FANDOM


Rozdział I Kłopoty Chińczyka w Chinach
Rozdział II
Juliusz Verne
Rozdział III
Uwaga! Tekst wydano w 1880 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

w którym Kin-Fo i filozof Wan bliżej się przedstawiają.

Kin-Fo dawał ten objad pożegnalny dla swych przyjaciół w Kantonie, z tej przyczyny, że w tej stolicy prowincji Kuang-Fong przepędził znaczną część swej młodości. Z całego licznego grona kolegów, jakich miał niegdyś bogaty i rozrzutny młodzieniec, pozostało mu już tylko tych czterech. Innych rozrzuconych po świecie wirem życia, odszukać nie mógł.

Kin-Fo mieszkał wówczas w Szangaju; ażeby się trochę rozerwać, przybył na dni parę do Kantonu. Ale tegoż właśnie wieczora miał już wsiąść na parowiec, przybijający do główniejszych punktów wybrzeża i odpłynąć z powrotem do domu.

Wan towarzyszył mu, albowiem nie odstępował on nigdy swego ucznia, któremu nie szczędził nauk. Prawdę mówiąc, ten nic sobie z onych nauk nie robił. Wszystkie te wzniosłe zasady, szlachetne argumenta padały jak groch o ścianę. Ale maszyna do wyrabiania teorji, jak ją nazwał hulacki Tim, nie przestawała robić swoje.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 05

Kin-Fo był typem północnego Chińczyka, która to rasa zaczyna się przeobrażać, i która nigdy nie zmięszała się z tatarską. Nie znalazłbyś mu podobnego w całych Chinach południowych, gdzie zarówno wyższe jak niższe stany społeczeństwa mięszały się z rasą mandżurską. Kin-Fo ani przez ojca, ani przez matkę nie miał w sobie kropelki krwi tatarskiej. Ród jego od czasu zdobyczy kraju ściśle się odosobnił we własnym kole. Rośli, dobrze zbudowani, cery raczej białej niż żółtej, z brwiami prostej linji, ciągnącemi się po nad poziomo wyciętemi oczami, nosem prostym, twarzą niepłaską, mógłby był zwrócić na siebie uwagę nawet pomiędzy najpiękniejszemi okazami mieszkańców Zachodu.

Że Kin-Fo był Chińczykiem, poznać było można jedynie z jego głowy starannie ogolonej, z braku włosów na czole i szyi, i z przepysznego warkocza, który rozpoczynając się na samym cyplu czaszki spływał mu po plecach jak wąż jaspisowy. Bardzo staranny o swą powierzchowność, nosił mały wąsik lekkiem półkolem otaczający górną jego wargę, i muszkę wdzięcznie na twarzy rzuconą. Paznogcie jego sięgały długości jednego centymetra, będąc dowodem, że należał do tej szczęśliwej klasy ludzi, co mogą żyć bez pracy. Zresztą niedbałość ruchów i wyniosłość postawy okazywały na nim człowieka wyższego towarzystwa, pełnego ogłady.

Kin-Fo urodził się w Pekinie – co u Chińczyków jest szczególniejszym zaszczytem. Mógł o sobie z dumą powiedzieć:

– Jestem z niebieskiego miasta.

W Pekinie mieszkał ojciec jego Iszung-Hen, podczas gdy on miał ujrzeć światło dzienne. – W sześć lat później zamieszkał stale w Szangaju.

Dostojny ten Chińczyk ze znakomitej rodziny północnej, posiadał, jak wszyscy jego ziomkowie, wielkie uzdolnienie do handlu. Od razu, wszystko, cokolwiek wydaje ów kraj bogaty a ludny, papier swatów, bławaty, tu czu, cukry kandyzowane, przednie herbaty, żelazo, miedź czerwoną i żółtą, wszystko to od pierwszej chwili jego kupieckiego zawodu było przedmiotem jego handlu i zysków źródłem. Główny jego handel znajdował się w Szangaju, ale posiadał swe kantory w Nankinie, w Cincynie, w Makao, w Hongkong. Utrzymywał on stosunki z całym światem handlowym europejskim; parowce angielskie rozwoziły po całym świecie jego towary – telegraf podmorski donosił mu o cenach bławatów w Lugdunie, a opium w Kalkucie. Nie pogardzałon bynajmniej temi postępowemi pomocnikami, parą i elektrycznością jak większa część Chińczyków, pozostających pod wpływem rządu mandarynów, nieprzychylnych postępowi, który zwolna odziera ich z dawnego uroku.

Słowem Czung-Hen tak był zręczny zarówno w prowadzeniu handlu wewnątrz kraju, jak i zawieraniu umów z domami handlowemi portugalskiemi, francuskiemi, angielskiemi i amerykańskiemi w Szangaju, Makao i Hong-Kong, że w chwili gdy Kin-Fo przyszedł na świat, majątek jego przewyższał już sumę czterech kroć stu tysięcy dolarów.

Następnie majątek jego jeszcze się podwoił, dzięki nowemu przedsiębiorstwu, które nazwaćby można handlem kulisów nowego świata.

Wiadomo że Chiny są przeludnione – że liczba mieszkańców pozostaje w nierównym wcale stosunku z obszarem tego państwa, które dziwacznie, lecz poetycznie zowie się Państwem niebieskiem, środkowem lub ziemią kwiatów.

Ludność tamtejszą obliczają co najmniej na trzysta sześćdziesiąt miljonów mieszkańców. Wynosi to prawie trzecią część ludności całej kuli ziemskiej. A jakkolwiek biedni Chińczycy mało jedzą, przecież jeść muszą, a Chiny jakkolwiek rozległe, posiadające niezmierne pól ryżowych obszary, wybornie uprawiane prosa i zboże, nie są w stanie wyżywić swej ludności. Ztąd przepełnienie rade wydostać się na zewnątrz przez owe wyłomy, przez francuskie i angielskie działa wybite fizycznie i moralnie w murach państwa niebieskiego.

Ku Ameryce północnej, głównie zaś ku Kalifornji skierował się ten wylew, ale tak gwałtownie, że kongres Stanów Zjednoczonych widział się zmuszony uchwalić środki zapobiegające temu najazdowi, dosyć niegrzecznie nazwanemu „żółtą dżumą.” Pięćdziesiąt miljonów wychodźców chińskich do Stanów Zjednoczonych nie byłoby znacznie umniejszyło przeludnienia w Chinach, a groziło zupełnem zalaniem rasy saksońskiej, mongolską.

Wychodźtwo odbywało się na wielką skalę. Kulisi, żywiący się garstką ryżu, filiżanką herbaty i fajką tytoniu, zdolni do każdego rzemiosła, osiedlali się szybko z wielkiem powodzeniem nad słonem jeziorem w Wirginji, w Oregonie, a najwięcej w Kalifornji, gdzie nawet znacznie zniżyli cenę wyrobów rękodzielniczych.

Tworzyły się tedy spółki, celem tak mało kosztownego przewozu wychodźców. Było ich pięć, które gromadziły wychodźców w pięciu prowincjach państwa niebieskiego, a szósta w San Francisco. Tamte wysyłały, ta odbierała towar. Ajencja w Ting-Tong zajmowała się wysyłką powrotną.

Wymaga to objaśnienia.

Chińczycy radzi porzucali ojczyznę, aby szukać szczęścia u Melikanów, jak nazywają mieszkańców Stanów Zjednoczonych, ale pod warunkiem, że po śmierci zwłoki ich będą napowrót przeniesione do ojczyzny i pogrzebane w ziemi rodzinnej. Był to główny warunek kontraktu sine qua non, do którego musiała się zobowiązać każda spółka, inaczej bowiem było niepodobieństwem zawrzeć kontrakt.

Otóż tedy Ting Tong, czyli ajencja umarłych rozporządzająca osobnemi na to funduszami, miała obowiązek utrzymywać statki umarłych, które wyładowane zwłokami wyruszały z San Francisco do Szangaju, Hong Kong lub Tsin Tsin. Nowy rodzaj handlu – nowe źródło zysków.

Zręczny i przedsiębiorczy Czung Hen wnet to zrozumiał. W chwili swej śmierci w roku 1866 był dyrektorem spółki kuangtańskiej, w prowincji tejże nazwy, a wicedyrektorem kasy funduszu umarłych w San Francisco.

Kin-Fo straciwszy ojca i matkę, odziedziczył tedy majątek obliczony na cztery miljony franków, umieszczonych w akcjach centralnego banku kalifornijskiego, które miał rozum dobrze zachować.

Straciwszy ojca młody spadkobierca licząc lat dziewiętnaście, byłby się ujrzał samotny w świecie, gdyby nie miał był Vana, nieodstępnego Vana, który był jego mentorem i przyjacielem.

'Tribulations of a Chinaman in China' by Léon Benett 06

Któż był ten Van? Od lat siedmnastu mieszkał on w Szangaju. Był on wpierw domownikiem ojca, następnie syna. Ale skądże się wziął? Od kiedy tu przybył? Na te zagadkowe pytania tylko Czung Hen i Kin Fo mogliby byli dać odpowiedź.

A gdyby byli uznali za stosowne to uczynić, co wszakże nie jest rzeczą prawdopodobną – oto czegobyśmy się byli dowiedzieli.

Wiadomo powszechnie, że Chiny są przedewszystkiem krajem, w którym powstania mogą trwać całe lata, pociągając w swój wir krocie tysięcy ludzi. W wieku XVII. sławna dynastja Ming, pochodzenia chińskiego, panowała już od trzechset lat w Chinach, gdy w roku 1644 szef tej dynastji, czując się za słabym stawić opór rokoszanom, zagrażającym już stolicy, wezwał, na pomoc jednego z władców tatarskich.

Tatar nie dał się prosić; przybiegł, odpędził rokoszan, skorzystał ze sposobności aby zarazem wypędzić i tego, który go wezwał na pomoc i ogłosił cesarzem swego własnego syna Czun-cze.

Od tej chwili dynastja tatarska zastąpiła chińską i zajęła tron cesarzów mandżurskich.

Z czasem zlały się zwolna obie rasy, zwłaszcza w niższych sferach ludności. Ale u bogatych rodów na północy cesarstwa przedział pomiędzy Tatarami a Chińczykami utrzymywał się ściślej. Typ odmienny pozostał tam nawet dotychczas, szczególniej wewnątrz północnych prowincyj cesarstwa. Tam to usunęli się nieubłagani, pozostający zawsze jeszcze wiernymi dynastji upadłej.

Ojciec naszego Kin Fo także do nich należał, wierny tradycjom rodu, pogardzającego wszelkiem pojednaniem z Tatarami. Powstanie przeciw obcemu panowaniu, nawet po trzystu leciech utrwalenia się tegoż, byłoby go każdej chwili znalazło gotowym do czynu.

Nie potrzebujemy dodawać, że syn jego Kin Fo podzielał zupełnie polityczne przekonania swego ojca.

W roku 1860 panował jeszcze w Chinach ów cesarz Sin Fong, co wydał wojnę Anglji i Francji – wojnę zakończoną traktatem pekińskim, podpisanym dnia 25. października samego tegoż roku.

Przedtem już wszakże groził dynastji panującej straszliwy rokosz. Czag Mo czyli Tai-pingi, rokoszanie o długich włosach opanowali Nankin w roku 1851 a Szanghaj w r. 1855. Po śmierci Sin Fouga nie łatwo przyszło synowi jego odeprzeć Taipingów. Bez wicekróla Li, bez księcia Kong, a zwłaszcza bez angielskiego pułkownika Gordona, nie byłby może był w stanie utrzymać się na tronie.

Owoż ci Tai-pingowie, zacięci nieprzyjaciele Tatarów, utworzywszy silne powstanie, chcieli w miejsce dynastji Tsingów wprowadzić na tron dynastję Wansów. Tworzyli oni cztery odrębne bandy. Pierwsza pod sztandarem czarnym, mająca zabijać – druga pod sztandarem czerwonym, mająca podpalać, trzecia pod sztandarem żółtym, rabująca, czwarta z sztandarem białym, mająca obowiązek troszczyć się o zaprowiantowanie trzech poprzednich.

Wojna trwała w Kiangsu. Su Czeu i Kia-Hing o pięć mil od Szangaju oddalone, popadły w ręce rokoszan, następnie napowrót nie bez wielkich wysileń odzyskane przez wojska cesarskie. Szanghaj zaatakowano dnia 18. sierpnia 1860 w chwili gdy jenerałowie Grant i Montauban, wodzowie angielsko-francuskiej armji bombardowali twierdzę Peiho.

Wówczas to Czung Heu, ojciec Kin Foa, mieszkał niedaleko Szangaju, tuż nad wspaniałym mostem, który inżynierowie chińscy zbudowali na rzece Su Czeu. Nie mógł on być nieprzyjaznym rokoszowi Taipingów, skierowanemu głównie przeciw dynastji tatarskiej.

W takich to okolicznościach wieczorem dnia 18. sierpnia po wyrzuceniu rokoszan z Szangaju, rozwarły się raptem drzwi pomieszkania Czung heu.

Do nóg padł mu uciekający powstaniec, zdoławszy ujść wymierzonej nań kuli. Nieszczęśliwy ten był bezbronny. Jeżeliby ten, u którego szukał schronienia, zechciał go wydać cesarskiemu żołdactwu, w takim razie zgubiony był bez ratunku.

Ale ojciec Kin Foa nie byłby był zdolny zdradzić Taipinga, szukającego schronienia pod jego dachem.

Zamknął tedy drzwi i rzekł:

– Nie chcę wiedzieć i nie będę nigdy wiedział kto jesteś, co przewiniłeś, zkąd pochodzisz? Jesteś moim gościem, a tem samem bezpieczny u mnie.

Nowo przybyły chciał dziękować – lecz nie miał siły przemówić.

– Jak się nazywasz? – zapytał Czung Heu.

– Wan.

Tak jest. Był to ten sam Wan, któregośmy poznali, uratowany przez wspaniałomyślnego Czung heu. Wspaniałomyślność ta byłaby go kosztowała życie, gdyby się dowiedziano, że dał u siebie schronienie powstańcowi. Ale Czung heu był z tych ludzi dawnego kraju, u których gość był świętą osobą.

W kilka lat później stłumiono rokosz stanowczo. W roku 1864 cesarz Taipingów oblężony w Nankinie struł się, aby nie popaść jeńcem w ręce cesarskich.

Od owego dnia Wan pozostał w domu swego dobroczyńcy. Nigdy nikt go nie zapytał o jego przeszłość. Może się obawiano dowiedzieć za wiele. Okrucieństwa popełniane przez rokoszan, były jak powiadano, okropne. Pod którym sztandarem służył Wan – pod żółtym, czerwonym, czarnym, czy białym? Lepiej było nie wiedzieć o tem i zawsze przypuszczać, że należał do kolumny prowiantowej.

Wan zachwycony swym losem, pozostał odtąd domownikiem pod tym gościnnym dachem. Po śmierci Czung-heu, syn tegoż nie myślał się rozłączać z Wanem, tak się był przyzwyczaił do towarzystwa tego miłego człowieka.

Boć zaiste w chwili, gdy się niniejsza rozpoczyna powieść, któżby był poznał starego Taipinga, mordercę, rozbójnika lub podpalacza – do wyboru – w tym pięćdziesiątletnim poważnym filozofie, w tym moraliście z okularami na nosie, w tym Chińczyku z oczami ukośnemi, tradycyjnemi wąsami, w długim chałacie, poważnie zaokrąglonej tuszy, z głową ustrojoną wedle dekretu cesarskiego, to jest w kapeluszu futrzanym i wywijanemi kresami po nad czapeczką, z pod której wymykały się pukle czerwonej siatki. Nie wyglądał-że na istnego profesora filozofji, na jednego z tych mędrców, co umieją biegle pisać ośmdziesięciu tysiącami głosek chińskiego abecadła, za człowieka wykształconego, umiejącego mówić wyższym stylem, za pierwszego laureata chińskiej akademji, mającego prawo przechodzić przez wielką bramę w Pekinie, przeznaczoną wyłącznie dla synów nieba.

Może też w towarzystwie poczciwego Czung-heu zapomniawszy przeszłość pełną grozy wyzacniał z czasem były rokoszanin i wstąpił zwolna na pole filozofji spekulacyjnej. Tak tedy widzicie teraz dlaczego Kin-Fo i Wan, którzy nigdy się nie rozłączali, byli teraz razem w Kantonie i dla czego po owym pożegnalnym obiedzie poszli razem na wybrzeże szukać parowca, któryby ich szybko odwiózł napowrót do Szangaju.

Kin-Fo szedł milczący, trochę nawet zadumany. Wan rozglądał się na prawo i lewo, filozofując do księżyca i gwiazd, przechodził z uśmiechem przez bramę „wieczystej dziewiczości” nie zbyt dlań wysoką, przez bramę „wieczystej uciechy,” której wrota zdawały mu się wrotami jego własnego żywota, i śledził okiem gubiące się w ciemnej dali wieże pagody „pięciuset bóstw.”

Parowiec Perma miał właśnie odpływać. Kin-Fo i Wan zajęli dwie kajuty dla nich przeznaczone. Rączy prąd rzeki pereł, zabierającej codziennie z błotem swych brzegów zwłoki skazańców, przyspieszał szybki bieg statku. Jak strzała przemykał parowiec pomiędzy ruinami pozostałemi tu i owdzie po kulach dział francuskich, po przed dziewięcio-piątrową pagodą Hafway, dalej port Whampoa, gdzie przybijają największe okręta, zarzucając kotwicę pomiędzy wysepkami u bambusowych grobli obu wybrzeży.

Sto pięćdziesiąt kilometrów czyli trzysta siedmdziesiąt pięć liów, oddzielających Kanton od ujścia rzeki przebył statek w przeciągu nocy.

O świcie Perma przepływała po pod Paszczę tygrysa. Szczyt Wiktorji na wyspie Hong-Kong wznoszący się 1825 stóp po nad powierzchnię morza, przemknął na chwilę w porannym mroku, i po najszczęśliwszej w świecie podróży Kin-Fo wraz z filozofem płynąc w górę żółtych fal rzeki błękitnej, wylądowali w Szangaju, na wybrzeżu prowincji Kiang-Nan.