FANDOM


Rozdział XVI Król przestrzeni
Rozdział XVII
Juliusz Verne
Rozdział XVIII
Uwaga! Tekst wydano w 1905 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

W imię prawa!

Kto mógłby przewidzieć jaki los mnie czeka?… Wszystko spoczywa w rękach Robura… moja rola jest całkiem bierna… prawdopodobnie nigdy mi się nie nadarzy sposobność ucieczki, jak Uncle Prudentowi i Phil Evansowi. Trzeba się więc uzbroić w cierpliwość i czekać… czekać…

Ciekawość swą zaspokoiłem tylko częściowo, o tyle, o ile dotyczyła ona tajemnic Great-Eyry. Zbadałem dokładnie ten szczyt niedostępny i miałem pewność najzupełniejszą, że mieszkańcom Morgantonu, Pleasant-Gardenu i ferm okolicznych nie groził ani wybuch wulkanu ani trzęsienie ziemi. Great-Eyry było tylko schronieniem Robura, składem jego materyałów i zapasów. Prawdopodobnie miejsce to uważał on za bezpieczniejsze od owej wyspy X na Oceanie Spokojnym…

Lecz co się tyczy niezwykłego motoru, sposobów szybkiego przekształcania jednego przyrządu na drugi, nie dowiedziałem się zgoła nic… Przypuszczając nawet, że skomplikowany ten mechanizm wprawiała w ruch siła elektryczności, którą zapomocą jakichś nieznanych akumulatorów Robur czerpał z otaczającego powietrza, o budowie tego mechanizmu nie miałem najmniejszego pojęcia. Systematycznie trzymano mnie w oddaleniu.

Myślałem nieraz, że jestem jedynym człowiekiem, który może stwierdzić tożsamość Robura i Króla Przestrzeni… Włożono na mnie obowiązek uwięzienia tego człowieka, a tymczasem ja sam byłem jego więźniem!…

Na żadną pomoc z zewnątrz rachować nie mogę… Władze wiedzą o wszystkiem, co zaszło w Block-Rock… prawdopodobnie John Hart i Nab Walker wrócili do Waszyngtonu razem z Wellsem… pan Ward nie łudzi się więc co do mego losu…, przypuszcza, niewątpliwie, jedno z dwojga: albo że utonąłem w Erié, albo też, że dostałem się na pokład Grozy i jestem w niewoli.

Tak czy owak, nie ma już nadziei zobaczenia mnie więcej.

Parowce, wysłane w pogoń za Grozą, ścigały ją aż do samych prawie wodospadów, gdzie znikła im z oczu. Wśród zapadających ciemności nikt nie mógł dojrzeć przekształcenia statku na przyrząd do latania, oczywiście więc sądzono, że Groza zginęła w otchłani wodnej.

Nie chciałem o nic pytać Robura, przypuszczałem, że nie zechce mi odpowiadać Rzucił dumnie swe imię i sądził, że to mi wystarczyć powinno.

Dzień minął, nie sprowadzając w mym położeniu zmiany najmniejszej. Robur i obaj towarzysze zajęci byli nieodstępnie przy maszynach. Wywnioskowałem ztąd, że Król Przestrzeni obmyśla nową podróż i ma zamiar zabrać mnie ze sobą. Co prawda, mógł mnie też zostawić samego na Great-Eyry, skądbym się bez jego pomocy wydostać nie mógł.

Uwagę moją zwróciło niezwykłe podniecenie Robura. Czy tworzył plany na przyszłość? czy też obmyślał nowe sposoby udoskonalenia swego przyrządu?…

Noc spędziłem w jednej z grot, na posłaniu z suchej trawy. Tam przyniesiono mi posiłek, 2-go i 3-go sierpnia Robur i jego towarzysze nie ustawali w pracy. Niekiedy zamieniali ze sobą jakieś słowa urywane. Zapakowywali żywność, o ile mi się zdaje, na czas dłuższy.

Może więc Robur wybierał się w jakieś krainy odległe, najprawdopodobniej na wyspę X. Od czasu do czasu przechadzał się w zamyśleniu po piaszczystej płaszczyźnie, podnosił rękę ku niebu, jak gdyby wyzywając do walki tego Boga, z którym chciał dzielić panowanie nad światem. Czyż ta pycha szalona nie doprowadzi go do zguby w którą pociągnie za sobą i swych towarzyszy?…

Rozporządzał jedną tylko Grozą, a chciał, ujarzmić wszystkie żywioły!…

Przyszłość więc przedstawiała mi się w barwach czarnych. Byłem przygotowany na rzeczy najgorsze. O ucieczce z Great-Eyry przed nową wyprawą, trudno było nawet marzyć – Tem mniej podczas podróży napowietrznej, lub wodnej.

Od chwili przybycia na Great-Eyry nosiłem się z myślą rozpytania Robura co ze mną zrobić zamierza. Dzisiaj postanowiłem przystąpić do tej rozmowy.

Całe popołudnie chodziłem po grocie tam i napowrót. Robur stał u wejścia, przyglądając mi się bocznie.

Zbliżyłem się ku niemu:

– Kapitanie – rzekłem – zapytywałem już pana przed kilku dniami, jakie masz względem mnie zamiary? Nie raczyłeś mi odpowiedzieć… może dzisiaj będę szczęśliwszym?

Staliśmy naprzeciw siebie. Z rękami skrzyżowanemi na piersiach patrzał mi prosto w oczy. Wzrok jego przeraził mnie. Było w nim coś nad ludzkiego.

Ponowiłem pytanie tonem rozkazującym. Na chwilę zdawało mi się, że wyjdzie ze swej roli milczącej. Wywierał wrażenie człowieka, opanowanego myślą wyłączną… zdawało się, że jakaś siła nieprzeparta odrywa go od ziemi, unosząc ku wyższym szlakom atmosfery.

Nie wyrzekł słowa i odszedł do groty, gdzie nań czekał Turner.

Nie miałem najmniejszego pojęcia, jak długo potrwa nasz pobyt na Great-Eyry. Trzeciego sierpnia jednak pod wieczór zauważyłem, że roboty około naprawy przyrządu zostały ukończone. Wszystkie składy statku napełniono zapasami żywności, przechowywanej w grotach. Wreszcie w środku płaszczyzny, na grubym pokładzie z suchej trawy Turner i jego towarzysz ułożyli stos z resztek materyałów, pustych skrzyń, kawałków drzewa. Przyszło mi na myśl, że Robur zamierza opuścić Great-Eyry na zawsze.

Nie dziwiło mnie to bynajmniej. Wiedział przecież, że uwaga ogółu zwrócona była na ten szczyt tajemniczy, że pierwej czy później nowa wyprawa postanowiona zostanie. Na wszelki wypadek chciał więc zatrzeć ślady swego tutaj pobytu.

Słońce znikło za grzbietem gór Błękitnych, tylko ostatnie promienie złociły sterczący dumnie Black-Dome. Prawdopodobnie z nadejściem nocy rozpocznie się napowietrzna wędrówka.

Około dziewiątej zapanowały ciemności zupełne. Skłębione chmury zawisły na niebiosach. Nie widać było ani jednej gwiazdy. Z pewnością więc mieszkańcy nizin nie spostrzegą odlotu Grozy

Nagle Turner zbliżył się do stosu i podłożył ogień pod suche trawy.

W jednej chwili wszystko stanęło w płomieniach. Snopy świateł wydzierały się z pomiędzy gęstych kłębów dymu wznosząc się wysoko po nad skaliste złomy. Raz więc jeszcze mieszkańcy Morgantonu i Pleasant-Gardenu zadrżeli z obawy przed wybuchem wulkanicznym.

'Master of the World' by George Roux 35

Stałem nieco opodal, przyglądając się pożarowi i wsłuchując się w trzask palących się drzew, Robur w głębokiem milczeniu przypatrywał się wspaniałemu widokowi, Turner i jego towarzysz zbierali niedopalone kawałki drzewa i wrzucali je w środek płomienia.

Powoli ogień zaczął się zmniejszać, wreszcie zagasł zupełnie, żarzyły się tylko węgle przykryte gęstą warstwą popiołu. Zapanowała cisza.

Nagle ręka jakaś pochwyciła mnie za ramię. To Turner pociągnął mnie gwałtownie na pokład. Wszelki opór byłby daremny, zresztą cóż za cel byłby pozostawać samemu na Great-Eyry?

W chwilę później klapa zamknęła się za mną. Znalazłem się w swej dawnej kajucie, jak w więzieniu. Podobnie jak wtedy, gdyśmy opuszczali Niagarę skazany byłem na odosobnienie ruchów Grozy obserwować nie mogłem.

Słyszałem tylko huk maszyny, odczułem kilka wstrząśnień, jak gdyby kołysań się statku, poczem dolne turbiny zaczęły się poruszać z szybkością gwałtowną, a potężne skrzydła biły rytmicznie.

A zatem Groza opuściła Great-Eyry i prawdopodobnie na zawsze. Wznieśliśmy się ponad Alleghany, lecz dokąd lecimy? O tem nie miałem najmniejszego pojęcia. Gdy jutro znajdę się na pokładzie i dokoła siebie ujrzę niebo i morze, jakże odgadnę, czy szybujemy nad Atlantykiem, czy też ponad Oceanem Spokojnym lub zatoką Meksykańską?

Upłynęło kilka długich godzin. Nie próbowałem nawet zasnąć. Myśli bezładne, niepokojące , tłoczyły się w moim mózgu. Zdawało mi się, że jakiś potwór napowietrzny unosi mnie w przestworza…, przypominała mi się nadzwyczajna podróż Albatrosa, której opis podali swego czasu Uncle Prudent i Phil Evans. Dzisiaj Robur Zwycięzca, pan ziemi, morza i powietrza jest przecie w warunkach dużo świetniejszych.

Wreszcie pierwsze promienie świtu wpadły przez okienko kajuty.

Sprobowałem podnieść klapę. Na szczęście nie była zamknięta.

Wysunąłem się do połowy. Dokoła rozścielała się bezkreśna wodna płaszczyzna. Znajdowaliśmy się przynajmniej o jakie 1000-1200 stóp ponad poziomem.

Robura na pokładzie nie było.

Turner stał przy rudlu, towarzysz jego na przodzie.

Na wstępie uderzył mnie ruch potężnych skrzydeł, czego podczas nocnej podróży z nad Niagary dostrzedz nie mogłem.

Oryentując się przy pomocy słońca, które się wzniosło o kilka stopni po nadhoryzont, zrozumiałem, że lecimy na południe. A zatem, jeżeli od chwili odlotu z Great-Eyry, Groza nie zmieniła kierunku, mieliśmy pod stopami zatokę Meksykańską.

Dzień zapowiadał się upalny. Od zachodu ciągnęły gęste, sine chmury. Były to oznaki zbliżającej się burzy. Nie uszły one uwagi Robura, który około ósmej wszedł na pokład i zastąpił Turnera. Może przypomniała mu się straszliwa trąba powietrzna i groźny cyklon, z których cudem prawie został uratowany Albatros.

Co prawda Groza jest przyrządem o wiele doskonalszym. W razie burzy może przecież spuścić się na powierzchnię oceanu, a gdyby i tutaj groziły jej rozhukane fale, może się zanurzyć w głębiny, gdzie nic spokoju i ciszy nie zakłóci.

Zresztą, o ile mi się wydało, Robur nie przypuszczał, ażeby burza miała wybuchnąć dzisiaj. Nie zniżał więc lotu i Groza szybowała w powietrzu, jak olbrzymi ptak morski, który miał tę przewagę, że metalowe członki, poruszane elektrycznością, nie znały znużenia.

Nieogarniona, niezmierzona powierzchnia wody była pusta zupełnie. Na horyzoncie nie dostrzegałem ani jednego żagla, ani jednego słupa dymu.

Po południu nic godnego uwagi nie zaszło, Groza posuwała się wciąż ku południowi ze średnią szybkością. Lecąc dalej w tym kierunku zbliżaliśmy się do wysp Antylskich, Kolumbii i Venezueli. Może jednak nocy następnej przetniemy przesmyk i znajdziemy się nad oceanem Spokojnym, dążąc ku wyspie!…

Tymczasem zniżyliśmy się na powierzchnię wody.

Słońce zachodziło krwawo. Dokoła nas iskrzyło się i paliło morze… Wszystko zapowiadało burzę.

Prawdopodobnie tego samego zdania był i Robur. Na jego rozkaz musiałem opuścić pokład i zejść do kajuty. Klapa zamknęła się za mną natychmiast.

Równocześnie usłyszałem szmer i hałas, zapowiadający, że Groza zamieni się na statek podwodny. Istotnie w pięć minut później płynęliśmy już w głębinie.

Zmęczony fizycznie i moralnie zapadłem wkrótce w głęboki, długi i ciężki sen… tym razem nie potrzebne były proszki usypiające.

Gdy się zbudziłem, płynęliśmy jeszcze pod wodą. Lecz wkrótce wydostaliśmy się na jej powierzchnię. Szaro zielony brzask przenikał przez okienko kajuty, silne kołysanie się statku dowodziło, że fale są jeszcze bardzo wzburzone.

Pośpieszyłem na pokład i zająłem swe dawne miejsce.

Na północo-zachodzie zbierała się burza. Błyskawice coraz częściej przecinały ciemnosine, prawie czarne chmury. Zdala rozlegał się huk grzmotów i piorunów, które echo powtarzało wielokrotnie.

Byłem zdumiony i przerażony szybkością, z jaką się burza zbliżała.

Nagle zerwał się wicher gwałtowny, rozdzierając gęstą oponę mgły. Spienione, rozhukane fale zalały Grozę. Gdybym się nie był tak mocno trzymał rampy, byłyby niewątpliwie uniosły mnie ze sobą. Pozostawał jeden, jedyny ratunek: przekształcić Grozę na statek podwodny. Czyż nie szaleństwo stawać do walki z rozhukanym żywiołem, skoro o dwadzieścia stóp głębiej znaleźć mogliśmy spokój i bezpieczeństwo.

Robur był na pokładzie. Spodziewałem się, że za chwilę rozkaże mi zejść do kajuty, lecz się zawiodłem, ku memu ogromnemu zdumieniu nie czyniono żadnych przygotowań do przekształcenia Grozy na statek podwodny.

Wyniosły i niewzruszony, okiem płonącem kapitan wyzywał do walki rozszalałą burzę i zdawał się być pewnym zwycięztwa. Z przerażeniem zapytywałem siebie, czy człowiek ten nie jest jakąś istotą nadprzyrodzoną. Jedno jego słowo, jedno skinienie a Groza mogła się jeszcze zanurzyć w głębiny… jeszcze mogliśmy być ocaleni! Lecz on stał bez ruchu.

Nagle z ust jego padły wyrazy, zlewające się ze świstem burzy i łoskotem piorunów:

– Ja… Robur – władca świata.

Dał znak ręką… towarzysze go zrozumieli… był to rozkaz… rozkaz nieodwołalny; który nieszczęśliwi spełnili bez wahania.

Całe niebo zdawało się być objęte płomieniem. Piorun uderzał po piorunie, Groza z rozpostartemi skrzydłami wzniosła się w powietrzu i pędziła jak szalona wśród ogni błyskawic, wśród łoskotu gromów.

Kilka dni temu ponad Niagarą, szczęśliwie umknęła zwirów wodospadu… Czy i dzisiaj uniknie wściekłości huraganu?…

'Master of the World' by George Roux 36

Robur nie zmieniał postawy. Jedną ręką kierował rudlem, drugą trzymał na rączce regulatora. Skrzydła biły tak potężnie, że lada chwila mogły być złamane. Groza pędziła w samo ognisko burzy, tam gdzie iskry elektryczne z największą gwałtownością wyładowywały się z jednej chmury na drugą.

Trzeba było koniecznie ratować Grozę, która leciała na zgubę w tę otchłań powietrzną. Powierzchnia rozszalałego morza przedstawiała niemniejsze niebezpieczeństwo. Za jaką bądź cenę należało się zanurzyć w głębiny.

Poczucie obowiązku zbudziło się we mnie z gwałtownością rozpaczliwą… Czyż można nie powstrzymać warjata, złoczyńcę wyjętego z pod opieki prawa i zagrażającego swym wynalazkiem bezpieczeństwu całego świata?… Ja, Strock, główny inspektor policji waszyngtońskiej powinienem przecież oddać tego człowieka w ręce sprawiedliwości!…

Zapominając, że jestem jeden przeciwko trzem, że się znajdujemy o parę tysięcy stóp po nad rozhukanym żywiołem, skoczyłem ku Roburowi, schwyciłem go za kołnierz, starając się głosem zapanować nad rykiem i świstem burzy:

– W imię prawa…

Nagle Groza wstrząsnęła się gwałtownie, jak gdyby uderzona potężnym ładunkiem elektryczności. Metalowy szkielet zadrgał, podobnie jak ciało człowieka pod wpływem silnego prądu. Poczem, rażony w samo jądro, rozpadł się na części.

To piorun strzaskał ten przyrząd cudowny, arcydzieło umysłu ludzkiego. Ze zmiażdżonemi skrzydłami, z połamanemi turbinami Groza spadła z wyższych szlaków atmosfery w głębiny morza…! Prawo Najwyższego dosięgło pychę człowieka.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki