FANDOM


Rozdział IX Gwiazda Południa
Rozdział X
Juliusz Verne
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1895 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

John Watkins rozmyśla.

Ze złamanem sercem opuścił Cyprjan fermę, pomimo to był zdecydowonym postąpić tak, jak mu nakazywał obowiązek. Udał się do Wandergaarta i zastał go samego w domu, Natanowi bowiem pilno było znaleść się w obozowisku, aby tę zdumiewającą nowinę puścić między ludzi. Zdumienie było ogromne, a spotęgowało się jeszcze, gdy dowiedziano się o pochodzeniu djamentu.

– Mój kochany Jacobusie, prosił Cyprjan szlifierza, bądź pan tak dobrym i zrób facettę na tym kamieniu, chciałbym się przekonać, co się ukrywa pod jego powłoką.

– Owszem, bardzo chętnie, odrzekł stary, biorąc kamień od Cyprjana, ale uzbrój się pan w cierpliwość.

Szlifierz zabrał się do roboty, a wziąwszy ze swoich zapasów kamień 5 karatowy również nieobrobiony, obsadził je w pewnego rodzaju kleszcze i począł silnie trzeć jeden o drugi. Łatwiej byłoby odłupać uderzeniem młota rudę go pokrywającą, ale naraziłbym kamień na pęknięcie, objaśniał Cyprjana.

Dwie godziny trwała ta robota, następnie tyleż czasu użyto na polerowanie ścianki, nareszcie Jacobus drżącą ręką zbliżył kamień do okna.

Piękna facetta, czarna, nieporównanego blasku, olśniła wzrok patrzących.

'The Vanished Diamond' by Léon Benett 29

Djament był czarny!

– Jest to najpiękniejszy z cennych kamieni, które kiedykolwiek odbijały światło dzienne, zawołał stary szlifierz, a jakże on będzie promieniał, gdy wszystkie facetty będą zrobione.

– Może się pan tem zajmiesz, proponował Cyprjan.

– Zapewne, kochany synu, byłoby to moją sławą, koroną mojego długiego życia, a może powierzysz go pan młodszym, pewniejszym rękom, niż moje?

– Nie, sądzę, że pan najlepiej wywiążesz się z tego zadania, zapewniał go Cyprjan. Zatrzymaj pan kamień, jestem pewny, iż stworzysz arcydzieło!

Starzec obracał kamień w dłoni, jakby zakłopotany tem, co miał uczynić.

– Jedno tylko mnie niepokoi, przemówił, czy to bezpiecznie będzie mieć w moim lichym domku taki skarb. Złych ludzi w naszej okolicy nie brak.

– Jeżeli pan się obawiasz, to nie mów nikomu o tem, rzekł Cyprjan, ja również przyrzekam zachować ścisłe milczenie.

Jacobus namyślał się.

– Nie, tutaj nie mogę podjąć się tej roboty, nie spałbym spokojnie ani jednej nocy. Znając jednak zaufanie pańskie do mnie, ośmielam się zrobić mu propozycję następującą: udam się do miejsca, gdzie mnie nie znają, wynajmę sobie izdebkę i tam pracować będę w ciszy, lecz doprawdy wstydzę się przedłożyć panu taki projekt.

– Obawy pańskie uważam za zupełnie uzasadnione, pomysł mi się w ogóle podoba i proszę wykonać go, nie tracąc ani chwili czasu.

– Licz pan także na to, że robota ta potrwa. co najmniej z miesiąc czasu, a o przypadek w drodze również nie trudno.

– Mniejsza oto, jeżeli pan uważasz, iż jest to najlepszy sposób, a gdyby brylant zginął, szkoda też nie wielka.

Jacobus Wandergaart spojrzał zdumiony na inżyniera. Czy mu ten szczęśliwy traf czasem zmysłów nie pomieszał, pytał sam siebie.

Cyprjan zrozumiał myśl starego i, uśmiechnąwszy się, opowiedział mu historję powstania djamentu i dodał, że może ich mieć ile zapragnie.

Niewiadome, czy szlifierza opowiadanie to przekonało zupełnie, w każdym razie postanowił w tej chwili jeszcze opuścić swój domek.

Zapakował do skórzanego worka niezbędne narzędzia, zamknął drzwi i wywiesiwszy kartkę z napisem „W podróży za interesami” schował djament pod kamizelkę i puścił się niebawem w drogę.

'The Vanished Diamond' by Léon Benett 30

Cyprjan odprowadził go 2 mile i późną nocą wrócił na fermę, myśląc podczas drogi więcej o p. Watkins niż o zrobionem odkryciu.

Nie tknąwszy kolacji przygotowanej przez Matakita, zasiadł do biurka, aby napisać sprawozdanie do sekretarza Akademji Nauk. Sprawozdanie zawierało opis doświadczenia i udatne bardzo objaśnienie teorji reakcji, za pomocą której dokonała się krystalizacja węglanu, dzięki czemu powstał ten pierwszy kamień.

Najdziwniejszem zjawiskiem, pisał pomiędzy innemi, jest okoliczność, iż sztuczny ten produkt jest tak podobnym do naturalnego, że nawet posiada rudę zupełnie identyczną z tą, jaką mają djamenty znajdywane w kopalni.

Jednego tylko inżynier zrozumieć nie mógł, jakim sposobem odłączyła się część zawartości rury, aby utworzyć rodzaj łupiny, pokrywającej djament. Ale nie tracił nadziej, że dojdzie tej tajemnicy przy dalszych doświadczeniach.

Do tej pory postanowił Cyprjan czekać z wysłaniem sprawozdania, i zaadresowawszy je pozostawił na biurku. Następnie posilił się trochę i udał na spoczynek, niebawem też zasnął spokojnie.

Nie tak spokojnie przepędził noc p. Watkins. Djament wytworzony przez inżyniera nie schodził mu z oczu. Widział w myśli cały ich szereg, wartości niezliczonej ilości milionów, ba, miliardów. Jeżeli wynalazek inżyniera psuł plany Pantalacciemu i jego towarzyszom, to o ileż większą byłaby strata Watkinsa. Kopalnie swoje, pozbawione wartości, mógł w prawdzie zamienić na pola uprawne, lecz komuż sprzeda płody tychże, gdy Gryqualand opustoszeje po zamknięciu głównego źródła swych dochodów.

Nie, stanowczo trzeba się podzielić przynajmniej milionami inżyniera, wszakże posiada na to wyborny sposób! Dam mu, lub przyrzeknę tymczasem rękę Alicji, myślał stary egoista, ale czy Alicja znajdzie szczęście w tym związku, o to nie zatroszczył się ani na chwilę.

Rezultatem tych nocnych rozmyślań Watkinsa było oddanie następnego ranka wizyty swemu lokatorowi.

– No, mój młody przyjacielu, odezwał się żartobliwie, jakże się spało po tak ważnem odkryciu?

– O, bardzo dobrze, wyśmienicie! odparł Cyprjan oschle.

– Jakto, mogłeś pan spać?

– A jakże, jak zwykle!

– To dziwne, a więc miliony, które na pana przez piec ten spłynęły, nawet mu snu nie zakłóciły?

– Ani odrobiny. Nie zapominaj panie Watkins, że miliony owe otrzymałbym tylko wrazie, gdyby djament ten był dziełem natury. a nie tworem chemika.

'The Vanished Diamond' by Léon Benett 31

– A tak… tak, potwierdził Watkins. Czyż jednak jesteś pan tego pewnym, iż możesz ich więcej zrobić? Możesz mi pan za to ręczyć?

Cyprjan zawahał się z odpowiedzią.

– Otóż widzi pan! ciągnął dalej p. Watkins, nie ufasz pan sobie, czy i następne próby dadzą tak pomyślny rezultat! Na razie djament posiada ogromną wartość, pocóż więc mówić każdemu, iż jest on sztucznym?

– Powtarzam panu, odpowiedział Cyprjan, iż tak ważnej naukowej tajemnicy, utaić nie mogę.

– Tak… tak, już rozumiem, dodał Watkins, powrócimy jeszcze do tego przedmiotu, a tymczasem bądź pan przekonanym, że mnie i moją córkę powodzenie jego bardzo cieszy.

– A czy niemógłbym się temu olbrzymowi raz jeszcze przyjrzeć?

– Niestety, nie posiadam go więcej – powiedział Cyprjan.

– Posłałeś go pan już do Francji? krzyknął przestraszony fermer.

Nie, jeszcze nie, lecz dałem go Wandergaartowi do oszlifowania, a nie wiem dokąd go ze sobą zabrał.

– Temu staremu głupcowi pan go dałeś!? ależ to szaleństwo, djament takiej ceny!

– Cóżby z nim począł? – spokojnie zauważył Cyprjan, czy pan sądzisz, że na djament tej ceny znajdzie tak prędko amatora?

Ta uwaga nieco stropiła Watkinsa, w każdym razie zły był, że klejnot oddany w ręce Wandergaarta i że ten kazał aż miesiąc czasu czekać na jego zwrócenie.

Musiał jednak czekać, nie zaniedbał tylko przez dni następne srogo wymyślać na starego boera przed Annibalem i kupcem Natanem.

Włoch w ogóle wątpił o powrocie Wandergaarta, on i Friedel utrzymywali stanowczo, iż chytry starzec dlatego wymówił sobie miesiąc czasu, aby tem swobodniej mógł klejnot sprzedać w całości lub połupany na części dla niepoznaki.

Mylili się jednakże ci, co podawali w podejrzenie ucziwość szlifierza.

27 dnia stanął on w izdebce Cyprjana i, postawiwszy drewniane pudełko przed nim, przemówił spokojnie:

– Oto jest kamień!

Cyprjan otworzył pudełko i milczał olśniony.

Na podkładce z białej bawełny, w formie 12° ściankowego Rhomboidu leżał ogromny czarny kryształ, wydzielając snopy światła; zdawało się, że całe laboratorjum oświetla swym blaskiem.

Ten sztuczny twór, atramentowo-czarny, przezroczystości niezrównanej, wywoływał wrażenie olbrzymie, oszałamiające!

Był to widok nieporównany, cud natury, który, nielicząc wcale jego wartości, więził zmysły swym blaskiem przepięknym.

Nie jest to tylko największy lecz i najpiękniejszy klejnot na kuli ziemskiej, przemówił z ojcowską prawie czułością stary szlifierz, waży zaś 432 karaty; możesz pan być dumnym, iż za pierwszą próbą stworzyłeś jednocześnie i arcydzieło.

Cyprjan na te pochwały nic nie odpowiedział. Poczytywał się tylko za badacza, któremu się udało ciekawe doświadczenie i był zadowolony, że jemu właśnie powiodło się rozwiązać zagadnienie, nad którem mozoliło się dotąd bezskutecznie tylu pracowników chemji nieorganicznej. Lecz jakaż właściwie korzyść dla społeczeństwa z możności fabrykacji sztucznych djamentów? Nikogo ona nie wzbogaci a zrujnuje pracowników, którzy dotychczas tym przemysłem się trudnili.

Myśl ta lotem błyskawicy mignęła w mózgu inżyniera w chwili, gdy przyglądał się klejnotowi. Nie rzekłszy słowa, pochwycił pudełko i, uścisnąwszy serdecznie rękę Wandergaarta udał się najbliższą drogą do fermy Watkinsa.

Fermer siedział przed swym biurkiem, zaniepokojony usłyszaną wieścią o powrocie szlifierza. Alicja daremnie siliła się uspokoić go.

Zaledwie Cyprjan drzwi otworzył, Watkins zapytał go:

– A! no?

– A, no rzetelny Wandergaart powrócił.

– Z djamentem?

– Mistrzowsko oszlifowanym, który jeszcze waży 432 karaty.

– Czterysta trzydzieści dwa karaty? zaledwie wykrztusił Watkins, a przyniosłeś go pan?

– Oto jest!

Fermer porwał pudełko i, otworzywszy je, oniemiał z podziwu. Mieć w ręku klejnot takiej wartości, tak pięknej formy, rozczulało go prawie. Miał też łzy w oczach, gdy mówić począł do djamentu, jak do żywego stworzenia.

O ty piękny, dumny, wspaniały kamieniu!… jak cudownie wyglądasz… jakiś ty ciężki, ile to za ciebie dźwięcznych gwinei dostać można!… a jakież twoje przeznaczenie, mój ty skarbie?., czy posłać cię do Londynu, aby cię podziwiano?… a kto tam będzie dość bogatym, aby cię mógł kupić? Królowa nawet nie może sobie na taki zbytek pozwolić!… to zjadłoby jej dochody trzyletnie!… trzebaby na to oddzielnego prawa parlamentu, nakazującego ogólną narodową subskrypcję! no, bądź spokojnym, tak się też stanie, a wówczas odpoczniesz w Toverze, w Londynie, przy boku Koh-i-Noora, który wobec ciebie będzie wyglądał jak dziecko! jaka też może być twoja wartość, pieścidełko ty moje?

I zaczął wyliczać. Djament Cesarza kupiony był za miljon franków gotówki i rentę dożywotnią w ilości 96 tysięcy franków, w takim razie za ciebie najmniej wziąć należy milion funtów szterlingów i 500,000 franków renty!

Nagle przerwał te wyliczenia, inny bowiem szczegół zajął jego uwagę.

Jak pan sądzisz, panie Méré, czyż właściciel tego kamienia nie powinien być podniesiony do godności para? Każda zasługa ma swego przedstawiciela w parlamencie, a chyba to zasługa nie mała posiadać taki klejnot! Spojrzyj-no Alicjo, otwórz dobrze oczy, aby podziwiać taki cud!

Po raz pierwszy w życiu Alicja przyglądała się ze szczerem zajęciem djamentowi.

– Ach, jaki piękny, lśni jak kawał węgla! Czem też jest on w istocie, ale błyszczy jak węgiel płonący! – mówiła panna Watkins, wyjmując klejnot z pudełka.

Poczem ruchem instynktowym, właściwym młodym dziewczętom, zbliżyła się do lustra, umieszczając djament nad czołem w gęstwinie blond włosów.

– Gwiazda w złotej oprawie! wygłosił wbrew swojemu zwyczajowi, kompliment inżynier.

– Ach tak, można go nazwać gwiazdą, ucieszyła się Alicja, klaszcząc w dłonie.

– Wybornie, takie miano jest dlań zupełnie właściwe. Czyż nie jest tak czarnym, jak krajowe piękności, tak błyszczącym jak gwiazdy tego południowego nieba?

– A zatem „Gwiazda Południa” zakończył p. Watkins, nie przywiązujący do nazwy djamentu wielkiej wagi. Ale bądź ostrożną córko, nie upuść go, bo pęknie jak szkło!

– Czyż jest on w istocie tak kruchym, dziwiła się Alicja i, rzucając go pogardliwie do pudełka, dodała, a więc jesteś gwiazdą szklanną, tej wartości, co korek szklanny.

Szklanny korek, mruczał p. Watkins, ta dziatwa przed niczem niezna uszanowania.

– Panno Alicjo, rzekł Cyprjan, pani mnie zachęciła do tworzenia sztucznych djamentów, pani jedynie kamień ten zawdzięcza swe istnienie. W moich oczach jest on tylko zabawką bez wartości, jeśli więc ojciec pani pozwoli, ofiaruję go jej na pamiątkę wspólnie spędzonych dni.

– Co pan mówisz? wybąkał p. Watkins, nie mogąc utaić radości.

– P. Alicjo, powtórzył Cyprjan, djament należy do pani jest jej własnością, daruję go pani!

Zamiast odpowiedzi Alicja podała dłoń swą Cyprjanowi, którą tenże serdecznie uścisnął.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki