałtem musieli się przedzierać do gospodarza. Panie usiadły gwarnym półkolem, odziane staromodnie, w znoszonych i drogich strojach, wszystkie w brylantach i perłach; mężczyźni tłoczyli się koło kawioru i wódki, rozmawiając z hałasem. W sali nakrywano stół na osiemdziesiąt osób; służba krzątała się, rozstawiając butelki karafki i obrusy. Nakoniec marszałek zaanonsował: "jedzenie podane!" i Cyryl Piotrowicz wszedł pierwszy za stół; za nim ruszyły damy i z powagą usiadły na swoich miejscach, zachowując pewną etykietę starszeństwa; panny skupiły się między sobą, jak trwożliwe stado kózek i wybrały sobie miejsca jedna przy drugiej; naprzeciw nich usiedli mężczyźni, zaś w końcu stołu siedział nauczyciel małego Saszy.

Służba zaczęła roznosić półmiski według urzędu, kierując się w razach wątpliwych domysłami Lavaterowskiemi i prawie zawsze bez omyłki. Dźwięk talerzy i łyżek zlał się z hałaśliwą rozmową gości. Cyryl Piotrowicz wesoło spoglądał na swą biesiadę i sycił się w pełni szczęściem hulaki. W tym czasie wjechała na dziedziniec kolaska, zaprzężona w sześć koni. "A to kto?" zapytał gospodarz. — "Anton Pafnucewicz!" rzekło kilku ludzi. Drzwi się otworzyły i Anton Pafnucewicz Spicyn, tęgi mężczyzna lat 50-ciu z obrzękłem obliczem, zdobnem w potrójny podbródek wtargnął do izby biesiadnej, kłaniając się, uśmiechając, już gotów do usprawiedliwień." Nakrycie tutaj!" krzyknął Cyryl Piotrowicz." Łaski prosimy, Antoni Pafnucewiczu, siadaj i powiedz nam, co to znaczy: nie byłeś na mojej mszy i spóźniłeś się na obiad? To podobne na ciebie; tyś i pobożny i zjeść lubisz". — "Przepraszam, odpowiadał Anton Pafnucewicz, zawiązując serwetkę w pętlicy grochowego koloru surduta: przepraszam, ojcze Cyrylu Piotrowiczu, wcześnie puściłem się w drogę, lecz nie zdążyłem przejechać i dziesięciu wiorst, gdy nagle pękła oś u przedniego koła, co powiecie? Na szczęście, było niedaleko do wsi; zanim dotaszczyliśmy się, odnaleźli kowala i wszystko jako tako poprawili, przeszły trzy godziny — nie było co robić. Jechać bliższą drogą przez las kisteniewski nie odważyłem się, puściłem się dokoła". — "Eche!, przerwał Cyryl Piotrowicz, widać, żeś nie z tej odważnej dziesiątki, czegóż ty się boisz?" — "Jakto, czego się boję, ojcze Cyrylu Piotrowiczu, a Dubrowskiego? tylko patrzeć, jak wpadniesz mu w łapy. Już to on nie chybi nikomu nie daruje, a ze mnie chyba i dwie, skóry, zedrze". — "Za cóż to, bracie, takie wyróżnienie?" "Jakto za co, ojcze Cyrylu Piotrowiczu? a za proces nieboszczyka Andrzeja Gawryłowicza, Czyż nie ja to, dla waszego zadowolenia, to jest według sumienia i sprawiedliwości, wykazałem, że Dubrowski włada Kistenewką bez żadnego prawa, lecz jedynie przez wasze pobłażanie, a nieboszczyk (królestwo niech mu będzie niebieskie) obiecywał rozprawić się ze mną po swojemu, synek zaś gotów dotrzymać ojcowskiego słowa. Dotąd Bóg oszczędził: wszystkiego zagrabiono tylko jeden spichrz, a to patrzeć, jak do domu się dobiorą. "A w domu toż to będą mieli uciechę, zauważył Cyryl Piotrowicz, a tam czerwona szkatułeczka z wierzchu pełna, " "Dziś całkiem opustoszała!" — "Dość blagi, Antoni Pafnucewiczu. Znamy cię; gdzieżbyś ty stracił? w domu żyjesz jak najgorsza świnia, nikogo nie przyjmujesz, chłopów swych obdzierasz — poprostu dusisz grosze i tyle". — "Stale żartujesz z łaski swojej, ojcze Cyrylu Piotrowiczu, zamruczał Anton Pafnucewicz, uśmiechając się, a my, jak mi Bóg miły, zbankrutowaliśmy" i Anton Pafnucewicz zaczął zagryzać pański żart gospodarza tłustym kawałkiem kulebiaki. Cyryl Piotrowicz dał mu spokój i zwrócił się do nowego isprawnika, który przyjechał po raz pierwszy w goście i siedział na drugim końcu stołu, obok nauczyciela.

— A no, panie isprawniku, dowiedź nam swoich zdolności, schwytaj nam Dubrowskiego.

Isprawnik stchórzył, ukłonił się, uśmiechnął, zająknął się i w końcu wyrzekł: "postaramy się, wasza wielmożność".

— Hm! postaramy się. Dawno już staracie się, a rezultatu jednak niema. Oddawna staracie się uwolnić nasz kraj od zbójców. Nikt nie umie wziąć się do rzeczy. Ale, prawda po cóż go chwytać?

Rozboje Dubrowskiego — to szczęście dla urzędników: rozjazdy, śledztwa, podwody, zaś pieniądze w kieszeni. Nie wpadnie! Jakżesz takiego dobroczyńcę usuwać? Nieprawda-li panie isprawniku?

— Szczera prawda, wasza wielmożność, odpowiadał zmieszany isprawnik.

Goście zachichotali.

— Lubię chwata za szczerość, rzekł Cyryl Piotrowicz. A szkoda nieboszczyka isprawnika Tarasa Aleksiejewicza; gdyby go nie spalono, byłoby ciszej w okolicy. A co słychać o Dubrowskim? Gdzie go widziano raz ostatni?

— U mnie, Cyrylu Piotrowiczu, zapiszczał damki głos, w przeszły wtorek jadł u mnie obiad. Wszystkie spojrzenia skierowały się na Annę Głobowę, dosyć przeciętną wdowę, lubianą powszechnie za dobre i wesołe usposobienie. Wszyscy z ciekawością przygotowali się do jej opowiadania. "Trzeba wiedzieć, że trzy tygodnie temu posłałam ekonoma na pocztę z listem do mojego Waniuszy. Nie psuję syna i nie mogę go psuć, chociażbym chciała nawet; jednak, jak wiecie, oficer gwardji musi utrzymywać się na przyzwoitym poziomie, a więc dzielę się z Waniuszą jak mogę swojemi skromnemi dochodami. Otóż posłałam mu 2.000 rubli; choć przychodził mi nie raz na myśl Dubrowski, myślę sobie: miasto blisko, wszystkiego siedem wiorst, a nuż Bóg doniesie. Patrzę, wieczorem wraca mój ekonom blady, obdarty i pieszo. Ażem jęknęła. "Cóż to? Co się stało?" On zaś; "Mateczko Anno, rozbójnicy ograbili, ledwie nie zabili. Sam Dubrowski był tam, chciał mnie powiesić, lecz zlitował się i puścił, ale zato całkiem obdarł, wziął konia i wóz". Zamarłam. Panie w niebiesiech! Co będzie z moim Waniuszą? Niema co; napisałam znowu list, opisałam wszystko i posłałam swe błogosławieństwo bez grosza.

Minął jeden tydzień i drugi. Naraz wjeżdża na mój dziedziniec kolaska. Jakiś generał prosi o widzenie się ze mną, — łaski prosimy! Wchodzi człowiek lat trzydziestu pięciu, smukły, czarnowłosy, wąsaty i brodaty, czysty portret Kulniewa; przedstawia mi się jako przyjaciel i współkolega nieboszczyka męża Iwana Andrzejewicza. Przejeżdża obok i nie mógł nie odwiedzić jego wdowy, wiedząc, że tutaj mieszkam. Przyjęłam go, czem chata bogata, rozgadaliśmy się o tem i owem, nakoniec o Dubrowskim. Opowiedziałam mu o swojem nieszczęściu. Mój generał zachmurzył się. "To dziwne, rzeki, słyszałem, że Dubrowski napada nie każdego, lecz tylko znacznych bogaczy, a i tak dzieli się z nimi, nie grabi do czysta. A o morderstwo nikt go nie oskarża; czy nie ma w tem jednak oszustwa? Każcie zawołać waszego ekonoma". Poszli po ekonoma. Ów zjawił się. Gdy tylko ujrzał generała, osłupiał. "Opowiedzno mi, bratku, jakim sposobem Dubrowski ograbił cię i jak cię chciał powiesić?" Mój ekonom zadrżał i upadł do nóg generała, "Ojcze, jestem winny, w grzech wplątałem się... skłamałem". — Kiedy tak, odrzekł generał, to proszę opowiedz pani, jak się wszystko stało, ja zaś posłucham.

Ekonom nie mógł przyjść do siebie. "No cóż, mówił dalej generał, opowiadaj, gdzieś spotkał się Dubrowskim?" "Przy dwóch sosnach, ojcze, przy dwóch sosnach." — "Cóż on ci powiedział?" — "Zapytał mnie, czyjś ty, dokąd jedziesz, po co?" — "No, a potem?" — "A potem zażądał listu i pieniędzy; oddałem mu list i pieniądze". — "A on?" "No, a on ojcze, zgrzeszyłem". "No, a on co zrobił?" — "On oddał mi pieniądze i list i powiedział: odejdź z Bogiem, oddaj to na pocztę". "No!" "Ojcze, zgrzeszyłem!" "Rozprawię się ja z tobą gołąbku", rzekł groźnie generał. A pani niech każe zrewidować kufer tego złodzieja i oddajcie go w moje ręce, już ja mu dam nauczkę. Wiedzcie, że Dubrowski był sam oficerem gwardji i nie chciałby skrzywdzić kolegi". Domyśliłam się kim była jego wielmożność — nie było co się spierać. Woźnice przywiązali ekonoma na koźle kolaski; pieniądze się znalazły; generał zjadł u mnie obiad, poczem natychmiast odjechał i zabrał z sobą ekonoma. Ekonoma znaleziono nazajutrz w lesie, przywiązanego do dębu i odartego jak lipę. Wszyscy w milczeniu słuchali opowiadania Anny Sawiszny, zwłaszcza panienki. Wiele z nich w tajemnicy życzyło dobrze Dubrowskiemu, widząc w nim romantycznego bohatera, szczególnie Marja Cyrylówna, gorąca marzycielka, nasycona tajemniczemi potwornościami pani Radcliff.

— I ty przypuszczasz Anno Sawiszno, że u ciebie był sam Dubrowski? zapytał Cyryl Piotrowicz. Bardzo się mylisz. Nie wiem, kto gościł u ciebie, ale nie Dubrowski.

— Jakto ojcze, nie Dubrowski? A któż, jeśli nie on odważa się wyjść na drogę, aby zatrzymywać podróżnych i rewidować ich?

— Nie wiem, a napewno nie Dubrowski. Przypominam go sobie, jako dziecko; nie wiem czy poczerniały mu włosy — ale wtedy był on kędzierzawym, o jaśniutkich włosach chłopcem — wiem również, że Dubrowski jest o pięć lat starszy od mojej Maszy i skutkiem tego ma nie trzydzieści pięć jeno około dwudziestu trzech lat.

— Święta prawda, wasza wielmożność, oświadczył isprawnik, mam w kieszeni rysopis Włodzimierza Dubrowskiego. Powiedziano w nich dokładnie, że ma on dwadzieścia trzy lata.

— A! rzekł Cyryl Piotrowicz, właśnie, przeczytajcie a my posłuchamy — nie źle będzie znać jego rysopis, a nuż nawinie się na oczy, to już się nie wymknie.

Isprawnik wyjął z kieszeni dość zasmarowany arkusz papieru, rozłożył go z powagą i, zaczął czytać przeciągle:

"Rysopis Dubrowskiego, zestawiony na podstawie opowiadań jego byłej czeladzi dworskiej: Dwadzieścia dwa lata, wzrostu średniego, o gładkiej twarzy, brodę goli, oczy ma czarne, włosy ryże, nos prosty. Szczególne znamiona: żadnych". I już wszystko? zapytał Cyryl Piotrowicz.

— Wszystko! odpowiedził isprawnik, składając papier.

— Winszuję, panie isprawniku! Oto papier!

Według takiego rysopisu nie łatwo będzie wam znaleźć Dubrowskiego: Któż nie jest bowiem średniego wzrostu, kto nie ma ryżych włosów, nieprosty nos i nie czarne oczy? Założę się; trzy godziny można rozmawiać z samym Dubrowskim i nie domyślić się, z kim Bóg zetknął. Nie można powiedzieć, sprytne główki urzędnicze.

Isprawnik, włożywszy spokojnie papier. do kieszeni zabrał się do gęsi z kapustą; tymczasem służba zdążyła kilka razy obejść gości, nalewając kieliszki. Odkorkowano z hukiem kilka butelek wina cymlańskiego, które pito pod mianem szampana; twarze zaczynały się rumienić, rozmowa stała się bardziej gwarna, bez związku i wesoła.

— Nie, mówił dalej Cyryl Piotrowicz, nie ujrzymy już takiego isprawnika, jakim był nieboszczyk Taras Aleksiejewicz! Szkoda, że spalono chwata, gdyż nie wymknąłby się mu ani jeden człowiek z szajki. Wyłowiłby on wszystkich co do jednego, a sam nawet Dubrowski nie wykręciłby się od niego. Taras Aleksiejewicz wziąć pieniądze od niego wziąłby, aleby i jego samego nie wypuścił. Taki miał nieboszczyk zwyczaj. Niema co, widać, że ja powinienem się wziąć do tej sprawy i ruszyć na rozbójników ze swymi domownikami. Na początek wyprawię ze dwudziestu, a oni już oczyszczą złodziejski las; lud nie tchórzliwy, każdy w pojedynkę chodzi na niedźwiedzia, nie przestraszy się zbójców.

— A czy wasz niedźwiedź zdrów, ojcze Cyrylu Piotrowiczu? rzekł Anton Pafnucewicz wspomniawszy przy tych słowach o swym kosmatym znajomku i o pewnych figlach, których stał się kiedyś ofiarą.

— Misza obiecywał długie życie, odparł Cyryl Piotrowicz; umarł bohaterską śmiercią z ręki wroga. Ot, tam jest jego zabójca! — Cyryl Piotrowicz wskazał nauczyciela francuza. Pomścił on twoją... za pozwoleniem, pamiętasz?

— Jakże nie pamiętać?, rzekł Anton Pafnucewicz, drapiąc się po głowie; dobrze pamiętam A więc Misza umarł? Szkoda Miszy, na Boga, szkoda! jaki to był figlarz! jaki mądrala! Takiego drugiego niedźwiedzia nie znajdziesz. Lecz musie go zabił?

Cyryl Piotrowicz zaczął opowiadać z wielkiem zadowoleniem o czynie swojego francuza, gdyż miał ów miły nałóg chełpienia się wszystkiem, co tylko go otaczało. Goście z uwagą słuchali opowieści o śmierci Miszy i ze zdumieniem spoglądali na Leforża, który nie podejrzewając, iż była mowa o jego męstwie, siedział spokojnie na swem miejscu i czynił uwagi o przyzwoitości swemu niesfornemu wychowańcowi.

Obiad, trwający około trzech godzin, skończył się; gospodarz położył serwetkę na stół, wszyscy powstali i przeszli do salonu, gdzie oczekiwała ich kawa, karty i dalszy ciąg pijatyki, tak dzielnie rozpoczętej przy stole.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki