FANDOM



Rozdział III Pamiętnik Wacławy • Tom I • Jutrzenka życia • Rozdział IV • Eliza Orzeszkowa Rozdział V
Rozdział III Pamiętnik Wacławy
Tom I
Jutrzenka życia
Rozdział IV
Eliza Orzeszkowa
Rozdział V

Pierwszym widokiem, który uderzył oczy moje, budzące się do pojęcia zewnętrznego świata, były pełne ludzi i turkotu ulice wielkiego miasta. Urodziłam się w ludnym i wspaniałym grodzie, w obszernym mieszkaniu moich rodziców, którego okna wychodziły na jedną z pryncypalnych grodu tego ulic.

Matkę moją pamiętam bardzo piękną. Miała twarz białą przy kruczych włosach i wyniosłą, pełną dumy postawę. Na wysokim czole mego ojca leżała także duma i pewna surowość, którą jednak łagodził wyraz ust pełnych dobroci.

Byli więc oboje młodzi i piękni, mieli we mnie jedyne dziecię, które kochali bardzo, a jednak ciemna jakaś chmura wisiała nad domem naszym, nie usunięta nawet gwarem gości nieustannie zapełniających mieszkanie. Owszem, zdawało się, że właśnie z łona gwaru tych ustawicznych zabaw chmura wypływała.

Ojciec mój ukazywał się w salonach rzadko, a gdy wracał do swego gabinetu, wydawał się smutnym i zmęczonym; matka sama jedna najczęściej przyjmowała gości, a gdy się rozeszli, widywałam ją często płaczącą. Nie pamiętam, abym widziała kiedy rodziców moich długo rozmawiających z sobą. Pokoje ich nawet położone były na dwóch odległych od siebie końcach mieszkania, a ja, przebiegając często z jednych do drugich, zdawałam się być jedyną łączącą je nicią. Pamiętam, że szybko biegnąc z pokojów matki do pokojów ojca gniewałam się na długi szereg salonów, jaki przebywać musiałam, myśląc, że one to dzielą rodziców moich tak, że ich nigdy razem widzieć nie mogę. W dziecinnej naiwności zastanawiałam się nad tym, dlaczego ludzie budują sobie tak rozlegle mieszkania, aby ci, co je zamieszkują, wiecznie rozdzieleni żyć musieli, i z dziecięcym gniewem uderzałam drobną stopą posadzkę salonów, wyobrażając sobie, że karzę je za rozdział, jaki tworzą one pomiędzy rodzicami mymi. Późniejsze doświadczenie przekonało mię, że dziecinny gniew mój miał słuszne podstawy, lubom ich wtedy nie rozumiała jeszcze. Tak, salony te w istocie dzieliły tych, których kochałam...

Jak sięgnę pamięcią, miałam zawsze obok siebie poczciwą moją Binię, w białym czepcu i okularach, a oprócz niej bonę Niemkę, później zaś nieco — Francuzkę. Pamiętam, że sercem lgnęłam do Bini, lubo karciła i gderała na mnie nieraz, a obojętną czułam się względem bon, chociaż pochlebiały mi i dogadzały. Bo też Binia umiała mi opowiadać dziwnie piękne powieści, które głęboko wnikały w mój umysł i wyobraźnię i budziły do pierwszych życia marzeń i zachwytów. Codziennie prawie, o zmroku, w ustronnym pokoiku starej piastunki mojej, siadałam u kolan jej na niskim stołeczku, a ona opowiadała mi. Binia umiała też na pamięć śliczne wiersze, legendy i gadki ludu naszego, poetyczne a rzewne. Uczyłam się ich od niej; wiała z nich na mnie dziwna tęsknica, której często rozproszyć nie mogły ani szczebiotania bon, opowiadających mi cuda o obcych krajach, ani ładna sukienka, w którą strojono mię przed wieczorem dla pokazania mię w salonach mej matki, napełnionych gośćmi, ani pochwały tych gości głośno zachwycających się moją twarzyczką i figurką i przepowiadających, że będę bardzo piękną, gdy dorosnę. Niekiedy pochwały te unosiły mię w siódme niebo, budząc wcześnie w piersi mej rozkosz z zadowolenia miłości własnej płynącą. Ale nieraz gdy towarzystwo bawiło się wesoło, siadywałam w kąciku salonu i myślałam sobie o królowej Jadwidze lub mężnym Żółkiewskim albo powtarzałam w myśli którą z opowieści ludowych prawiących o sierotach biednych i o aniołach stróżach, które z rozkazu Bożego nad głowami sierot tych wciąż wzlatają. Niekiedy także Binia dawała mi moralne nauki.

— Próżnujesz dziś, Waciu — mówiła — idź i zajmij się czymkolwiek. Ucz się, czytaj lub szyj co dla lalki; każdy człowiek zawsze coś robić powinien.

— A cóż robi mama? — pytałam Bini.

Zakłopotanie malowało się na twarzy mojej piastunki, ale obecna rozmowie bona cudzoziemka podchwytywała prędko:

— Mama nic robić nie potrzebuje, bo jest bogatą panią.

— A co robi mój ojciec? — zwracałam się z nowym pytaniem do Bini.

Tym razem Binia nie była w kłopocie z odpowiedzią.

— Ojciec twój, Waciu — odpowiadała — zasiada codziennie na wysokim krześle, które się katedrą nazywa, i tego, co sam umie, uczy kilkuset dorosłych już młodych ludzi.

Zastanawiałam się kilka chwil nad słowami Bini, a w umyśle moim tworzył się ze słów tych obraz, w którym wyobrażałam sobie mego ojca, siedzącego na tronie i przemawiającego do tłumu poddanych swoich, którzy go otaczali. Teraz rozumiem, że ojciec mój zasiadał na tronie królestwa nauk, a słuchacze jego byli podwładnymi jego ducha.

— Powiedz mi, Biniu — pytałam jeszcze — jeżeli mama jest bogatą, to i ojciec bogatym musi być także. Dlaczegóż mama nic nie robi, a ojciec jedzie tam co dzień zasiadać na tej, jak mówisz, katedrze i nauczać innych tego, co sam umie?

Tu Binia była znowu w kłopocie.

— Bo widzisz, moje dziecko — mówiła jąkając się — mama twoja jest światową damą, a ojciec uczonym naturalistą.

— Co to jest naturalista? — pytałam zdziwiona.

— Ja ci tego dokładnie wytłumaczyć nie potrafię — odpowiadała Binia — wiem tylko, że naturalista jest to człowiek, który wie, jak wzrasta każda trawka na ziemi i jakimi drogami chodzą po niebie gwiazdy niezliczone; dlaczego kwiaty zapach wydają, robak pełza nisko, ptak wysoko lata, a człowiek czuje i myśli.

Znowu zastanawiałam się długo nad słowami Bini, a mała moja główka rady sobie z nimi dać nie mogła.

Myślałam, że o tym wszystkim wie tylko jeden Bóg królujący nad gwiazdami — czyniłam w końcu uwagę.

Binia odpowiadała:

— Toteż człowiek, który jak twój ojciec zamyka się codziennie w cichym gabinecie i noce długie przepędza z książkami i myślami swymi, uczy się Boga rozumieć.

Dziecięcy umysł mój uginał się pod wielkością orzeczenia Bini, a postać ojca przybierała w moich oczach olbrzymie rozmiary. Wyobrażałam go sobie siedzącym na tronie, który Binia nazywała katedrą, pośród mnóstwa ludzi, co słuchali jego mowy; albo w ciszy gabinetu swego uczącego się rozumieć Boga królującego nad gwiazdami.

Do gabinetu tego zbliżałam się często z przyśpieszonym biciem serca, uchylałam drzwi cichutko i wsuwałam się na palcach do pokoju, który miał dla mnie coś uroczystego.

Tam pomiędzy ścianami, od góry do dołu zastawionymi mnóstwem książek, stało obszerne biuro, a na nim piętrzyły się rękopisma, rozkładały się karty geograficzne, stały globusy i różne niezrozumiałe wtedy dla mnie przyrządy, a o których wiem teraz, że były mikroskopami, retortami itp. naukowymi narzędziami.

Ojciec mój nie spostrzegał czasem mego wejścia, zajęty książką lub pisaniem. Wtedy wdrapywałam się na fotel stojący w kącie pokoju i przyglądałam się ciekawie otaczającym mię przedmiotom; raz usnęłam tak siedząc i obudziłam się w objęciu ojca, który zdjął mię z fotelu, posadził u siebie na kolanach i zapytał łagodnie:

— Po coś tu przyszła, mała?

— Chciałam, ojcze, zobaczyć, jak uczysz się rozumieć Boga — odpowiedziałam.

— Co ty prawisz, dziecko? — zaśmiał się ojciec, ale ja się nie śmiałam, bo pokój jego nastrajał mię poważnie.

— Binia mówiła mi — rzekłam — że ty, ojcze, Boga rozumiesz.

Uśmiechnął się ojciec i odpowiedział całując mię w czoło:

— Każdy człowiek, który pracuje, rozumie myśl Bożą.

Innym razem siedziałam sobie według zwyczaju mego na fotelu stojącym w kątku pokoju, a ojciec, nie zważając na moją obecność, czytał pilnie w jakiejś książce. Potem wstał, wydobył z szafy kilka jakichś słoiczków i buteleczek, ustawił na stole nie znany mi przyrząd i długo a powoli wlewał i wsypywał coś do niego ze słoiczków i buteleczek. Przypatrywałam się ciekawie tej robocie, gdy nagle trysnęły z przyrządu iskry, po nich zapalił się żółtawy płomyczek o sinych brzeżkach, które zwiększały się coraz, aż z przyrządu buchnął szeroki, szafirowy płomień, a zarazem przyrząd zaczął huczeć, szumieć i pryskać iskrami na wszystkie strony.

Zrazu przelękłam się i zeskoczyłam z fotelu, zbierając się do ucieczki, ale gdym zobaczyła, że ojciec mój spokojnie siada naprzeciw płomienia i uważnie przypatrywać się mu zaczyna, usiadłam znowu na moim miejscu zdjęta wielką ciekawością.

Było to już przy schyłku dnia, półzmrok zapełniał pokój. Światło szafirowego płomienia padało prosto na twarz mego ojca, a rysy jego, obleczone sinawym kolorytem, odskakiwały od wpółciemnego tła pokoju z wyrazistością i nieruchomością pięknej rzeźby. Szczyt płomienia śpiczastym językiem kołysał się w różne strony tworząc na przeciwległej ścianie migocącą grę świateł i cieniów. Nigdy nie widziałam ojca tak pięknym i majestatycznym jak wtedy.

Po czarnych jego włosach przemykały sinawe odbłyski, niby fosforyczne, z płonącego płomienia wychodzące nici; czoło jego sfałdowało się nieco pod wpływem głębokiego namysłu, usta poruszały się cichym szeptem, a w źrenicach, wpatrzonych w przyrząd, nurtowała myśl, nie zrozumiała wtedy dla mnie, ale tak potężna, że po ciele mym przebiegły dreszcze wzruszenia i poczułam ochotę upaść na kolana. Nie wiem, jak długo trwał obraz ten, od którego nie mogłam oczu oderwać; powoli płomień zmniejszał się, w przyrządzie szum ustawał, parę razy jeszcze kilkadziesiąt iskier trysnęło i rozprysło się w powietrzu, aż na koniec buchnęły kłęby dymu i niby obłokiem owionęły postać i twarz mego ojca. Powstał i wyprostowany wyciągnął rękę ku zgasłemu ognisku; na podniesionym czole jego spoczął wyraz tryumfu, a oczy zapałały śród cieniu ogniem wielkiej radości, przysunęłam się po cichu i wzięłam go za rękę. Zbudził się z zamyślenia, ale się nie rozgniewał.

— Więc byłaś tu? — zapytał schylając się nade mną. — Ojcze — odpowiedziałam — tyś przed chwilą z Bogiem rozmawiał?

Wziął mię w objęcia i przytulił do piersi.

— Tak, dziecko — rzekł — w tej chwili Bóg odsłonił przede mną jedną z tajemnic swoich.

Nieprędko potem dowiedziałam się, że dnia tego ojciec mój zrobił ważne chemiczne odkrycie.

Jakże różnym od gabinetu mego ojca był buduar mej matki. Pod ścianą, orzuconą złoconymi kwiatami obicia, stała tam rzeźbiona toaleta z mnóstwem szuflad i szufladek i z wielkim zwierciadłem. Po stolikach i stoliczkach stały cacka różne: kryształowe kubeczki, porcelanowe figurki, flakony z perfumami, bombonierki, koszyczki misternie wyrabiane.

Na stole przed kanapą leżały rozrzucone wkoło mapy, dzienniki mód, z których ja wybierałam najpiękniejsze malowane figurki; według ich wzorów szyłam suknie dla lalek, a potem wspaniałomyślnie darowywałam je Bini, która wyklejała nimi sobie parawan. Trzy razy na dzień matka moja siadywała przed toaletą i zmieniała ubranie. Lubiłam przypatrywać się, jak służąca umiejętną ręką rozplatała połyskliwe jej włosy, które były tak długie, że po krawędzi taboretu zwieszały się aż na ziemię. Ale najwyższej już doświadczałam przyjemności, gdy matka moja otwierała szuflady toalety i wydobywała z nich wstążki, koronki i różne pudełeczka.

Wyciągałam wtedy naprzód ciekawą głowę i ze szczególną uwagą zaglądałam w ostatnie. Były tam w złoto oprawne kamienie, zielone, pąsowe, błękitne i białe, o tęczowych połyskach.

— Jak się nazywa ten kamień? — pytałam moją matkę pokazując broszę zawartą w jednym z pudełek.

— To szmaragd — odpowiadała mi matka.

— A ten w bransolecie?

— To rubin.

— A te, które składają tę kolię?

— To są turkusy.

— A ten w pierścionku?

— Brylant.

— Jak się nazywa ta materia? — pytałam innym razem wskazując suknię, którą wkładała na siebie moja matka.

— Atłas — odpowiadano mi.

— A tamta, którą wczoraj mama miała na sobie?

— Tamta była mora.

Mając lat siedem znałam po imieniu wszystkie drogie kamienie i materie.

— Jak wyrosnę, będę nosiła takie same — mawiałam do matki, a ona, śmiejąc się i żartując, przypinała mi u szyi brylantową broszę, wkładała w uszy ciężkie szmaragdy i całą moją figurkę owijała, jak w pieluchy, wielką chustką z pajęczej koronki. Wtedy wskakiwałam na krzesło stojące przed toaletą, stawałam na nim i z upodobaniem patrzałam, jak błyskały i migotały na mnie klejnoty kosztowne i jak w malowniczych fałdach biała koronka do stóp mi spływała.

— A jak Wacia piękną będzie, gdy dorosłszy ustroi się już na dobre w to wszystko! — mawiały mi wtedy bony i służące.

— A jeśli do tego będzie jeszcze i rozumną — odzywał się pomiędzy nimi niekiedy głos mojej Bini.

Lubo buduar mojej matki zajmował mię nieskończenie i bawił zawierającymi się w nim przedmiotami, gdy tylko wiedziałam, że ojciec mój jest u siebie, biegłam do jego gabinetu, wsuwałam się na palcach i cichutko siadywałam w moim kąciku. Tam patrząc na twarz mego ojca i wodząc oczyma po tytułach książek, ustawionych przy ścianach, zapominałam o klejnotach i koronkach, jakie mię zajmowały w buduarze mej matki, a młodą duszyczkę moją na wskroś przejmowała uroczysta cisza pokoju, w którym, wedle wyobraźni mojej i słów Bini, ojciec mój rozmawiał z Bogiem królującym nad gwiazdami.

Te to może chwile, w gabinecie ojcowskim spędzone, sprawiły, że potem, gdy wesołe grono koleżanek moich huczało wkoło mnie zabawą i swawolą, ja siadywałam niekiedy sama jedna w ciemnym jakim kąciku, nieokreśloną ogarnięta tęsknicą; tym to chwilom może winna byłam mój poryw do nauk i coraz nowe budzące się w mej głowie pytania, wiodące mię do zastanawiania się nad wszystkim, co mię otaczało.

A również może z chwil przepędzonych w buduarze mojej matki wyniknęły owe w przeddniu opuszczenia pensji marzenia moje o sali balowej i radość, jaką czułam na myśl o oczekujących mię blaskach i świetnościach. Tak, niezawodnie, atmosfera, w której człowiek spędza dzieciństwo swe, niewidomym strumieniem przenika całą przyszłość jego. Pierwsze wrażenia życia wsiąkają w umysł i serce tworząc szereg wpływów, najdłuższymi niezwalczonych latami.


Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki