FANDOM



Rozdział VI Don Kichot z La Manchy • Księga VIII • Rozdział VII • Miguel de Cervantes Rozdział VIII
Rozdział VI Don Kichot z La Manchy
Księga VIII
Rozdział VII
Miguel de Cervantes
Rozdział VIII

Jaka Don Kichotowi przytrafiła się przygoda, którą istotnie awanturą nazwać można.

Nad świeżym i przezroczystym źródłem, oblewającym malowniczo zielony gaik, awanturnicy nasi odpoczęli sobie. Rozkiełznawszy Rosynanta i burego, otrzepali kurz z sukien, obmyli sobie ręce, twarze i odwilżyli usta. Potem Sancho, najczujniejszy i najprzemyślniejszy z giermków, udał się do tłumoczka, a wydobywszy nieco żywności, rozłożył przed panem na murawie. Don Kichot tak był stratowany srodze, że nie myślał o jedzeniu, a Sancho, przez wrodzoną uległość, nie śmiał pierwej od pana dotknąć mięsiwa, ale widząc, że pan jego zaczyna błąkać się w zwykłych marzeniach, wybił sobie z głowy względy uszanowania i zaczął żwawo pożywać, jakby od dwóch tygodni nic w ustach nie miał.

— Jedz, przyjacielu Sancho — rzekł Don Kichot — jedz, używaj przyjemności życia, na których się lepiej ode mnie rozumiesz, a mnie pozwól umrzeć w nieszczęść moich ostateczności. Urodziłem się, Sancho, na to, żeby żyć umierając, ty zaś, żeby umrzeć jedząc. Tak, tak, prawdę ci powiadam, boć sławny jestem w historii o życiu moim ogłoszonej, sławniejszy w czynach moich, uczciwy w postępkach, poważają mnie książęta, wszystkie damy czczą i kochają, a jednak, kiedy właśnie miałem prawo spodziewać się palm, wawrzynów i triumfów, na które męstwo moje i wojownicze zasługują czyny — nikczemne, obmierzłe bydlęta tratują mnie na gościńcu, a wszyscy, co dowiedzą się o tej przygodzie, słusznie pogardzać mną będą. Mniemasz, przyjacielu, że gorycz tej okropnej myśli nie zdoła przytępić zębów, odjąć smaku, umysłu i ciała przygnębić? Wierz mi, dziecko moje, że nie mam odwagi podnieść ręki do ust, toteż postanowiłem umrzeć z głodu śmiercią najstraszniejszą ze wszystkich.

— To pan daleki bardzo — odrzekł Sancho, połykając chciwie — od zrozumienia przysłowia: Niech śmierć tnie obuchem, byle z pełnym brzuchem. Ja zaś nie jestem taki głupi, żebym się miał sam uśmiercać i będę zawsze tak robił jak szewc, co to rozciąga skórę zębami, przedłużać będę życie, jedząc aż do śmierci. Dalipan, panie, nie ma większego głupstwa od rozpaczy, jeszcze nikt na niej dotychczas nie wyszedł dobrze. Wierzaj mi pan, zjedz pan trochę, a zjadłszy, prześpij się ze dwie godziny na trawie, brzuchem do góry. Jeżeli panu nie będzie lepiej, powiesz pan wtedy, żem osioł.

Don Kichot dał się namówić nareszcie, wiedząc sam, że filozofia naturalna lepsza jest od wszystkich rozumowań, i rzekł do Sancha:

— Sancho, mój synu, gdybyś chciał zrobić to dla mnie, o co cię prosić będę, ulżyłbyś wielce cierpieniom. Kiedy ja, słuchając twojej rady i dla odpoczynku, zdrzemnę się nieco, oddal się stąd, weź uzdę Rosynanta i wylicz nią sobie po plecach tylko trzysta lub czterysta batów, bo winieneś przecie trzy tysiące trzysta batów za rozczarowanie[1] Dulcynei, bo doprawdy wstyd, żeby ta dama przez twoją niedbałość mogła się w takim stanie znajdować.

— Trzeba o tym pomyśleć — odparł Sancho. — Tymczasem prześpijmy się nieco obydwaj, a potem zobaczymy co zrobić wypadnie. Myśli pan, że to rozsądnie wychłostać się tak samemu z zimną krwią, zwłaszcza, kiedy baty spadają na ciało osłabione i źle żywione? Niech pani Dulcynea nabierze trochę cierpliwości, wkrótce zjawię się u niej niespodziewanie, najokropniej batem ochłostany. Do śmierci wszystko jest życiem, to jest, że nigdy nie ma nic straconego, zawsze doczekać się można wszystkiego, a ja nie zapomnę dotrzymać obietnicy.

Don Kichot, podziękowawszy Sanchowi, rozciągnął się z nim na murawie, a Rosynant i bury, niespętane, wierzgały i pasły się na łące.

Już było późno, kiedy się awanturnicy nasi obudzili i spiesznie wsiedli na koń, ażeby wcześniej zajechać do gospody, która wydawała im się odległa o milę; powiadam gospody, bo tak ją nazwał Don Kichot, na przekór zwyczajowi nazywania wszystkich gospód zamkami, co niewymownie ucieszyło Sancha. Zajechawszy, zapytali karczmarza, czy znajdzie się dla nich miejsce. Odpowiedział im, że się znajdzie nie tylko miejsce, ale i wszelkie wygody, jakich im się tylko zażąda. Zsiedli więc z rumaków, a Sancho, umieściwszy rzeczy w stancji, od której klucz dał mu karczmarz, przywiązał Rosynanta i burego do żłobu w stajni i wrócił do pana, który usiadł na cembrowinie studni. Kiedy pora wieczerzy nadeszła, Don Kichot poszedł do stancji, a Sancho zapytał się tymczasem gospodarza, co ma na wieczerzę.

— Wymień pan tylko — odrzekł karczmarz — mięso, czy ryby, wszystko w tej chwili na panów usługi, nigdy jeszcze zająców, króliczków, kuropatw, słomek, zwierzyny i drobiu nie zabrakło u mnie.

— Nam tyle nie potrzeba — odparł Sancho — poprzestaniemy na parze kurcząt, pan mój jest bardzo delikatny, je mało i ja także nie jestem największym żarłokiem w świecie.

— Co do kurcząt — odrzekł gospodarz — już ich nie ma, niestety, jastrząb pożarł mi wszystkie.

— No, to każ nam dać, panie gospodarzu — rzekł Sancho — tłustą i kruchą pulardkę.

— Pulardę[2]! — zawołał gospodarz, tupiąc nogą — do licha, posłałem wczoraj pięćdziesiąt pulard na targ do miasta, ale może co innego pan rozkaże?

— Musisz pan mieć zapewne kawał cielęciny lub młodej koźliny? — zapytał Sancho.

— Na nieszczęście, nie mam w tej chwili, z rana ostatni mi zjedli kawałek — odrzekł gospodarz — ale na przyszły tydzień będę miał z pewnością.

— E! — rzekł Sancho — właśnie nam też tego potrzeba, ręczę, że wszystkie te wielkie zapasy skończą się na jajach i słoninie.

— Bardzo to dobry pomysł — rzekł gospodarz — ale mówiłem panu, że nie ma kur, skądże jaj wezmę? Może pan na czym innym poprzestanie, a dajmy pokój wszystkim tym przysmaczkom!

— E! do stu diabłów, skończmyż raz, mości gospodarzu — zawołał Sancho — powiedz wasan prędzej, co masz na wieczerzę i nie nudź mnie dłużej.

— Chcesz pan wiedzieć, co mam? — odrzekł gospodarz — oto mam dwie nogi wołowe świeżuteńkie, gotowiuteńkie z cebulą i musztardą, królewska potrawa!

— Nogi wołowe — odrzekł Sancho — zatrzymuję dla mnie, niech nikt nie waży się ich dotknąć, zapłacę drożej, do diaska! toć to moje najulubieńsze jadło!

— Zachowam je dla pana — odrzekł gospodarz — bo goście moi jacyś ludzie w znaczeniu widać mają tu z sobą kucharza i wszelkie zapasy.

— Co do znaczenia — rzekł Sancho — mój pan nikomu nie ustępuje, ale zawód jego nie pozwala mu wozić z sobą kucharza i służby. My sobie jemy bez ceremonii na łące, czasem tylko orzechy laskowe lub kasztany.

Rozmowa na tym się skończyła, a choć gospodarz zapytywał się, jaki obowiązek jego pana, Sancho odszedł nie odpowiedziawszy. Kiedy godzina wieczerzy nadeszła, gospodarz zaniósł wychwaloną potrawę do stancji Don Kichota, który zabrawszy się do spożycia, usłyszał z sąsiedniej stancji, cienkim z trzciny przepierzeniem odgrodzonej, następującą rozmowę:

— Proszę pana, Don Geronimo, przeczytajmy jeszcze jeden rozdział z drugiej części Don Kichota, zanim przyniosą wieczerzę.

Skoro nasz rycerz usłyszał swoje nazwisko wstał od stołu i zaczął słuchać uważniej. Don Geronimo odpowiedział:

— Skądże ci przyszła taka ochota do przeglądania tych niedorzeczności, mości Don Juanie? Przeczytawszy pierwszą część Don Kichota, co za przyjemność zabierać się do drugiej!

— Zgoda — odparł Don Juan — ale nie ma znów książki tak złej, w której by czegoś dobrego znaleźć nie można. A co mnie najbardziej gniewa, to, że Don Kichot przestał się kochać w Dulcynei z Toboso.

Na te słowa zatrząsł się z gniewu Don Kichot i zawołał na całe gardło:

— Ktokolwiek śmie powiedzieć, że Don Kichot z Manchy zapomniał lub może zapomnieć Dulcyneę z Toboso, kłamie najbezczelniej, dowiodę mu tego z bronią w ręku, bo nieporównanej Dulcynei z Toboso nie można zapomnieć. Zapomnienie to niegodne jest Don Kichota z Manchy; wierność jest godłem jego, a zawodem dotrzymanie jej niezachwianie aż do śmierci!

— Kto tam mówi? — zapytano z drugiej stancji.

— A któż — odrzekł Sancho — jeżeli nie sam pan Don Kichot z Manchy, który dowiedzie bardzo dobrze tego, co powiada i kiedykolwiek powiedzieć może.

Zaledwie Sancho to powiedział, drzwi się otwierają, Don Geronimo i Don Juan wbiegają do stancji, a jeden z nich, rzucając mu się na szyję, powiada:

— Obecność pańska nie uchybia sławie pana, jak sława obecności, mości rycerzu! Jesteś pan zapewne rzeczywisty Don Kichot z Manchy, gwiazda i ozdoba błędnego rycerstwa, na przekór temu, co ośmielił się przybrać nazwę waszą i usiłuje zaćmić blask waszych wielkich czynów, jak się to okazuje z książki, którą wam przywiozłem.

Don Kichot, nic nie mówiąc, wziął książkę i przejrzawszy nieco kilka kartek, zwrócił.

— W tych kilku ustępach — rzekł — które pobieżnie w tej książce przeczytałem, znalazłem trzy rzeczy godne nagany. Naprzód: kilka słów w przedmowie, po wtóre: język aragoński, bo często brak przedimków, po trzecie: dowód, że autor jest nieukiem, że myli się i chybia w najważniejszej części historii, nazywając żonę Sancho Pansy, giermka mojego, Marią Guttierez miasto[3] Teresą Pansa, rzeczywistym jej nazwiskiem. Autor zaś myląc się w tak ważnym przedmiocie, może się i w innych pomylić.

— A to mi dopiero panicz, ten historyk — wtrącił Sancho — jemuż to się mieszać do naszych czynów, kiedy śmie nazywać żonę moją, Teresę, Marią Guttierez. Och! panie, przeczytajno pan jeszcze raz tę książkę, proszę pana, chciałbym dowiedzieć się, czy mówiąc o mnie, nie zmienił także mojego nazwiska.

— Jak widzę, mój przyjacielu — odrzekł Don Geronimo — to jest Sancho Pansa, giermek pana Don Kichota?

— Tak jest, panie, to ja sam i przykro by mi było, gdyby to miał być kto inny.

— Istotnie — rzekł kawaler — nowy ten autor nie opisuje tak wasana, jak zdajesz się na to zasługiwać. Robi z ciebie żarłoka i prostaka wcale niepociesznego, słowem, zupełnie to inny Sancho, niż w pierwszej części historii twojego pana.

— Niech mu Bóg przebaczy — odrzekł Sancho — lepiej by zrobił, gdyby zupełnie o mnie zapomniał.

Kawalerowie zaprosili Don Kichota do swojej izby na wieczerzę, wiedząc, że w tej gospodzie nie dostanie nic takiego, co by godne było jego osoby. Don Kichot, uprzejmy i grzeczny, nie dał się prosić i odszedł z kawalerami. Sancho owładnął wyłącznie potrawkę z nóg wołowych, ale zaprosił do uczestnictwa gospodarza. Jedli z najlepszym smakiem, jakby jakie specjały, popijając, gawędząc i śmiejąc się serdecznie. Don Juan tymczasem zapytał się Don Kichota, czy ma teraz jakie wiadomości o Dulcynei z Toboso, czy poszła za mąż, czy ma dzieci, czy nie w ciąży przypadkiem i na koniec, czy myśli kiedy wynagrodzić bohaterską stałość pana Don Kichota z Manchy?

— Dulcynea — odrzekł Don Kichot — jeszcze jest panną, zamiary moje są stalsze niż kiedykolwiek, a jej surowość zawsze ta sama, ale piękność jej przemieniła się w szpetność ordynaryjnej chłopki.

I natychmiast opowiedział im zaczarowanie Dulcynei, wypadek w jaskini Montesinos, sposób doradzany przez Merlina na odczarowanie jego damy, to jest baty, które Sancho miał sobie sam wypalić. Panowie ci zachwyceni byli, dowiedziawszy się z ust samego Don Kichota przygód jego życia i zadziwieni tylu bzikami, oraz wytwornym sposobem opowiadania ich, brali go raz za wariata, to znów za człowieka ze zdrowym rozsądkiem, nie mogąc powziąć o nim dokładnego wyobrażenia.

Sancho po wieczerzy, zostawiwszy gospodarza w stanie dosyć wesołym, udał się także do stancji tych panów i rzekł, wchodząc:

— Dalipan, proszę panów, ten, co napisał tę książkę, nie ma ochoty być długo ze mną w przyjaźni, ale chciałbym jednak, ażeby nazwawszy mnie już żarłokiem, nazwał mnie też i pijakiem.

— A nie inaczej, zaręczam ci — odrzekł Don Geronimo — ale już nie przypominam sobie w którym miejscu. Wiem tylko, że jego Sancho jest niedorzecznym, złym żartownisiem, gdy tymczasem dość spojrzeć na oblicze szanownego Sancha, ażeby się przekonać, jak dalece autor jest oszczercą.

— Wierzcie mi, panowie — rzekł Sancho — Sancho i Don Kichot w waszej książce muszą być zupełnie innymi ludźmi, niż Sancho i Don Kichot w historii Benengelego, gdzie pan mój jest mądry, waleczny i rozkochany, a ja prostak i wesoły, ale nie żarłok i pijak.

— Tego samego jestem zdania — rzekł Don Juan — i oprócz Cyda Hameda, trzeba zabronić, aby pierwszy lepszy autor ośmielił się opisywać czyny wielkiego Don Kichota, tak jak Aleksander zabronił, ażeby ktokolwiek, oprócz Apellesa, ośmielił się portret jego malować.

— Niech kto chce konterfekt[4] mój robi — rzekł Don Kichot — ale niech się ma na baczności, nim się do niego zabierze, bo i mnie już brak cierpliwości.

— I cóż można zrobić nieprzyjaznego Don Kichotowi — rzekł Don Juan — za co by się pomścić nie potrafił, chyba, że sam zechce się uzbroić w tarczę cierpliwości, która, jak sądzę, nie jest najmniejszą z jego cnót!

Przepędzili część nocy na takich rozmowach, ale mimo wszystkich fortelów Don Juana, ażeby znaglić Don Kichota do czytania dalej tej książki, czy przypadkiem na inne by nie natrafił niedorzeczności, rycerz przystać na to nie chciał, mówiąc, że tak jakby przeczytał, że uważa ją całą za kłamliwą napaść. Gdyby zaś przypadkiem autor miał się kiedy dowiedzieć, że mu wpadła do rąk, nie chciał, ażeby pismak mógł przypuszczać, że się zajął przeczytaniem jej, bo uczciwy człowiek nie tylko nie powinien zatrzymywać myśli nad przedmiotami brudnymi i nieprzyjemnymi, ale i oczy od nich odwracać.

Don Juan zapytał go, jakie w tej chwili ma zamiary i dokąd jedzie. Odpowiedział, że udaje się do Saragossy na igrzyska, które w tej porze rok rocznie tam się odbywają. Don Juan powiedział mu jeszcze, że w owej książce jest wzmianka, jak Don Kichot miał się znajdować w tym samym mieście w czasie wyścigów do pierścieni, jak biedak bez pomysłu i rozumu, śmieszny, kutwa w ubraniu i przyborach, ale bogaty w niedorzeczności i bziki.

— Jeśli o to idzie — odparł Don Kichot — nowy historyk będzie miał oczywiste zaprzeczenie, noga moja nie postanie w Saragossie i wszyscy przekonają się, że nie jestem tym Don Kichotem, którego on opisuje.

— Bardzo waszmość dobrze zrobisz — rzekł Don Geronimo — właśnie też są turnieje w Barcelonie, gdzie wielmożność wasza waleczność swoją będzie mógł okazać.

— To jest właśnie mój zamiar, a ponieważ już czas udać się na spoczynek, żegnam waszmość panów i proszę zaliczyć mnie w poczet najlepszych przyjaciół i najwierniejszych sług swoich.

— Raczcie panowie i mnie zrobić ten zaszczyt — dodał Sancho — może się wam będę mógł na co jeszcze przydać.

Pan i sługa odeszli do swojej stancji, zostawiając kawalerów w uwielbieniu nad tą mieszaniną głupstwa i rozumu. Nie dorozumiewali się, że to był właśnie prawdziwy dar Don Kichota i Sancha, o których pierwsza część tej historii tyle narobiła hałasu. Skoro dzień zaświtał, Don Kichot wszedł do ich stancji i pożegnał się z nimi; Sancho tymczasem obrachował się z gospodarzem, zapłacił mu hojnie, radząc, ażeby nadal mniej chwalił, a bardziej dbał o zaopatrzenie w żywność gospody.




Przypisy

  1. rozczarowanie — właśc. odczarowanie.
  2. pularda — młoda kura, wysterylizowana i specjalnie tuczona dla uzyskania szczególnie delikatnego mięsa.
  3. miasto (daw.) — zamiast.
  4. konterfekt (daw.) — portret.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.