FANDOM



Rozdział II Król przestrzeni • Rozdział III • Juliusz Verne Rozdział IV
Rozdział II Król przestrzeni
Rozdział III
Juliusz Verne
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w 1905 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Great-Eyry.

Nazajutrz o świcie wyruszyliśmy z Morgantonu, posuwając się lewym brzegiem Sarawby w kierunku Pleasant-Gardenu.

Obaj nasi przewodnicy – trzydziestoletni Harry Horn i dwudziestopięcioletni James Bruck – silni i nieustraszeni, znali wybornie góry Niebieskie i Cumberlandzkie, na Great-Eyry jednak dotąd wejść nie probowali.

Powozem zaprzężonym w parę bystrych koni, mieliśmy dojechać do zachodniej granicy Stanu. Zapasów żywności zabraliśmy niedużo, na dwa lub trzy dni zaledwie, nie przypuszczaliśmy bowiem, aby wycieczka nasza potrwać mogła dłużej. Mieliśmy z sobą wołowinę peklowaną, szynkę, pieczeń sarnią, kilka butelek wisky, baryłkę piwa i chleb. Wody dostarczyć nam miały potoki górskie, zasilane częstym o tej porze roku deszczem.

Mer Morgantonu, jako myśliwy zawołany zabrał z sobą fuzyę i psa, zwanego Nisko. Nisko biegł obok powozu, tropiąc po drodze zwierzynę i miał pozostać w fermie Wildon aż do chwili naszego powrotu z Great-Eyry.

Niebo było jasne, powietrze chłodne, koniec kwietnia bowiem bywa w klimacie amerykańskim dosyć ostry.

Wiatr zmienny, wiejący od Atlantyku, od czasu do czasu sprowadzał małe chmurki, które szybko posuwały się dalej ku zachodowi.

Pierwszego dnia podróży przybyliśmy do Pleasant-Gardenu i przenocowaliśmy u mera, który był osobistym przyjacielem pana Smitha.

Przyglądałem się z ciekawością okolicy; kręta drożyna prowadziła brzegiem pól uprawnych, bagien zielonych i lasów cyprysowych. Wspaniale wyglądały cyprysy proste i wysmukłe, jakby lekko nabrzmiałe u podstawy; w dolnej części pnie najeżone były małemi stożkami, z których mieszkańcy przyrządzaj ule. Lekki powiew wiatru szumiał wśród blado-zielonych listków, kołysał długie, szare włókna, tak zwane „brody hiszpańskie”, które z dolnych gałęzi zwieszały się aż na ziemię.

'Master of the World' by George Roux 07

Lasy te wrzały życiem. Z drogi umykały spłoszone myszy, chomiki, jaskrawo upierzone i ogłuszająco gadatliwe papugi, dydelfy, unoszące swe małe w workach podbrzusznych; niezliczone chmary ptaków fruwały wśród bananów, latanii i drzew pomarańczowych, których młode pędy przy pierwszym powiewie wiosny zaczynały już rozpękać; przechodzień z trudnością by się przedarł przez gęstwę rododendronów.

Wieczorem przybyliśmy do Pleasant-Garden, gdzie przyjął nas bardzo uprzejmie mer miasteczka, osobisty przyjaciel p. Smitha. Podczas kolacyi panował nastrój bardzo wesoły; rozmowa obracała się przeważnie dokoła tajemniczych zjawisk ostatniej doby i usposobienia ludności.

– Czy w ostatnich czasach nie powtórzyły się żadne niepokojące odgłosy i światła? – zapytałem gospodarza domu.

– Nie zauważyliśmy nic podejrzanego – odparł. Jeżeli legion szatanów zabawiał się w tych skałach, to widocznie przeniósł się już gdzieindziej!

– Ba, lecz mam nadzieję, że te duchy piekieł pozostawiły po sobie jakieś ślady, które odnajdziemy niewątpliwie. Od tego tu jestem!

Nazajutrz, tj. 29-go raniutko wyruszyliśmy w dalszą drogę. Konie popędzane przez woźnicę, mknęły szybko. Otaczający krajobraz z małą odmianą przypominał widoki wczorajsze. Tylko bagna spotykały się coraz rzadziej, w miarę bowiem jak zbliżaliśmy się do gór, grunt się podnosił.

Gdzieniegdzie, w cieniu olbrzymich buków, kryły się wioski i fermy. Ze skalistych ścian wąwozów i ze zboczów gór spływały liczne potoki, zasilające Sarawbę.

Flora i fauna była ta sama, co i wczoraj. Zwierzyny mnóstwo.

– Takąbym miał ochotę wziąć strzelbę i gwizdnąć na Niska – odezwał się pan Smith. Po raz pierwszy w życiu chyba bezkarnie przelatują dokoła mnie kuropatwy i snują się zające!… Lecz dzisiaj mamy co innego na głowie: polowanie na tajemnicę!

Jechaliśmy dalej nieskończenie długą równinę: tu i owdzie urozmaicały ją kępy latanii i cyprysów. Na skraju horyzontu dostrzegliśmy jakby małe lepianki, kapryśnie budowane i gęsto skupione, wśród nich mrowiły się całe tłumy gryzoniów. Były to wiewiórki z gatunku, zwanego w Ameryce „psami łąkowemi”. Z wyglądu nie były wprawdzie podobne do psów, lecz otrzymały tę nazwę z powodu dziwnie wrzaskliwego głosu, przypominającego szczekanie. Kłusem przejeżdżaliśmy mimo ich siedzib, a jednak trzeba było zatykać sobie uszy.

Podobne osady zwierzęce nie są w Stanach Zjednoczonych rzadkością. Między innemi przyrodnicy wymieniają Dog-Ville, które liczy przeszło milion takich mieszkańców.

Wewiórki te są zupełnie nieszkodliwe, lecz wycie ich jest nieznośne, wprost ogłuszające. Żywią się przeważnie trawą i korzeniami. Najulubieńszy ich przysmak stanowi szarańcza.

Po południu łańcuch gór Niebieskich, oddalonych o sześć mil zaledwie, zarysował się wyraźnie na tle pogodnego nieba, po którem się przesuwały małe chmurki. Góry pokryte u podnóża gęstym iglastym lasem, najeżone ostremi skalistemi wierzchołkami, miały wygląd dziwaczny. Górował nad niemi olbrzymi Black-Dowe, oświetlony promieniami wiosennego słońca.

– Czy byłeś pan na tym wspaniałym szczycie? zapytałem pana Smitha.

– Nie – odparł. Wejście jest podobno bardzo trudne, zresztą turyści zapewniają, że nawet z najwyższego punktu Black-Dowe’a nie widać wcale, co się dzieje na Great-Eyry.

– To prawda! wtrącił tu Harry Horn. Mogę to potwierdzić na podstawie własnego doświadczenia.

– Może mgły przeszkadzały – zauważyłem.

– Przeciwnie, pogoda była wspaniała, lecz skaliste krawędzie zasłaniały widok.

Dzisiaj ponad Great-Eyry nie dostrzegaliśmy ani dymu, ani płomieni.

Nazajutrz wstaliśmy o świcie. Wysokość Great-Eyry dochodzi tysiąca ośmiuset stóp, równa się więc przeciętnej wysokości Alleganów. Przypuszczaliśmy zatem, że w kilka godzin dosięgniemy szczytu, oczywiście, o ile nie natrafimy na trudności nieoczekiwane, przepaści nie do przebycia i przeszkody, zmuszające nas do zmiany kierunku drogi. Przewoźnicy nie mogli nam udzielić żadnych wskazówek. Najwięcej niepokoiło mnie utarte mniemanie o niedostępności Great-Eyry. Rachowaliśmy jednak, że olbrzymi głaz, który się oberwał podczas zjawisk tajemniczych, zrobił wyłom w zwartym pierścieniu skał i odsłonił wejście na wierzchołek.

– Czy starczy nam zapasów żywności? – zapytałem pana Smitha – wycieczka może się przedłużyć.

– O to niech pan będzie zupełnie spokojny, zabieram z sobą strzelbę, a w lasach tych zwierzyny nie brakuje. Mam też krzesiwo… rozpalemy więc ogień… oczywiście, o ile go nie znajdziemy na Great-Eyry.

– O ile go nie znajdziemy?

– Dlaczegóżbyśmy go znaleźć nie mieli? któż zaręczy, że ognisko wspaniałych płomieni, które tak przerażały naszych poczciwych wieśniaków wygasło zupełnie. Może w tych popiołach tli się jeszcze jakaś iskierka?… A jeżeli tam istnieje krater?… Jakiż to marny byłby wulkan, przy którymby się nie dało upiec jaj lub kartofli!… Wreszcie zobaczymy!…

Co do mnie nie miałem wyrobionego przekonania o tem, co znaleźć możemy na wierzchołku Great-Eyry. Spełniałem polecenie wyższej władzy. Ciekawość jednak nurtowała moją duszę. Pragnąłem gorąco, ażeby się okazało, iż Great-Eyry jest źródłem zjawisk niezwykłych, których tajemnicę mógłbym odsłonić, zdobywając przy tem słuszną sławę.

Przewodnicy poszli naprzód. Ja i pan Smith posuwaliśmy się za nimi wolno i ostrożnie.

Na los szczęścia Harry Horn skierował się do wąwozu. Kręta ścieżyna prowadziła zboczem stromych skał, gęsto zarośniętych iglastemi krzewami o listowiu czarniawym, szerokiemi paprociami i dzikiemi porzeczkami, przez które trudno się było przedzierać.

Całe chmary ptactwa zaludniały ten gąszcz leśny. Najhałaśliwiej krzyczały papugi, ostrym głosem rozdzierając powietrze. Zaledwie można było dosłyszeć skrzeczenie wiewiórek, chociaż setki ich przemykały się wśród krzewów. Środkiem wąwozu wił się fantastycznie potok, który wzbierał w porze deszczów i burz, tworząc liczne kaskady.

Po upływie pół godziny wąwóz stał się tak trudny do przebycia, że trzeba było nieustannie zbaczać ze ścieżki. Często noga nie znajdowała dostatecznego punktu oparcia. Musieliśmy się czepiać rękami traw i czołgać na kolanach.

– Do licha! – zawołał pan Smith, oddychając z trudem – nie dziwię się bynajmniej, że turyści omijają Great-Eyry.

– Mybyśmy też tam nie poszli, gdyby nie powody specyalne – zauważyłem.

– Byłem nieraz na Black-Dowe, – wtrącił Harry Horn, lecz nigdzie nie napotkałem takich trudności.

– Byleby się te trudności nie zamieniły na przeszkody, uniemożliwiające wyprawę! – zakończył rozmowę James Bruck.

Przedewszystkiem należało rozstrzygnąć kwestyę, czy mamy się zwrócić na lewo, czy też na prawo. I tu i tam wznosiły się gęste lasy i krzewy. Więc trzeba było iść na ślepo, mając jedną tylko wskazówkę a mianowicie, że w górach Niebieskich zbocza wschodnie są prawie niedostępne.

'Master of the World' by George Roux 08

Postanowiliśmy zatem zdać się instynkt naszych przewodników, przedewszystkiem zaś Jamesa Brucka, który nie ustępował małpom co do zręczności, a kozicom co do zwinności i szybkości.

Spodziewałem się, że mu dorównam, od dzieciństwa bowiem byłem zaprawiony do ćwiczeń fizycznych i gimnastykowałem się stale.

Miałem jednak pewne wątpliwości co do pana Smitha. Mer Morgantonu, starszy ode mnie, wyższego wzrostu i większej tuszy był nierównie słabszy i krok miał mniej pewny. Sapał jak foka i widocznem było, że podąża za nami z największym wysiłkiem.

Prawie na początku drogi zrozumieliśmy, że wejście na Great-Eyry zabierze nam więcej czasu, niż przypuszczaliśmy wczoraj. Około godziny dziesiątej, po wielokrotnych próbach znalezienia ścieżki dostępnej, po licznych zboczeniach i cofaniach się dotarliśmy wreszcie do skraju lasu.

Oczom naszym ukazały się pierwsze turnie Great-Eyry. Przewodnicy się zatrzymali.

– Nareszcie! – westchnął pan Smith, opierając się o pień latanii. – Należy nam się posiłek i trochę wypoczynku!

– Co najmniej godzinę! – zawołałem.

– Tak, tak… dotąd pracowały nasze płuca i nogi, teraz kolej na żołądek!

Nie było dwu zdań w tym względzie. Strudzone siły domagały się pokrzepienia. Obnażona stroma ściana Great-Eyry, na której nie widać było ani śladu ścieżki, obudzała w nas pewien niepokój. Harry Horn potrząsnął głową z powątpiewaniem:

– Może być całkiem niemożliwą – odparł James Bruck.

Uwaga jego rozgniewała mnie mocno. Jakto? Więc moglibyśmy nie dotrzeć wcale do szczytu Great-Eyry? Byłoby to przecież najzupełniejsze niepowodzenie mej misyi. Z jakąż miną stanąłbym wtedy przed panem Wardem, nie mówiąc już nic o ciekawości niezaspokojonej!

Otworzyliśmy torby podróżne, posililiśmy się zimnem mięsem i chlebem. Piliśmy bardzo umiarkowanie. Wypoczynek nasz trwał najwyżej pół godziny. Poczem pan Smith podniósł się pierwszy, nakłaniając nas do pośpiechu.

James Bruck poszedł naprzód, posuwaliśmy się za nim wolno i ostrożnie. Przewodnicy nie ukrywali bynajmniej swego zakłopotania. Harry Horn postanowił wyprzedzić nas i rozejrzeć się wśród miejscowości. Wrócił po upływie minut dwudziestu. Za jego radą obraliśmy kierunek północno-zachodni. Z tej to strony, w odległości trzech czy czterech mil, wznosił się dumnie Black-Dowe. Wiedzieliśmy jednak, że stamtąd nawet przy pomocy najsilniejszej lunety, nie zobaczymy, co się dzieje na Great-Eyry.

Wspinaliśmy się pod górę z wielkim trudem, wązką granią, na której tu i owdzie sterczały drobne krzaczki lub kępki traw. Uszliśmynajwyżej dwieście krokow, kiedy James Bruck zatrzymał się nagle, wskazując ze zdziwieniem na głęboką koleinę, przerzynającą grunt. Nieco dalej dostrzegliśmy powyrywane korzenie, połamane gałęzie, na proch zmiażdżone skały. Rzekłbyś obsunęła się w tym miejscu jakaś olbrzymia lawina.

– Tędy, prawdopodobnie, staczał się głaz, który się oberwał z Great-Eyry – zauważył James Bruck.

– Nie ulega wątpliwości – odparł pan Smith. – Sądzę, że zrobimy najlepiej, posuwając się naprzód temi śladami.

Miał słuszność zupełną. Nogi nasze stąpały pewniej, zatrzymując się nieco na zagłębieniach powyszarpywanych przez obsuwającą się skałę. Poszliśmy teraz w kierunku prawie prostopadłym.

O pół do dwunastej dotarliśmy do skraju stromej płaszczyzny. Droga urywała się nagle. Przed nami o sto kroków zaledwie, lecz o sto kroków w górę, sterczały skaliste ściany, zamykające tajemniczy wierzchołek. Przybierały one fantastyczne kształty igieł, słupów, maczug, potworów. Jedna ze skał przypominała sylwetkę orła z rozpostartemi skrzydłami. Stanowczo od wschodu wejście było niemożliwe.

– Odpocznijmy chwilę! – zaproponował pan Smith – a potem sprobujmy obejść szczyt dokoła.

– Głaz mógł się oberwać tylko z tej strony – zauważył Harry Horn. – Czemuż więc nie widzimy żadnego wyłomu w skałach otaczających wierzchołek?…

Po dziesięciu minutach wypoczynku postanowiliśmy iść dalej. Grunt był ślizgi. Posuwaliśmy się więc bardzo wolno u samej podstawy skał, wysokich na pięćdziesiąt stóp, rozszerzających się u góry i nieco wygiętych poniżej na podobieństwo koszyka. Gdybyśmy więc nawet mieli drabiny i klamry, wejście na szczyt był niemożliwością absolutną. Great-Eyry nabierał w mych oczach zabarwienia czarodziejskiego. Nie zdziwiłbym się bynajmniej, gdyby mi kto powiedział, że zamieszkują tu smoki, chimery i inne potwory mitologiczne.

'Master of the World' by George Roux 09

Obchodziliśmy dokoła muru skalistego, który się zarysowywał tak prawidłowo, jak gdyby był dziełem ręki ludzkiej. Nigdzie żadnego wyłomu, żadnej szczeliny, przez którą by się można przesunąć lub zajrzeć do wewnątrz.

Po upływie półtorej godziny wróciliśmy do miejsca, skąd rozpoczęliśmy naszą wędrówkę obwodową.

Nie mogłem ukryć swego niezadowolenia. Pan Smith zirytowany był niemniej ode mnie.

– Do kroćset dyabłów! – zawołał. – Więc nie dowiemy się nigdy, jaką tajemnicę kryje w swem łonie przeklęty Great-Eyry!

– Wulkan lub nie, mniejsza o to! – wtrąciłem, – dosyć, że w chwili obecnej nie daje powodu do żadnych obaw. Nie dostrzegliśmy nigdzie dymu ani płomieni, nie słyszeliśmy huku podziemnego, nie uczuwaliśmy żadnego wstrząśnienia.

Istotnie na Great-Eyry panowała zupełna cisza i pustka, jak zwykle na tak znacznej wysokości. Nie widzieliśmy żadnych śladów życia. Tylko kilka ptaków drapieżnych krążyło ponad szczytem.

Była już godzina trzecia, kiedy pan Smith odezwał się tonem zirytowanym.

– Nawet, gdybyśmy zostali tutaj do wieczora, nie dowiemy się niczego więcej. Wracajmy zatem, jeżeli chcemy w Pleasant-Garden stanąć przed nocą!

Milczałem, nie ruszając się z miejsca. W końcu jednak musiałem się zdobyć na rezygnacyę i pójść za towarzyszami podróży. Bóg jeden wie, ile mnie to kosztowało!

Powrót był dużo łatwiejszy i mniej męczący. Przed piątą jeszcze przybyliśmy do fermy Wildon, gdzie czekano nas z obiadem.

O pół do dziesiątej zaś powóz nasz zatrzymał się przed domem mera w Pleasant-Garden, według programu mieliśmy tutaj przenocować. Długo nie mogłem zanąć, rozmyślając nad tem; czy nie należałoby przedzięwziąć nazajutrz nowej wyprawy. Czyż jednak miałaby ona jakiekolwiek widoki powodzenia?… Stanowczo rozsądniej było wrócić do Waszyngtonu i zapytać o decyzyę pana Warda.

Nazajutrz wieczorem przybyliśmy do Morgantonu; opłaciłem przewodników, pożegnałem pana Smitha i pośpiesznym pociągem udałem się do Raleigh.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki