FANDOM



Muzeum Dusz Czyśćcowych • ze zbioru Księga ognia • Stefan Grabiński
Muzeum Dusz Czyśćcowych
ze zbioru Księga ognia
Stefan Grabiński

Zatrzymali się przed nową kasetą. Pod szklanym wiekiem na poduszeczce z czerwonego aksamitu leżała stara, w sa­fian oprawna książka. Proboszcz Łączewski odchyliwszy wieko wydobył ją i podał grzecznie do oglądania doktorowi Proniowi.

— Mszał z kościoła parafialnego w Winnicy — objaśniał swym cichym, drżącym już od starości głosem. — A tu jest odcisk. Bardzo wyraźny — dodał po chwili.

— Rzeczywiście — odparł Proń rozkładając na stole książkę. — Ciekawy znak. A jaki głęboki! Jakby od żelaz­nej, rozpalonej do białego żaru ręki.

Ksiądz z dumą patrzył na swój zabytek:

— I to w dodatku autentyk, panie doktorze. Oryginał. Nieprawdaż, Helu? — zwrócił się po aprobatę do jasnowło­sej, chorobliwie pięknej bratanicy, śledzącej uważnie fizjono­mię uczonego.

— Tak — odpowiedziała nieśmiało.

Proń spojrzał bystro na pannę, uśmiechnął się trochę nie­dowierzająco i obserwował dalej książkę.

A znak był istotnie godny podziwu. Począwszy od stro­nicy dziesiątej mszału widniał wypalony odcisk ludzkiej ręki. Stygmat był silny i szedł na kilkanaście kartek w głąb; kontury wyraźne, zdecydowane, rysunek palców ostry; po brze­gach odcisku papier nosił widoczne ślady nadpalenia: ciem­nobrunatną obwódkę.

— Zna pani historię znaku? — zapytał młody uczony.

— Objaśnienia są na karteczce zawieszonej tu z boku na ścianie puzdra — wyręczył ją w odpowiedzi stryj. — Proszę, może pan przeczyta?

Proń przebiegł szybko oczyma karnecik, zapisany drob­nym, lecz wyraźnym „maczkiem”:

W kościele parafialnym w Winnicy roku Pańskiego 1720 podczas mszy świętej w drugi dzień Zielonych Świąt zjawiła się dusza pana Bonawentury Łaszczą, dziedzica winnickiego klucza, znanego z życia hulaszczego, z prośbą o modlitwę i wspominanie nabożne. Na dowód prawdy wypalił potępieniec ślad swojej ręki na mszale.

— Książkę tę — kończył historię proboszcz — podarował mi na pamiątkę ksiądz Dargan, świętej pamięci proboszcz w Winnicy, dowiedziawszy się, że zakładam muzeum dusz czyśćcowych.

— Piękna pamiątka — mruknął półgłosem Proń i prze­szedł do następnego curiosum.

Był nim kwadratowy kawałek płótna z wypalonym śla­dem pięciu palców; odcisk był delikatny i nie przeżarł ma­terii na wylot: jakby dotknięto się jej z lekka tylko.

— Ślad ręki autentyczny — tłumaczył proboszcz — zna­leziony przed pięciu laty na postawie płótna przez Andrzeja Świerka, gospodarza z naszej parafii, w opustoszałej chacie Ostrwiążów. W domu tym, nie zamieszkanym od śmierci ostatniego z rodu Józefa, który zginął, zamordowany w spo­sób tajemniczy, podobno przez wiele lat straszyło.

— Czy to też należy do muzeum? — zapytał uczony, wskazując na staroświecki, dębowy stół w rogu pokoju.

— Oczywiście, to jeden z mych najpiękniejszych okazów. Dar hrabiów Łosiów z kościoła parafialnego w Przemyślanach. Niech mu się pan doktor tylko bliżej przypatrzy.

Proń pochylił się nad stołem i spostrzegł na samym środ­ku dębowej płyty głęboko wyciśnięty stygmat kobiecej ręki.

— Ciekawe! — szepnął podnosząc pytające spojrzenie na pannę.

— Ręka Heleny z Cetnerów hrabiny Łosiowej — odpowiedziała, mieniąc się dziwnie na twarzy pod jego wzrokiem, bratanica księdza. — Widmo zmarłej miało ukazać się w Brzuchowicach koło Przemyślan, w biały dzień, dnia 19 lipca 1750 roku, prosząc o ratunek, i na dowód tożsamości zo­stawiło po sobie tę pamiątkę na stole.

— Syn jej — dorzucił ksiądz — hrabia Józef, dał stół ten, wraz z opisem zdarzenia na marmurowej tablicy, do kościo­ła w Przemyślanach, skąd dostał się ten nieoceniony za­bytek do naszego muzeum.

— Rzecz charakterystyczna — zauważył doktor — że zja­wiska stygmatoplastii zdradzają pewien ulubiony typ. Roz­czytując się dużo w odnośnej literaturze ze zdumieniem do­szedłem do przekonania, że dusze pokutujące chętnie obja­wiają się w ten sam sposób. Widać u nich, że się tak wyrażę, pewną manierę. Tak na przykład bardzo często czyta się o odciskach rąk na stołach lub drzwiach. Znać drzewo uwa­żają za bardzo podatny materiał.

— To prawda — przyznał spokojnie ksiądz, jakby nie od­czuwając lekkiego odcienia ironii w słowach gościa. — Ma­my więcej takich sprzętów wśród naszych zbiorów. Lecz tyl­ko ten jeden jest oryginalny. Reszta w tym rodzaju — to same kopie. Tu na przykład zaraz obok ten mały z czarnego hebanu model jest wiernym odtworzeniem stołu klasztorne­go z opactwa dominikanów w Zamora w Hiszpanii z wypalo­nym śladem ręki jednego ze zmarłych zakonników.

— A tu — wmieszała się do rozmowy panna Helena — jest album z barwnymi kopiami innych znaków.

Proń otworzył podaną sobie księgę i z zajęciem przeglą­dał zawarte w niej wizerunki i zdjęcia. Po chwili zatrzymał się dłużej nad jedną z kopii przedstawiającą duże, żelazem okute drzwi z wypalonym w pośrodku jednego ze skrzydeł profilem kobiecej głowy.

Roku 1859 — czytał półgłosem objaśnienie u dołu karty — w klasztorze Panien Franciszkanek we Foligno koło Asyżu, uka­zała się dusza zmarłej zakonnicy Teresy Giotti, następczyni w urzędzie, Annie Felicji, cała w ogniu i wypaliła na dowód prawdy na drzwiach ślad swojej twarzy.

— Oto jeden z typowych przykładów, o których mówi­łem — wywnioskował, składając z powrotem album na wy­znaczone miejsce.

Przeszli do dalszych zbiorów. Gościnny gospodarz otwo­rzył szafkę w stylu barokowym i zdjął z jej półek parę sta­rannie owiniętych w jedwab paczek, związanych wstążkami barwy szafranowej.

— Chusty dusz czyśćcowych — objaśniała panna Helena rozwiązując jedną z tych „saszetek”.

Posypały się na stół czworogranne i trójkątne chusteczki, chusty, płatki i ręczniki z prostego płótna, delikatnego ba­tystu, powiewnego zefiru, nawet z koronki lub tiulu z ciem­nobrązowymi stygmatami palców, dłoni, rąk, z fragmentami naszkicowanych tylko z grubsza twarzy, profilów, zarysami nosów, warg lub uszu.

— Oto owoc mych trzydziestoletnich przeszło poszukiwań i trudów — chełpił się proboszcz z naiwnie poczciwym uśmie­chem dziecka pokazującego starszym swe skarby. — Helu! Schowaj to z powrotem!

— A ta szklana gablotka co mieści? — zapytał Proń wskazując na podłużne, w srebrne ramy ujęte puzdro.

— Tam są fotografie i podobizny ludzi, którym dusze cierpiące w czyśćcu na dowód swego istnienia wypaliły znaki na ciele.

Panna Helena widząc, że uczony chce przejść do dalszych osobliwości w głębi pokoju, wstrzymała go uwagą:

— W tamtej partii nie znajdzie pan nic dla siebie zajmu­jącego.

— Dlaczego? — zapytał przekornie. — Kto wie, może właśnie coś mi wpadnie w oko.

— Same niemal okazy wątpliwej autentyczności lub zgoła falsyfikaty i twory mistyfikacji — objaśnił gospodarz.

— A dlaczego ksiądz proboszcz, wiedząc o tym, toleruje je w swoim muzeum?

Ksiądz, trochę stropiony, spuścił oczy ku ziemi. Po chwili wyjąkał nieśmiało:

— Takie sobie zamiłowanie, pedanteria zbieracza. Może słyszał pan doktor kiedy, że zapaleni filateliści zbierają z pełną świadomością także fałszywe i podrabiane marki. Zresztą trudno mi się z nimi rozstać, bo o ich nieautentyczności dowiedziałem się dopiero parę lat temu.

Tu rzucił ukradkowe spojrzenie na bratanicę.

— Przyzwyczaił się ksiądz dobrodziej do nich — dopo­mógł mu Proń — i teraz żal mu się ich pozbywać. Ale kto też księdzu proboszczowi otworzył oczy na ten prawdziwy lubo niemiły stan rzeczy?

Pytanie znać wprawiło księdza w niemały kłopot.

— Ja — przerwała przykre milczenie panna.

— Pani?

Proń popatrzył na nią uważniej. Była bledsza niż zwykle i dziwnie poważna.

Nagle przyszła mu pewna myśl. Chwycił ją za rękę po­wyżej przegubu i patrząc mocno w oczy przycisnął tętno sil­nie wielkim palcem.

W jednej chwili dziewczyna zesztywniała jakby w nerwo­wym paroksyzmie; białka jej oczu podeszły w górę, twarz przybrała wyraz sennej maski.

— Hm... — mruknął zadowolony z odkrycia. — Teraz ro­zumiem.

— Co pan zrobił z nią, doktorze? — zapytał przerażony proboszcz.

— Nic, nic, to tylko niewinne całkiem doświadczenie. — I łagodnie potarł jej ręką czoło u nasady nosa pomiędzy brwiami.

Panna przebudziła się i zdumiona patrzyła na obecnych.

— Co to było? Co się ze mną stało?

— Ależ nic, nic — uspokajał Proń uśmiechając się życz­liwie — pani tylko na chwilkę zasnęła.

— Ja spałam?

— Tylko przez chwilkę, przez bardzo małą chwilkę. Zre­sztą przypuszczam, stan ten nie jest pani zupełnie obcy i mu­siała go już pani nieraz przechodzić. Nieprawdaż?

Panna pochyliła głowę.

— Może — brzmiała po chwili cicha odpowiedź.

— A zatem — podjął gość — rewia muzeum skończona. Czy mają państwo jeszcze coś do oglądnięcia?

— W drugim pokoju mieszczą się też zbiory. Tam też przechowuję parę ciekawych odlewów w gipsie i brązie. Lecz sądzę, że na dzisiaj wystarczy panu przegląd pierwszej salki. Mamy zresztą czasu dość, gdyż nie puszczę pana doktora stąd tak prędko. Trzeba czymś pokrzepić grzeszne ciało. Helu, czy wszystko przygotowane?

— Obiad na stole; proszę państwa do stołu — przerwała plebanowi miłej powierzchowności staruszka, wchodząc do pokoju.

Doktor Proń podał z galanterią ramię Helenie.

Przebieg obiadu był miły i wesoły. Niewymyślne, lecz smakowite potrawy zakropione staropolskim miodem wzmocniły ciała, podniosły humory.

Po ostatnim daniu wniesiono czarną kawę, z którą męż­czyźni przenieśli się do saloniku. Proboszcz, zamknąwszy drzwi od przyległego pokoju, rozsiadł się wygodnie w staro­świeckim fotelu i pykając z długiej piankowej lulki podsunął gościowi skrzynkę z papierosami. Proń, wypuściwszy parę dymnych skrętów pod strop salonu, rozpoczął poobiednią po­gadankę :

— Kiedy założył ksiądz proboszcz swoje muzeum?

— W roku 1870, czterdzieści dwa lata temu. Miałem wte­dy lat trzydzieści i objąłem tutejszą parafię.

— Przypuszczam, że coś musiało wpłynąć na zamiar utworzenia muzeum; jakiś fakt, jakieś zdarzenie? Taki ory­ginalny pomysł nie powstaje ni stąd, ni zowąd. Ksiądz uśmiechnął się zagadkowo.

— I nie pomyliłeś się pan, panie doktorze. Istotnie po­mysł założenia muzeum dusz czyśćcowych zrodził się pod wpływem dziwnego zdarzenia, które zaciążyło wspomnie­niem na całym moim życiu. Ponieważ historia ta wiąże się ściśle z jednym z okazów, zawartych w drugiej salce, którą mamy oglądać jutro, dlatego opowiem ją panu podczas zwie­dzania reszty zbiorów.

— Proszę o to bardzo. Nie ma ksiądz proboszcz pojęcia, jak wielce mię zaciekawił. Więc temu zdarzeniu wyłącznie zawdzięcza muzeum swe powstanie?

— No, nie wyłącznie, tego nie mogę powiedzieć. Były i inne pobudki już przedtem, tylko za słabe, by wpłynąć tak stanowczo. Dopiero ten fakt zadecydował. Przyznać się panu muszę, że już jako młody kleryk odczuwałem szczególniejszą sympatię dla dusz czyśćcowych, obiecując sobie po wyświę­ceniu otaczać ich pamięć duszpasterską opieką i życzliwością. Jakoż zostawszy księdzem zacząłem odprawiać często na­bożeństwa na ich intencję; zdarzało mi się nieraz w ciągu tygodnia odmówić za nie parę mszy.

— Ciekawe! — dziwił się Proń. — Ksiądz proboszcz za­pewne musi mieć w świecie zmarłych wiele dusz bliskich i kochanych?

Ksiądz zamyślił się na chwilę.

— Byłem sierotą od lat dziecinnych — odparł po na­myśle — rodziców nie pamiętam; krewnych prawie nie mia­łem, rodzina nieliczna wcześnie wymarła. Nie, panie dokto­rze, moja niezwykła sympatia dla dusz czyśćcowych ma źró­dła głębsze, może mniej osobiste. Zakładając zaś muzeum chciałem przede wszystkim zebrać materiał, który by udo­wodnił niezbicie światu i ludziom, że jest czyściec i kara piekła, że istnieje w ogóle życie pośmiertne duszy.

— Na to i ja się zgadzam z księdzem proboszczem w zu­pełności. I ja wierzę w życie po tamtej stronie i ekspiację po śmierci. Chodzi tylko o formę bytowania poza grobem i rodzaj „kary”.

— Istnienie czyśćca i piekła jest dogmatem Kościoła — rzekł ksiądz Łączewski ze szczególnym akcentem w gło­sie.

— Tak, wiem o tym, lecz nie jest nim istnienie ognia rzeczywistego i prawdziwego.

— A jednak ogień ten jest prawdą, o której zapewnia nas powaga ojców Kościoła i objawienia świętych pańskich. Święty Augustyn nazywa go ogniem rozsądnym i mądrym, który umie wywierać na grzeszniku całą swą niepojętą dzielność i pali w sposób dziwny, lecz prawdziwy. A święty Jozafat mówi o piekle w sposób następujący: „Oto jest miej­sce nagotowane dla grzeszników; w płomieniach tych wiecz­nych cierpieć będą na wieki ci, którzy ulegli nieporządnym chuciom serca swego; tu wymierza się za rozkosz, co w chwi­li minęła, kara, która trwać będzie wiecznie”.

— Straszne, nielitościwe słowa, księże plebanie.

— A jednak prawdziwe. „Któż z was ostać się może przed ogniem pożerającym, kto z was ostać się może przed płomie­niem wiecznym?” — oto groźne pytanie, jakie nam stawia Izajasz w rozdziale XXXIII swej księgi.

— Sądzę, że sprawa natury tego ognia jest kwestią otwartą. Dla mnie jest on plastycznym symbolem mąk i ka­tuszy moralnych duszy, która cierpi przechodząc pamięcią całe swe zmarnowane życie.

— Zwykły wybieg tych, co mając obciążone sumienie pragną pocieszyć się w ten sposób. Ale to jest tylko strusia polityka, panie doktorze. Czyż nie mówi genialny mistrz włoski w pieśni dwudziestej piątej swego Czyśćca.

Quivl la ripa fiamma in fuor balestra E la cWnice spira fiato in suso, Che la liflette e via de lei sequestra: On de ir convenia dal lato schiuso Ad uno ad uno; ed io temea ii fuoco Quinci, e quindi temea cadere in ginso.

Ksiądz przymknął na chwilę oczy.

Proń, lekko uśmiechnięty, nie przerywał milczenia, jakie potem zapadło. Nagle, strzepnąwszy popiół z papierosa, po­chylił się ku rozmarzonemu dantejską tercyną starcowi i za­uważył :

— A właśnie zacytowany przez księdza dobrodzieja po­eta zdaje się być sam w niepewności co do istoty kar po­śmiertnych.

— Jak to? — żachnął się niecierpliwie gospodarz.

— Rzecz oczywista. Kary, z jakimi spotykamy się w Bo­skiej Komedii, stoją często na przeciwnym biegunie do tej, o jakiej mówimy. Tak na przykład zdrajcom każe Dante przebywać nie w ogniu, lecz pod lodem, żarłokom w wie­czystym dżdżów kole, pysznym pod głazami i tak dalej.

— Et, to tylko fantazja poetycka — bronił się podrażnio­ny proboszcz. — Ja przecież nie uważam Boskiej Komedii za kanon wiary ani ewangelię.

— A jednak — odparł nielitościwy gość — a jednak ksiądz proboszcz chciał przed chwilą użyć jej jako argumen­tu w kwestii spornej, która nas zajmuje.

— Et — przerwał mu impetycznie pleban — przecież og­lądał pan moje zbiory. Czy ślady, wypalone przez widma zmarłych w obecności wiarygodnych świadków, nie są dla pana dostatecznym dowodem prawdziwości ognia? Chyba, że uważa pan całe moje muzeum za automistyfikację i wątpi o autentyczności okazów.

— Nie, księże proboszczu, o autentyczności znaków, przynajmniej w pewnej ilości wypadków, nie wątpię. Owszem, wierzę w możliwość podobnych fenomenów. Jestem szczerym wobec księdza i nie chcę przedstawiać się w fałszywym świetle: jestem okultystą-psychologiem. Lecz to, że znaki pozostawione na pamiątkę przez fantomy sprawiają wrażenie stygmatów wypalonych, nie jest jeszcze dla mnie dowodem materialności ognia pozagrobowego.

— Proszę! A to dlaczego? W jaki inny sposób potrafi pan coś podobnego wytłumaczyć?

Proń uśmiechnął się zadowolony. Natarczywość, z jaką postawiono mu pytanie, widocznie podobała mu się; psycholog lubił namiętną dyskusję.

— Ślady wyciśnięte przez dusze zmarłych — wykładał powoli, dobitnie — dlatego wyglądają jak wypalone — co więcej powiem, dlatego są wypalone, ponieważ pochodzą od tych, którzy wierzyli za życia w ogień jako środek karzący po śmierci.

— To szalona interpretacja — zaprotestował gorąco sta­rzec — nigdy mnie pan nie przekona.

— Nie chcę też nikomu narzucać swych poglądów, lecz ponieważ już o tym mówimy, wypowiadam szczerze i ot­warcie, co o tym myślę.

— Sądzi pan zatem, że ludzie i po śmierci...

— Wierzą w to, w co wierzyli za życia, i że stan swój po śmierci niektórzy uświadamiają sobie jako mękę ognistą.

— Innymi słowy, przypuszcza pan...

— Że nie zawsze i nie pod każdym względem umarli wie­dzą więcej od żywych. Owszem, jestem głęboko przekonany, że zawlekają za sobą na tamtą stronę wszystkie niemal prze­sądy, namiętności i uprzedzenia, jakim hołdowali za życia.

— Jak więc wyobraża pan sobie stronę techniczną, że się tak wyrażę, owych znaków? Jak mogą wyciskać podobne ślady?

— Strona techniczna odcisków, owo ich specjalne zabar­wienie i charakter kauteryzacyjny nie przedstawiają więk­szych trudności od tych, jakie pokonują fantomy rozwiązu­jąc problem materializacji, działań telekinetycznych lub ideoplastii.

— Apage satanas! — szepnął zniechęcony obrotem roz­mowy gospodarz. — Nie zrozumiemy się nigdy.

— Ksiądz proboszcz wybaczy pewność tonu, z jakim pro­wadziłem dyskusję, lecz taki to już mój zwyczaj; zresztą postawiłem tylko hipotezę; nie mam pretensji do wszech­wiedzy.

— Dobrze już, dobrze — zostawmy tę dysputę; widzę, że nie doprowadzi do celu.

Tu spojrzał na zegarek.

— Już piąta. Czas mi na nieszpór. Czy pójdzie pan ze mną? Jest coś i w kościele naszym ciekawego dla pana.

— Z całą gotowością, księże proboszczu.

— Stań pan przy wielkim ołtarzu po prawej i patrz uwa­żnie na jego górne skrzydło.

— Nie omieszkam.

I wyszli z plebanii ścieżką wijącą się przez sad ku ko­ściołowi.


Pobyt doktora Pronia u proboszcza przeciągnął się na parę tygodni. Wybierając się przed miesiącem z Warszawy do Doliny celem zwiedzenia muzeum księdza Łączewskiego nie przypuszczał nawet, że ta wycieczka może zamienić się w płodną w wyniki ekspedycję. Spodziewał się, że co naj­wyżej oglądać będzie curiosa ekscentrycznego plebana-zbieracza, o którym krążyły po kraju najcudniejsze opowieści; w rzeczywistości znalazł zbiór wcale poważny i teren nader podatny do naukowej eksploatacji.

Toteż zachęcony uprzejmością gospodarza zabrał się gor­liwie do pracy; skatalogował zbiory muzealne, poczynił wy­ciągi z odnośnych objaśnień, podzielił zabytki na kategorie.

Po dokładnym zbadaniu całego muzeum doszedł do wnio­sku, że jest ono przepięknym i jedynym w swoim rodzaju pomnikiem mediumizmu. Zwłaszcza zbiory, zawarte w dru­giej salce, utwierdziły go w tym przekonaniu. Były to prze­ważnie odlewy gipsowe rąk, nóg i twarzy, wklęsłe lub wy­pukłe. Sporadycznie pojawiały się też podobne odciski w glinie, wosku lub w parafinie.

Zbadawszy bliżej płasko- i wypukłorzeźby zauważył, że tylko niektóre sprawiały wrażenie wypalonych stygmatów; część okazów zdradzała tylko lekkie zabarwienie brązawo-brunatne, większość nie wykazywała najmniejszego śladu kauteryzacji.

Gdy zwrócił na to uwagę proboszczowi, starzec stropił się.

— Przypuszczam — tłumaczył się niezręcznie — że te znaki nie pochodzą od dusz czyśćcowych; może w nich pozo­stawiły nam po sobie pamiątkę duchy jasne już i oczyszczo­ne przez ogień.

Proń pokręcił głową niedowierzająco:

— To są typowe okazy ideoplastii — zawyrokował po chwili. — Skąd nabył ksiądz proboszcz te odlewy?

Zapanowało na chwilę przykre milczenie. Starzec znać nie chciał odpowiedzieć. Wymowne spojrzenia, jakie rzucał na obecną przy tym bratanicę, przekonały Pronia, że natknął się na jakąś tajemnicę.

— Sądzę, stryjku — rzekła z decyzją w głosie panna Łączewska — że nie mamy powodu kryć się z tym przed pa­nem.

— Jak uważasz, Helu — odezwał się z uczuciem ulgi ksiądz. — Zresztą właściwie to twoja sprawa.

— Tak, panie doktorze — przyznała otwarcie panna — to są nasze odlewy.

— Państwa? Nie rozumiem.

— Tak, to znaczy u nas, tutaj powstałe i wytworzone. Proń zmarszczył brwi i przez chwilę bystro wpatrywał się w bladą dziewczynę.

— Tak — szepnął po chwili — powinienem był sam się tego wcześniej domyślić. To są zatem znaki fluidycznych członków, wyciśnięte podczas anormalnych stanów, w jakie pani zapada.

— Tak — potwierdził ksiądz. — Hela istotnie ulega od czasu do czasu dziwnemu stanowi, zbliżonemu do snu, niby do śpiączki, po której przejściu znajdujemy niekiedy owe stygmaty. Zauważyliśmy to po raz pierwszy przed paru laty na glinie, którą przypadkowo wtedy pozostawiła w pokoju dziewka w misie. Odtąd ilekroć Hela zapadnie w swoją dziw­ną senność, umieszczam obok jej krzesła za zasłoną mied­nicę z woskiem, gliną lub parafiną.

— Hm... — mruknął uczony — typowy proceder mediumistyczny. — A głośno dodał:

— Pani musi być znakomitym medium. Nawet nie przy­puszczała pani dotąd, w jak wyjątkowe właściwości wypo­sażyła ją natura.

— Hela jest tylko ulubienicą duchów — tłumaczył ksiądz, niezadowolony znać z koncepcji Pronia.

— Być może, księże proboszczu, sprawa to jeszcze nie roz­strzygnięta. Po cóż spierać się przedwcześnie o nazwę zja­wiska. Lepiej je wprzód dokładnie zbadać.

Od tej rozmowy rozpoczęły się eksperymenty mediumiczne doktora Pronia z panną Heleną Łączewską.

Po kilku seansach doszedł uczony do wniosku, że bratanica proboszcza jest wybitnym medium dla zjawisk materia­lizacji. W ciągu posiedzeń, odbywanych niemal codziennie, występowały fenomeny tak udatne, że Proń nie miał słów do wyrażenia swego uznania.

Zachęcony niezwykłym powodzeniem sprowadził specjalny aparat do zdjęć błyskawicznych przy świetle magnezjowym i zaczął utrwalać na płytach galerie fantomów i mar, wysnutych w obecności panny Heleny. Wyrazistość swą za­wdzięczały widma silnemu wydzielaniu się materii astralnej z ciała medium, które wskutek tego traciło w czasie doś­wiadczeń niezmiernie dużo na wadze. Bywały nawet momen­ty, kiedy postać panny, pogrążonej w transie, zacierała się przed oczyma magnetyzera, jakby blednąc i rozwiewając się w przestrzeni. Wtedy zaniepokojony wstrzymywał dal­szy rozwój zjawiska i przy pomocy pociągnięć przeciwnych przywoływał śpiącą do stanu jawy. — Ksiądz w posiedze­niach nie brał udziału, unikając widocznie bliższego kontak­tu ze sprawą. Byłby nawet wprost sprzeciwił się ekspery­mentowaniu, gdyby nie wyraźne życzenie Heleny, której ka­prysom ulegał bez szemrania. Toteż śledził z dala tylko prze­bieg doświadczeń zadowalając się relacjami Pronia.

Wkrótce obok materializacji ujawniły się u medium zdol­ności psychometryczne. Panna Helena nie tylko odczytywała pismo zamknięte w kopercie i odgadywała przedmioty, ukryte w drewnianej lub metalowej szkatułce, lecz umiała [też sięgnąć intuicją wstecz do przeszłości i opowiedzieć ich historię; wystarczyło tylko podczas transu przyłożyć je w tym celu do czoła lub serca medium.

O jego rzetelności przekonał się młody uczony w sposób niezbity przy badaniu tą metodą dziejów starej przeszłowiecznej książki, którą woził z sobą w bibliotece podręcznej. Helena wymieniła nie tylko nazwiska wszystkich jej po­przednich właścicieli, lecz opowiedziała też przy tej sposob­ności nader zajmującą historię, związaną z życiem świętej pamięci pani Z., od której Proń nabył książkę. Wiadomości, zasięgnięte w tej mierze przez uczonego u krewnych zmar­łej, potwierdziły w najdrobniejszych szczegółach dziwną opo­wieść.

Odtąd muzeum dusz czyśćcowych nabrało w oczach mło­dego okultysty tym głębszego znaczenia; znaki, uznane przez Helenę za autentyczne, stały się dokumentami pierwszorzęd­nymi, z którymi należało się liczyć poważnie.

W ciągu trzech tygodni poddał „rewizji psychometrycznej” wszystkie niemal zbiory proboszcza, by przekonać się, że opinia medium, wypowiedziana o nich przed laty, nie zmieniła się w niczym; stygmaty podejrzanej wartości lub wprost fałszywe pozostały i teraz. Szczególniejszą uwagę zwrócił Proń na „najpiękniejszy” okaz muzeum, znajdujący się w drugiej salce. Istotnie za­sługiwał na to i ze względu na swoją formę zewnętrzną, ja­ko też genezę. Zabytek ten pozostawał w najbliższym sto­sunku do twórcy muzeum, związany z nim najserdeczniej­szą spójnią narodzin. Jemu też zawdzięczało muzeum swój początek.

Był to ten sam dziwny obraz, którego kopię oglądał Proń w kościele na prawym skrzydle ołtarza.

Na wąskim, przeszło metrowej długości kawale białego jedwabiu widniał szkic ludzkiej postaci, wykonany jakby wę­glem lub wisiorem maczanym w sadzy. Rysunek, trochę rozwiewny w konturach, wyglądał na podobiznę jakiegoś wyż­szego dostojnika Kościoła. Tak przynajmniej pozwalała wno­sić długa, powłóczysta szata, rodzaj peleryny zarzuconej na ramiona, i strój głowy przypominający infułę. Charaktery­styczny był profil: rysy ostre, wyraziste, nos orli, oko dra­pieżne o sępim wejrzeniu. W ręce prawej zdawał się trzy­mać pastorał, lewą miał wyciągniętą przed siebie, jakby bronił się przed czymś grożącym.

Było w tej postaci coś diabolicznego, coś, co zionęło zło­ścią szatana, a równocześnie budziło litość nad jego męką.

Tak wyglądał pierwszy zabytek muzealny księdza Łączewskiego, nazwany przez niego „biskupem”.

Genezę niesamowitego portretu opowiedział proboszcz Proniowi w kościele po ukończeniu nieszporów, gdy już ostatni wierni wysunęli się cicho ze świątyni. Usiadłszy z gościem w jednej z ławek bocznej nawy, starzec tak mówił: — Było to w roku 1870, więc czterdzieści dwa lata temu, w marcu, w środę mięsopustu, podczas czterdziestogodzinnego nabożeństwa, które na sposób rzymski zarządziłem u siebie. Byłem niemal sam w pustym kościele o późnej godzinie północy. Przede mną lśnił w glorii świateł wystawio­ny Przenajświętszy Sakrament, jarzył się pełgotami świec ustrojony w jedwabne szarfy i wstęgi wielki ołtarz; poza mną w środku świątyni rzucała czerwone blaski lampa wie­czysta. Ciszę przerywał chyba tylko szept moich warg lub skwierczenie dopalających się kaganków... Pochylony nisko na klęczkach, z głową opartą o stopnie wielkiego ołtarza, modliłem się żarliwie za dusze tych, co odeszli...

I wtedy: czy znużony wielogodzinnym czuwaniem, czy na­wiedzony łaską szczególną popadłem w stan niezwykły, w rodzaj snu czy ekstazy, nie pomnę; straciłem na jakiś czas przytomność. Jak długo to trwało, nie wiem; lecz gdy znów ocknąłem się na jawie, niebieskie jutrznie przeglądały już przez szyby witraży...

Podniosłem czoło i spojrzawszy na ołtarz zauważyłem, jak jedna ze świec, przechyliwszy się ku prawemu skrzydłu, sil­nie kopciła. Zląkłszy się, by nie powstał pożar, gdy zajmie się opona jedwabiu, zwisająca z tej strony, poskoczyłem ku skrzydłu, by świecę poprawić.

I wtedy ujrzałem, jak płomień jej, podlizując w odległoś­ci paru cali brzeg dolny jedwabiu, zarysował już wisiorem kopciu tę dziwną postać.

Wrażenie, jakim mnie przejął ten wizerunek, było potęż­ne i tajemnicze zarazem. Do dziś dnia nie rozumiem, dla­czego zdarzenie, pozornie tak błahe, tak niby przypadkowe, wstrząsnęło do głębi całą moją duchową istotą. Lecz że po­wody jakieś być muszą, o tym nie wątpię...

W miesiąc potem kazałem sporządzić sobie kopię, „bisku­pa” na tym samym materiale i zawiesiłem ją w kościele, za­bierając oryginał do siebie, jako zawiązek muzeum.

— Szczególne zdarzenie — przerwał po chwili zaległe milczenie Proń i zamyślony opuścił z księdzem progi koś­cioła.

Odtąd historia proboszcza nie dawała mu spokoju i po­stanowił za wszelką cenę zbadać ją dokładnie przy pomocy swego medium. Lecz tu spotkał się po raz pierwszy z silną opozycją; Helena nie chciała pod żadnym warunkiem zgo­dzić się na psychometryczne zbadanie wizerunku „biskupa”. — Nie mogę — broniła się uporczywie jego naleganiom i prośbom — nie mogę na to się zgodzić, panie doktorze.

Niech mnie pan do tego nie namawia, bardzo pana o to proszę. Coś mnie odtrąca od eksperymentowania z tym szki­cem, jakiś nieokreślony lęk odpycha od tego wizerunku i nie pozwala wejść w bliższą z nim styczność.

Proń, widząc nieprzezwyciężony upór panny, pozornie ustąpił i przez parę dni nic o „biskupie” nie wspomniał.

Tymczasem zauważył coś, co naprowadziło go na daleko idące domysły w tej sprawie i ukazało jakby potajemny trop, na którym spodziewał się znaleźć prawdę.

Stało się to w parę dni potem, podczas oglądania „pamią­tek rzymskich” proboszcza. Ksiądz Łączewski bowiem był namiętnym wielbicielem Rzymu i jego zabytków. Znał świę­te miasto znakomicie i czuł się w nim jak u siebie w domu. Nie było zakątka, którego by nie zwiedził, zabytku, którego by na własne oczy nie oglądał.

— Rzecz dziwna — powiedział raz w chwili zwierzeń do gościa — gdy po raz pierwszy w dwudziestym roku życia zwiedzałem Rzym, miałem wrażenie, że byłem tu już kiedyś dawniej; miasto wydało mi się dziwnie znajome, orientowa­łem się od razu w ulicach bez pomocy planu, witając ze szczególnym wzruszeniem pałace i domy, niby dobrych i sta­rych znajomych. Zwłaszcza niezwykle jakoś bliskie i zażyłe wydały mi się zatybrzańskie, do Watykanu przytulone dziel­nice: Borgo, Zamku Anioła i Prati, w których monumen­talne, hadrianowskie mury, wąskie i ciemne uliczki, szare portyki i tajemnicze ponad dachami przejścia - corridori — dziwnie kłóciły się z szumnym rozgwarem prostolinijnie wytkniętych nowych ulic, słonecznych placów i granitem obrzuconych wybrzeży Tybru. W niezrozumiały dla mnie sa­mego sposób odgadywałem zmiany, jakie zaszły w rozmiesz­czeniu budynków i planie tej części miasta w ciągu wie­ków; mój cicerone zdumiony był niektórymi szczegółami, które nie były znane nawet jemu, urodzonemu rzymianino­wi; a jednak moje późniejsze poszukiwania i studium hi­storii miasta Rzymu przekonały mię, że miałem słuszność. Cóż więc dziwnego, że ciągnie mnie do Rzymu coś z nie­przepartą siłą i ze niemal co roku odwiedzam ukochane miasto?

Jakoż istotnie odbywał proboszcz z Doliny częste piel­grzymki do stolicy Piotrowej i za każdym razem przywoził z sobą jakąś cenną pamiątkę.

Jedną z nich było album portretowe kardynałów Renesansu, duża, oprawna w żółty pergamin księga z przeszło pięćdziesięcioma podobiznami dostojników Kościoła.

Przeglądając tę cenną pamiątkę zatrzymał się Proń dłu­żej przy wizerunku jednego z kardynałów wieku XVI, któ­rego rysy wydawały mu się szczególnie znajome.

Ksiądz spostrzegł to, spojrzał na portret, który przykuł tak uwagę gościa, i patrząc nań z dziwnym uśmiechem od­czytał objaśnienie poniżej:

— Lorenzo Rufredo, kardynał z czasów Aleksandra VI i jeden z jego zauszników. Umarł w pięćdziesiątym czwar­tym roku życia śmiercią zagadkową, podobno pod ciężarem klątwy, rzuconej nań przez następnego papieża.

— Typowy przedstawiciel grandseigneurów kościelnych Odrodzenia — rzucił oględną uwagę Proń.

— Niestety — przyznał cicho ksiądz — podobno był to człowiek bujny, lecz i pełen wyuzdania. Toteż spotkała go zasłużona kara. Dziwna głowa, nieprawdaż, doktorze?

— Rzeczywiście — potwierdził w zamyśleniu Proń i pa­trząc uważnie w twarz księdza dodał:

— Rzecz dla mnie niepojęta i ze wszech miar ciekawa: kardynał Rufredo zupełnie podobny do „biskupa”, którego wizerunek w tak niezwykły sposób powstał na oponie ołta­rzowej w tutejszym kościele i stał się zaczątkiem muzeum księdza proboszcza.

Na twarzy księdza odbiło się zakłopotanie. Spuścił oczy i odparł zmieszanym głosem:

— Ma pan słuszność; i ja spostrzegłem od dawna to po­dobieństwo.

„Lecz istnieje jeszcze i drugie, niemniej tajemnicze i za­gadkowe” — pomyślał uczony, lecz nie wypowiedział głośno swego spostrzeżenia ze względu na osobę plebana.

Bo oto patrząc w twarz księdza Łączewskiego zauważył, że w sposób dziwny łączy w sobie zasadnicze cechy obu wi­zerunków: proboszcz z Doliny był uderzająco podobny do kardynała Rufredo i „biskupa” wypalonego na jedwabiu.

Lecz milczał nie chcąc sprawić przykrości starcowi i już bez dalszych uwag przeszedł do następnych portretów.

Lecz tego wieczora, koło godziny dziewiątej skrycie wtar­gnął do drugiej salki muzeum i zabrawszy z sobą podobiz­nę „biskupa” ukrył ją w swoim pokoju, by przy najbliż­szym seansie użyć jej bez wiedzy Heleny.

Nazajutrz panna, nie przeczuwając podstępu, pozwoliła się uśpić. Wkrótce pod skupionym spojrzeniem Pronia za­padła w głęboki trans; głowa bezwładnie odchyliła się wstecz i oparła o grzbiet fotela, jasnobłękitne jej oczy podeszły w górę. Proń zgasił lampę i zapaliwszy świecę przyćmił blask abażurem: po pokoju rozlała się mgława, zielona poświata.

Wtedy uczony wyjął szybko jedwabną materię i zakrył nią od strony szkicu twarz śpiącej, po czym przy pomocy passów magnetycznych pogłębił stan transu. Po kilku mi­nutach zaczęły z ust medium wydobywać się przytłumione westchnienia i jęki, a ciało, dotąd sztywnie wyciągnięte, prężyć się jakby w konwulsjach. Nagle zerwała z twarzy jedwabną oponę. Wtedy spostrzegł z zadowoleniem ekspe­rymentator, że proces materializacji rozpoczęty...

Z głowy Heleny, spod pach i z okolicy łona wysnuwały się wiotkie, fluidyczne woale, łączyły się w skrętach, zgęszczały w spirale. Po upływie krótkiego czasu wyłonił się zarys ludzkiego kształtu.

Doktor zbliżył się ku oknu i szybko ściągnął storę na dół. Gdy w następnej chwili odwrócił się ku medium, wy­dał mimowolny okrzyk zdumienia. Przy fotelu śpiącej po jej prawej ręce stał w pełni zmaterializowany fantom „bi­skupa”. Diaboliczną twarz dostojnika, zwróconą en face w stronę uczonego, skrzywił okropny grymas; sępie oczy wbił w przestrzeń i z wyrazem piekielnego przerażenia coś tam wypatrywał.

Wtem z ust medium wypłynęły chrapliwe, zdławione męką słowa:

— Jam jest kardynał Rufredo!

Widmo zakrywając twarz jakby przed czymś straszli­wym, wahnęło się wstecz.

— Vexilla regis prodeunt inferni — zabrzmiał okrutny wyrok z ust śpiącej.

Odpowiedział mu jęk przeciągły.

— Cremaberis igne aeterno! — padły ostatnie słowa i zgasły.

Wyczerpane medium rzuciło się z powrotem na fotel. Wtedy zaszło w fantomie zagadkowe przeobrażenie: znikła strzelista infuła, odpadł w przestrzeń pastorał, rozwiały się insygnia kardynalskiej godności: po chwili ujrzał magnetyzer przed sobą zamiast drapieżnej maski kardynała ła­godną, słabo uśmiechniętą postać księdza Łączewskiego... Nie dowierzając wzrokowi Proń przystąpił ku księdzu i wyciągnął rękę, by go dotknąć. Lecz widmo, uprzedzając zamiar, uchyliło się trwożliwie w głąb pokoju.

— Noli me tangere! — wypłynęło z ust Heleny znamien­ne ostrzeżenie.

Uczony cofnął się na poprzednie stanowisko, śledząc ze zdumieniem szczególne przeobrażenie.

Twarz księdza krasił niepojęty, niebiański uśmiech szczę­ścia i ukojenia; oparł rękę na głowie śpiącej bratanicy i wzniósłszy oczy do góry, zdawał się skupiać w bezgłośnej modlitwie. Powoli, nieznacznie postać jego uniosła się w gó­rę na klęczkach i ze złożonymi na piersiach rękoma roz­wiała, rozpłynęła się w przestrzeni...

Zanim Proń zdołał zorientować się w znaczeniu fenome­nu, Helena, wydawszy bolesny okrzyk, samorzutnie przebu­dziła się. Wysiłkiem woli otrząsnąwszy się ze stanu odręt­wienia, porwała się gwałtownie z miejsca.

— Mój stryj? — zapytała drżącym, pełnym śmiertelnego lęku głosem. — Co się stało ze stryjem?

— Zapewne u siebie — usiłował uspokoić ją Proń.

— Mam jakieś złe przeczucie. Chodźmy do niego zaraz! I pociągnęła go za sobą do pokoju księdza.

Weszli szybko, nie pytając, czy wolno. Wewnątrz w bla­sku lampy ujrzeli proboszcza siedzącego przy biurku. Jedną ręką podparł nisko zwieszoną głowę, drugą przyciskał do ust krucyfiks.

— Stryjku! — zawołała z niepokojem w głosie Helena. — Stryjku!

Starzec milczał. Panna podbiegła ku niemu zarzucając mu ramiona na szyję. Wtedy siedzący obsunął się ciężko z fotela na posadzkę.

— Jezus, Maria! — krzyknęła pochylając się nad nim. Proń przyklęknął obok i uważnie zbadawszy puls i serce rzekł półgłosem:

— Nie żyje.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki