FANDOM



Rozdział X Don Kichot z La Manchy • Księga VIII • Rozdział XI • Miguel de Cervantes Rozdział XII
Rozdział X Don Kichot z La Manchy
Księga VIII
Rozdział XI
Miguel de Cervantes
Rozdział XII

Jaka się przytrafiła Sancho Pansy przygoda przy zwiedzaniu galer i jaki miał wypadek z piękną Mauretanką.

Don Kichot ciągle myślał o zaczarowanej głowie, nie mogąc sobie cudu tego wytłumaczyć, ale cieszył się z jej odpowiedzi co do odczarowania Dulcynei, Sancho także łamał sobie głowę, a choć wstręt miał do rządzenia, pragnąłby jednak jeszcze rozkazywać i być słuchanym, tyle jest przyjemności w wyższości nad drugim, choćby tylko żartem.

Zaraz po obiedzie Don Antonio, dwóch przyjaciół jego, Don Kichot i Sancho Pansa poszli obejrzeć galery. Zaledwie się na brzegu pokazali, dowódca, uwiadomiony o ich przebyciu, gotów był na przyjęcie. Galery rozwinęły flagi, oboje zagrzmiały ze wszech stron i spuszczono na wodę czółno, wybite dywanami i wyłożone karmazynowym aksamitem. Zaledwie nań Don Kichot wstąpił, zagrzmiały działa na kapitańskiej galerze, za którą wszystkie działa powtórzyły salwę. Zaledwie wstępował na drabinę głównej galery, wszyscy wioślarze zawołali „hura”, jak się to zwykło robić dla osoby w znaczeniu[1]. Dowódca, szlachcic z Walencji, podał mu rękę i rzekł, całując go:

— Białą kredą naznaczę ten dzień w życiu, w którym mam zaszczyt oglądać pana Don Kichota z Manchy, w męstwie swym skupiającego w sobie całą dzielność błędnego rycerstwa.

Don Kichot odpowiedział na ten komplement z całą dworskością, na jaką mógł się zdobyć, nie posiadając się z radości, że go za tak ważną poczytywano osobę.

Weszli wszyscy do kajuty tylnej, bardzo schludnie przybranej, i usiedli na ławkach i na galeryjce wokoło rudla[2]. Hrabia tymczasem, zagwizdawszy w piszczałkę, kazał się wszystkim galernikom (złoczyńcom) rozebrać. Sancho aż się przestraszył, zoczywszy tylu ludzi obnażonych, a gdy zaczęli rozbijać namiot na pokładzie, myślał, że tylko diabli tak szybko pracować mogą. Usiadł sobie Sancho na słupie przy tyle galery zaraz obok sternika prawego. Namówiony przedtem sternik, spojrzawszy, czy wszyscy galernicy stoją rzędem, podniósł Sancha z ziemi i podał go sąsiadowi, sąsiad następnemu, tak, że w mgnieniu oka z ręki do ręki obszedł całą galerę, Biedakowi tak się pomieszało w oczach i w głowie, iż zdawało mu się, że go diabli porwali. Nareszcie posadzili go znów na tyle galery, pot spływał mu kroplami po czole i nie wiedział, co się z nim stało. Don Kichot, widząc tę dziwną przechadzkę giermka, zapytał generała (tak będziemy zwali dowódcę), czy to jest obrządek, który z każdym nowo przybyłym odbywano. Gdyby tak było, nie miał najmniejszej ochoty poddać się zwyczajowi temu, dodając z tęgim zaklęciem, że gdyby kto ośmielił się doń przystąpić, palnie go nogą w brzuch, aż mu dusza na kark wyleci. Powstał nagle i ujął rękojeść miecza. Tymczasem zwinięto znów żagle i reje padły z łoskotem. Sancho myślał, że niebo mu spada na głowę i w przestrachu schował głowę między nogi. Don Kichot także nie był zupełnie wolny od przestrachu, zadrżał, zbladł i z trudnością przyszedł do siebie. Podnieśli znów galernicy reje z tą samą szybkością i łoskotem, ale w milczeniu, jakby głuchoniemi. Generał dał znak, żeby podniesiono kotwicę i skacząc na armatę przodową, uderzył po ramionach galerników. Galera z wolna zaczęła na morze wypływać. Sancho, ujrzawszy poruszenia tylu nóg, tak mu się farbowane wiosła wydawały:

— Cóż tu u diabła takiego? — zawołał — to są z pewnością czary, a nie w tamtych bzdurstwach, o których zwykle pan mój powiada. Ale cóż ci biedacy zrobili, żeby się tak z nimi obchodzić? A ten człowiek, co świszcze, skąd ma tyle śmiałości, żeby sam jeden tylu ludzi kańczugiem[3] walił? Dalipan, jeżeli tu nie piekło, to z pewnością niedaleko od piekła, a przynajmniej czyściec.

Don Kichot, widząc jak Sancho się wszystkiemu z uwagą przypatruje, powiedział mu:

— Przyjacielu Sancho, dziecię moje, gdybyś też chciał rozpiąć pasek i stanąć pomiędzy tymi panami, żeby razem z nimi dostać baty, tanim kosztem dopełniłbyś odczarowania Dulcynei. Patrząc na cierpienia drugich, lżej byś zniósł ból i mądry Merlin zmieniłby ci dziesięć batów na jeden, przez wzgląd na dziarskość ręki, która bije.

Generał chciał się zapytać Don Kichota, co znaczą te baty i odczarowanie Dulcynei, ale sternik zawołał nagle, że jakiś statek wiosłowy płynął od zachodu. Generał wskoczył nagle na tył statku, wołając:

— Odważnie, dzieci, niech nam się nie wymknie! Musi to być jakiś brygantyn korsarzy algierskich.

Wszystkie galery przyłączyły się w tej chwili do galery kapitana, który kazał się dwóm puścić w pogoń, sam zaś z resztą płynął koło brzegu. Galernicy zaczęli wiosłować tak zajadle, że statek leciał, nie płynął. Ujechawszy dwie mile morskie ujrzeli brygantynę, która zaczęła uciekać, rachując na swoją lekkość. Ale daremnie, bo kapitańska galera, najbrzydsza ze wszystkich, zastąpiła mu od przodu, tak, że wszelka obrona była niepodobna, toteż sternik brygantyny kazał puścić wiosła, ażeby nie rozgniewać generała daremnym oporem.

Kiedy ich właśnie wzywano z kapitany, żeby się poddali, dwóch pijanych Turków (a całej osady[4] było dwunastu) wypaliło z muszkietów i zabiło dwóch żołnierzy na pokładzie galery, co tak rozgniewało generała, że natarł na brygantynę, drugie galery dopomogły mu w tej chwili i mimo całej lekkości statku, ujęto go i żywcem osadę schwytano. Generał zarzucił kotwicę przy swym lądzie i wiedząc, że wicekról był na brzegu, wysłał czółno po niego, postanawiając powiesić sternika brygantyny i wszystkich trzydziestu sześciu Turków. Zapytał się następnie generał, kto był dowódcą brygantyny, na co jakiś niewolnik, renegat hiszpański, po kastylsku odpowiedział:

— Oto nasz wódz — rzekł, wskazując ręką na dwudziestoletniego zaledwie młodzieńca zadziwiającej piękności.

— Powiedz mi, psie — zawołał generał — co cię skłoniło do zabijania moich żołnierzy? Wiedziałeś przecie, że nie mogłeś się wymknąć. Zapomniałeś więc o szacunku dla naczelnej galery? Zuchwałość to nie męstwo, zabójstwo to nie odwaga.

Sternik miał odpowiedzieć, gdy nagle zjawił się na pokładzie fregaty wicekról ze świtą swoją i kilku osobami z miasta.

— Jakże się udało polowanie, mości generale? — zapytał wicekról.

— Tak pomyślnie — odparł generał — że wasza ekscelencja ujrzy wkrótce zwierzynę, powieszoną na maszynie.

— A to dlaczego? — zagadnie wicekról.

— Bo bez żadnego powodu, przeciw wszelkim prawom i zwyczajom wojennym, zabili naszej galerze dwóch najlepszych moich żołnierzy. Poprzysiągłem więc sobie powiesić całą osadę, zwłaszcza tego młodego trzpiota, który jest sternikiem.

To mówiąc, wskazał na młodzieńca, który z więzami na ręku, z pochyloną głową oczekiwał śmierci. Wicekról, zwróciwszy oczy, ulitował się nad nim. Młodość jego, piękność i skromna jakaś mina zdawały się błagać o łaskę, postanowił uratować mu życie.

— Sterniku — zapytał — czy jesteś Turkiem, Maurem, czy renegatem?

— Ani tym, ani owym — odrzekł po kastylsku zapytany.

— Kimże jesteś?

— Jestem kobietą i chrześcijanką.

— Kobietą i chrześcijanką! — zawołał wicekról — na tym statku, w takim miejscu! Dziwne by bardzo było, ale możnaż wierzyć temu?

— Jeżeli panowie — rzekł sternik — zechcecie zawiesić na chwilę wyrok śmierci, opowiem swoje przygody.

Wzruszyły wszystkich te słowa i powierzchowność młodzieńca. Generał jednak, srodze rozgniewany, rzekł surowo:

— Opowiadaj, co ci się podoba, ale nie sądź, żebym ci darował śmierć żołnierzy moich.

— Panowie — rzekł młodzieniec — jestem córką rodziców mauretańskich, urodzoną w Hiszpanii, śród tego biednego ludu, na który tyle klęsk od razu spadło. W czasie nieszczęść naszych właśnie dwóch stryjów moich zabrało mnie z sobą do Berberii.

Choć powiedziałam, że jestem chrześcijanką, wykonawcy rozkazów królewskich nie zwrócili na to uwagi, a stryjowie przypuszczając, że to wymówka dla pozostania w Hiszpanii, gwałtem mnie z sobą uwieźli.

Matka moja była chrześcijanką, a ojciec mój został chrześcijaninem dla widoków osobistych, wyssałam z mlekiem zasady katolickiej religii i ani w słowach, ani w czynach moich skłonności do innej religii nie okazałam. Choć bardzo mnie strzeżono w domu ojcowskim, wieść o piękności mojej rozniosła się w okolicy, przyciągnęła do mnie młodego szlachcica, nazwiskiem Don Gregorio, najstarszego syna rycerza pewnego, w sąsiedztwie naszym mieszkającego. Długo by trzeba mówić, jakim sposobem zobaczył mnie, jakiego użył fortelu, żeby mówić ze mną, jakie mi dał dowody uczuć swoich i jak się ucieszył, dowiedziawszy się, że mu jestem wzajemna. Słowem, Don Gregorio postanowił nam towarzyszyć na wygnaniu i wyszedł razem z Maurami z pobliskich wiosek, mowę naszą rozumiejąc dokładnie. W czasie podróży zaprzyjaźnił się ze stryjami moimi; po pierwszym ogłoszeniu banicji Maurów, ojciec mój przeszedł do innego królestwa, żeby gdzie wynaleźć dla nas przytułek, zakopawszy pierwej mnóstwo złota, pereł i klejnotów w jednym miejscu, mnie tylko samej wiadomym, zabraniając mi poruszać je przed jego powrotom. Pojechałam do Berberii ze stryjami moimi, z kilku przyjaciółmi i znajomymi. Zatrzymaliśmy się naprzód w Algierze, prawdziwe to piekło! Król algierski, dowiedziawszy się, że mam być bardzo piękna i do tego nader bogata (co mnie zbawiło poniekąd), kazał natychmiast stawić się, zapytując skąd rodem jestem i czy dużo z sobą bogactw przywożę. Powiedziałam mu, gdzie się w Hiszpanii rodziłam, że mam tam skarby swoje zakopane, że łatwo je wydostać, abym się do nich tylko sama dostać mogła, usiłując tym sposobem ująć go dla siebie w obawie, żeby go nie wzięła inna pokusa.

Kiedy tak rozmawiał ze mną, inne mi jeszcze zadając pytania, doniesiono mu, że przybył razem z nami nadzwyczajnej piękności młodzieniec. Poznałam, że mówią o Don Gregoriu, który jest rzeczywiście nadzwyczajnej piękności, zadrżałam o los jego, bo w tym dzikim kraju słyszałam, że piękność mężczyzn bardziej od piękności kobiet cenią. Niecierpliwy król chciał go zobaczyć i rozkazał przyprowadzić go natychmiast, zapytując mnie, czy to prawda. Wtedy, jakby w natchnieniu, odrzekłam mu, że prawda, ale, że to była kobieta przebrana za mężczyznę, prosząc go, żeby mi pozwolił ubrać ją przyzwoicie, bo by jej wstyd było przebraną znajdować się w jego obecności. Król pozwolił na to, dodając, że obaczy nazajutrz, kiedy i jakim sposobem będę mogła dostać się do Hiszpanii dla odkopania skarbu.

Uwiadomiłam Don Gregoria o grożącym mu niebezpieczeństwie, przebrałam go za Mauretankę i tego samego wieczora zaprowadziłam do króla, którego piękność jej tak zachwyciła, że przeznaczył ją na podarunek dla padyszacha i oddał pod straż jednej kobiecie mauretańskiej, żeby samemu uniknąć pokusy i żeby mu w seraju kobiety przez zazdrość nie dokuczały. Rozłączono nas, a łatwo się domyśleć, jakeśmy cierpieli po tym rozłączeniu.

Z rozkazu królewskiego wypłynęłam na tej brygantynie nazajutrz w towarzystwie dwóch tych Turków, co właśnie zabili waszych żołnierzy, tego renegata hiszpańskiego, który w duszy pozostał chrześcijaninem i pragnąłby pozostać w Hiszpanii, reszta zaś ludzi są to Turcy i Maurowie, li tylko do wiosłowej służby użyci.

Turcy przeciw rozkazowi, gdzie wyraźnie kazano mnie i renegata w chrześcijańskiej odzieży na ląd wysadzić, obawiając się, żebyśmy nie donieśli o brygantynie algierskiej, co by im w pobliżu galer groziło niebezpieczeństwem, żeglowali tylko koło tych wybrzeży i łup jakiś koniecznie schwytać pragnęli. Ubiegłej nocy odkryliśmy tę płaszczyznę, a nie wiedzieliśmy o waszych galerach; zoczono nas i wiecie, co nam się dalej przytrafiło. Biedny Don Gregorio, za kobietę przebrany, został pośród kobiet i w każdej chwili życie stracić może. Co do mnie, nie skarżę się na los; po tylu nieszczęściach, życie mi się sprzykrzyło, nie bardzo też będę żałować, kiedy je utracę. Błagam was tylko, panowie, żebyście mi pozwolili skonać w wierze chrześcijańskiej, bo niewinną jestem w postępku, którego się ci nieszczęśliwi dopuścili.

Łzy piękną twarz Mauretanki zrosiły i wielu obecnych zapłakało z litości. Wicekról, niemniej tknięty litością niż drudzy, zbliżył się do niej i ani słowa nie mówiąc, zdjął więzy z rąk.

Podczas opowiadania tej pięknej dziewczyny jakiś stary pielgrzym, który się do świty wicekróla wkręcił, nie odwracał od niej oczu. Jak tylko przestała mówić, rzucił się jej do nóg, łzami je zrosił i drżącym ze wzruszenia głosem zawołał:

— O, Anno Felicjo, najdroższa córko moja, nie poznajesz Rikota, ojca twojego? Właśnie szukałem cię wszędzie, bo żyć nie mogę bez ciebie.

Na tę nazwę Rikote, Sancho, zamyślony o figlu, który mu galernicy spłatali, podniósł głowę i przyglądając się bacznie pielgrzymowi, poznał, że to był istotnie Rikote, którego spotkał na drodze, opuszczając wielkorządztwo, a kilka razy spojrzawszy na córkę, zaręczył, że to była córka jego przyjaciela. Córka rzuciła się ojcu na szyję, długo przyciskała go w objęciu z czułością i oboje gorzko zapłakali.

— Panowie — rzekł Rikote, zwracając się do generała i wicekróla — otóż moja córka, ta nieszczęśliwa, nazywa się Anna Felicja Rikote z piękności i majątku znana w naszych stronach. Opuściłem Hiszpanię, pragnąc w innym jakim kraju znaleźć schronienie, a znalazłszy w Niemczech, wróciłem w tym odzieniu z drugimi pielgrzymami, chcąc zabrać córkę z sobą, złoto i inne kosztowności, które zakopałem. Nie znalazłem córki, tylko skarb znalazłem i dziś po tylu trudach, wybiegach i usiłowaniach, dziwnym zrządzeniem losu odzyskuję to drogie dziecię, mój skarb prawdziwy. Jeżeli niewinność nasza, łzy nasze mogą was wzruszyć, zlitujcie się nad dwojgiem nieszczęśliwych, co was nigdy nie obrazili i nie uczestniczyli w zgubnym zamiarze nieszczęśliwych swoich rodaków.

— Mości panowie — zawoła wtedy Sancho — poznaję dobrze Rikota i odpowiadam za niego, że Anna Felicja jest córką, co zaś tam o jego podróżach, poszukiwaniach, zamiarach, nic nie wiem i wiedzieć nie chcę.

Przytomnych zadziwiły nadzwyczaj wszystkie te wypadki, a dowódca galer, przybierając mniej surowy wyraz twarzy, rzekł do pięknej Mauretanki:

— Łzy pani zrobiły wrażenie, piękna Anno Felicjo, a ja o przysiędze mojej względem ciebie zapomniałem, żyj spokojnie i długo, a nieszczęśni, co cię na to wszystko narazili, niech poniosą zasłużoną karę!

Rozkazał niebawem powiesić Turków, ale wicekról tak błagał o ich życie, dowodząc, że w ich postępku więcej było szaleństwa, niż chęci napaści, że generał dał się przekonać, namyśliwszy się nadto, że zemsta z zimną krwią obmyślana niekoniecznie jest szlachetna. Zaczęto się naradzać, jakim sposobem wydostać Don Gaspara Gregorio z grożącego mu niebezpieczeństwa. Rikote ofiarowywał na ten cel dwa tysiące dukatów, które w perłach i kosztownościach miał przy sobie; najlepszy sposób doradzał renegat, zobowiązując się powrócić do Algieru w małej łodzi z chrześcijańską osadą[5], a wiedząc miejsce[6], gdzie wylądować można i znając dom, w którym był Don Gregorio, ułatwiłby mu ucieczkę.

Generał i wicekról, nieco skrupulatni, nie chcieli ufać renegatowi i powierzyć mu chrześcijańskich wioślarzy. Ale Anna Felicja zaręczyła za niego, a Rikote zobowiązał się wykupić chrześcijan, gdyby się przypadkiem do niewoli dostać mieli. Gdy tak uradzono, wicekról pożegnał się z generałem, a Don Antonio zabrał z sobą Annę Felicję i jej ojca. Wicekról prosił go, żeby jak najtroskliwiej dbał o nią, tyle w nim wzbudziły szacunku i współczucia gładkość, przygody i zacność pięknej Mauretanki.




Przypisy

  1. osoba w znaczeniu — dziś: osoba mająca znaczenie, osoba o dużym znaczeniu.
  2. rudel (daw.) — ster.
  3. kańczug — skórzany bicz z krótką rękojeścią; nahajka.
  4. osada — tu: załoga wioślarzy.
  5. osada — załoga wioślarska łodzi.
  6. wiedząc miejsce — dziś; znając miejsce.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.