Fandom

Ogród Petenery

Szaleńcze Wrota

15 254strony na
tej wiki
Dodaj nową stronę
Dyskusja1 Udostępnij

Szaleńcze Wrota • Opowiadanie • Artur Roszczyk
Szaleńcze Wrota
Opowiadanie
Artur Roszczyk
Opowiadanie datowane na styczeń, 2006. Pierwsza publikacja: wrota.com.pl - konkurs.
Przypis autora: Opowiadanie, które napisałem na konkurs organizowany przez portal Wrota Wyobrazni na temat: wrota.

Gdy otwierasz stary, rozlatujący się opasły tom jakiejś księgi zauważasz, że na podłogę wyleciał jakiś zwitek gęsto zapisanych karteluszek. Podnosisz je i czytasz...

Zapiski, które właśnie czytasz, dotyczą mojego marnego życia, a dokładniej wszystkiego, co miało miejsce tuż po moich czternastych urodzinach. Gdy to piszę, po woli dobiegam do czterdziestki i choć minął taki szmat czasu, to nadal wszystko pamiętam. Wszystko zaczęło się, jak już wspomniałem wcześniej, kiedy skończyłem czternaście lat. Tego samego dnia w nocy przyśnił mi się koszmar. Stałem w środku kręgu, który do złudzenia przypominał mi Stonehenge. Wydawało mi się, że różnił się tylko wielkością. Jego średnica była znacznie mniejsza. Taki okrąg, w którym na stojąco zmieszczą się maksimum cztery osoby. Światło, które padało w sam jego środek, powodowało, że świetnie widziałem swój własny cień. Wszystko to było zamierzone, gdyż po chwili mój cień jakby się ode mnie odłączył. Stał się jakby osobną istotą. Odszedł kilka kroków do tyłu i wypowiedział pamiętliwe słowa: “Kanicjuszu, wrota są twoją przyszłością. Twą drogą różaną.”

Byłem w stanie nawet zobaczyć ruch jego ust, kiedy wypowiadał te słowa. Było to niezwykłe wrażenie. Jego głos dochodził ze wszystkich stron i odbijał się gromkim echem. Kiedy ucichł i zapanowała martwa cisza, mój cień jednym szybkim susem we mnie wszedł. Poczułem, jak coś mi w środku pęka, dzieli się na pół ... i wtedy się obudziłem. Nie pamiętam, abym krzyczał, czy też w ogóle się bał, a jedyne, co mi wtedy zostało, to nieznośna suchość w ustach. Jednak mój mózg nagrał to wszystko na jednej z milionów swoich kaset. Prawie codziennie odgrywał mi tę kasetę powodując mi nią niewyobrażalne tortury. Dopiero dziś wszystko ucichło w mojej głowie. Następne dni były w miarę normalne, nie licząc tych chwil, kiedy w moich myślach obrazy z koszmaru powracały. Chwile te były jednak ulotne, a po trzech, czterech dniach zacząłem się już do nich przyzwyczajać. Spędzałem więc większość czasu, zabijając nudę, a więc oglądałem niezliczone programy telewizyjne, szperałem po internecie, gadałem z kumplami w szkole, udawałem, że się uczę, itd. Słowem normalne życie osób w moim wieku. Taki okres nie trwał jednak długo i już gdzieś miesiąc później koszmar powrócił w całkiem nowej formie. Leżałem już w łóżku, czekając aż dopadnie mnie sen, aż osiągnę ten błogi stan, zarówno dla ciała, jak i duszy. Wreszcie zasnąłem, ale moje myśli zbuntowały się przeciwko mnie i ani myślały o niczym nie myśleć. Znów ta sama sceneria: krąg z kamieni, w środku ja, obok mój cień, światło padało dokładnie w sam środek kręgu. Znów cień odłączył się ode mnie, po czym z wszystkich stron dochodził gromki głos. Tym razem każde słowo było starannie wyartykułowane, zaintonowane: Jesteś wybrańcem... Wrota to twój cel... Nie zmarnuj szansy, kiedy nadejdzie... Drugiej nie dostaniesz. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu trwałem w takim stanie świadomości: między jawą a snem. Nie pamiętam też, jak, ani kiedy, ale następnego dnia obudziłem się w łóżku rodziców. Ja, czternastoletni facet, spałem z rodzicami. Oni smacznie spali, ponieważ elektroniczny zegarek wskazywał 6:33. Nie wiem, czy wiedzieli, że z nimi spałem, a ponieważ nic potem nie mówili i zachowywali się normalnie, wnioskuję, że nawet się tego nie domyślali. Dopiero, kiedy udałem się do łazienki obmyć twarz zimną wodą, aby się wreszcie obudzić, zobaczyłem na prawej ręce, tuż pod łokciem średniej wielkości ranę ciętą. Nie była głęboka, krew także już nie leciała. Wyglądało to bardziej, jak precyzyjne cięcie chirurgiczne. Proste, idealne, a jednak rodzące we mnie uczucie strachu. Całe to zdarzenie wytrąciło mnie z równowagi. Byłem zmęczony i przestraszony. Chciałem się zaszyć gdzieś w samotności, gdzieś, gdzie będę również bezpieczny. Udanie, więc zasymulowałem chorobę, nie wstając ze swojego łóżka i skarżąc się na ból głowy i gardła. Zostałem w domu sam, jak palec i miałem nadzieję, że cały dzień spędzę na zabijaniu nudy. W myślach powtarzałem, zaklinałem głos, a nawet próbowałem mu grozić... Nieświadomie poczyniłem wtedy krok ku mojemu przeznaczeniu, ku miejscu, gdzie teraz jestem. Tego pamiętnego dnia moje życie na zawsze się zmieniło. W samo południe, kiedy oglądałem telewizję głosy ponownie się odezwały. Tym razem w mojej głowie rozbrzmiewała rytmiczna piosenka, a jej melodyjne, wydłużające się słowa na początku tworzyły bezsensowną papkę: Aaaabbbbyyyysssssoooolllloowwwaaććaaaabbbyyy. Trwało to chwilkę, zanim ten bełkot przerodził się w zrozumiałe słowa: Wrota są twoim celem... aaaa... Musisz się poświęcić... Wykorzystać swoją szansę... Odkręć, proszę gaz... Pozwól mi zająć się resztą... O nic się nie martw... Zrób, co ci każę...

Poddałem się woli tego hipnotycznego głosu i zrobiłem dokładnie to, co mi kazał. Odkręciłem wszystkie kurki w kuchence gazowej do maksymalnego poziomu, po czym mimowolnie, jakbym był jakimś zdalnie sterowanym robotem, opuściłem szybkim krokiem dom. Uszedłem może z kilometr, idąc środkiem ulicy. Wywołałem przy okazji liczne salwy klaksonów, które jednak zostały zagłuszone przez ogromny huk. Na północnym horyzoncie zapanowała ognista łuna. Usiadłem na środku ulicy, jakby nigdy nic, wyraźnie na coś czekając. To już nie głos kazał mi czekać, to moje ciało nie słuchało mojej woli. Czułem się, jak uwięzione w klatce zwierzę, które nie wie, co się z nim dzieje. Większość zirytowanych kierowców miotała tylko przekleństwami i mnie omijała. Znalazł się jednak wyjątek. Jeden z nich miał już wyraźnie dość mojej “olewki”. Wysiadł z samochodu, usłyszałem metaliczny trzask, podszedł do mnie i zaczął coś krzyczeć. To było niezwykłe, ponieważ właśnie wtedy w jakiś sposób się od tego odciąłem. Wszystkie odgłosy otaczającej mnie rzeczywistości docierały jak przez masywną ścianę lub filtr hałasów. Kiedy ten średniej postury mężczyzna zobaczył, że nic nie wskóra swoimi krzykami, złapał mnie za koszulę. Byłem za ciężki, aby podniósł mnie jedną ręką, dlatego też postanowił pomóc sobie drugą. Zaczął zbliżać drugą rękę. Zaczął, ponieważ nigdy jej nie zbliżył... Nie mam pojęcia, co się wtedy ze mną stało, ale poczułem, jak przepełnia mnie niewyobrażalna siła. Trudno to opisać. Moje własne ręce z ogromną szybkością i siłą złapały za tę zbliżającą się rękę. Tego się na pewno nie spodziewał. Trzask kości, krzyk bólu... Mężczyzna po chwili wił się z bólu. Jakby tego było mało, moje ręce przyciągnęły tego mężczyznę, zwiniętego w pozycji embrionalnej. Wtedy moja głowa zniżyła się do jego głowy, jakbym chciał go pocałować, a moje zęby boleśnie się wgryzły w jego prawy policzek. Ból, rozpacz, zdziwienie, krew i ja stojący nad tym wszystkim. Ja, wątły czternastolatek, byłem tylko biernym obserwatorem, tak samo zrozpaczonym i przerażonym, jak ten mężczyzna. Czułem jednak wyrzuty sumienia, tak jakbym to zrobił z pełną premedytacją. Usiłowanie morderstwa z pełną świadomością swojego czynu – tak się to fachowo nazywa w języku prawniczym. Wtedy już sam, bez udziału nadprzyrodzonych sił, zrezygnowany usiadłem w tym samym miejscu. Miałem wtedy myśli samobójcze: Najwyżej mnie przejadą, zginę na miejscu. Co z tego... chociaż zaznam spokoju. Jednak śmierć nie była mi dana, nie zmarnowałem swojej szansy, a godzinę później poczyniłem kolejny krok ku Wrotom. Dosyć szybko zjawiła się policja, a także karetka. Zabrali moją ofiarę. Zabrali również i mnie. Jakiś policjant zadawał mi najróżniejsze pytania, mające na celu dowieść oczywistego, że to właśnie ja jestem sprawcą. Od samego początku funkcjonariusz nie miał żadnych wątpliwości. Dla niego byłem młodocianym psychopatą, zdolnym do tak brutalnego czynu. Tak oto trafiłem do mojego ostatniego domu, tuż przed Wrotami. To tutaj miało się wypełnić moje przeznaczenie... Zostałem uznany za niepoczytalnego i trafiłem do szpitala psychiatrycznego imienia Andrzeja Wronka w Rzeszowie. Moje życie już nigdy nie wróciło do normy. Rodzice dosyć dobrze zarabiali, więc szybko podnieśli się z dołka i zamieszkali, jak słyszałem w jakimś bloku. Owszem parę razy mnie odwiedzali, jednak szczególnie w oczach ojca widziałem nienawiść połączoną ze wstydem. Kiedy mnie widzieli, matka płakała, a ojciec chodził niespokojnie w kółko. Lekarze postawili swoją diagnozę, a mianowicie cierpiałem według nich na bardzo rzadkie schorzenie psychiczne, jakim jest schizofrenia paranoidalna. Jeszcze bardzo długo czułem smak krwi tego kierowcy. Taki posmak w ustach był zawsze zapowiedzią kolejnego zadania, jakie mam spełnić. Moim zleceniodawcą albo raczej zleceniodawcami, były moje własne myśli, a dokładniej Głos. Zakończyłem już wiele tych misji. Każda różniła się czymś od innej: zabierz, leż, krzycz, ... Wszystkie te i wiele innych, wydawałoby się prostych czynności, były wykonywane na polecenia moich myśli. Jedno z nich warte jest dłuższego opisu, ponieważ było ono przedostatnim zadaniem przed momentem kulminacyjnym. Było to, kiedy osiągnąłem już 38 lat i za dobre sprawowanie, warto wspomnieć, że to też była moja misja, postanowiono mnie przenieść do lepszego ośrodka. Mówili, że będę dostawał lepsze jedzenie, będę pod lepszą opieką, a nawet będę mógł, kiedy chcę oglądać telewizję. Nie interesowało mnie to.

Tak czy inaczej tego dnia wszystko wydarzyło się nie po ich myśli. Gdzieś po południu cała procedura się rozpoczęła, a wraz z nią wiele czynności. Coś takiego pewnie byłoby nie do pomyślenia w Stanach Zjednoczonych czy innych bardziej rozwiniętych krajach. Jak sądzę najpierw powinni mnie stosownie przygotować, a więc jeszcze w celi założyć mi kajdanki, a dopiero potem wyprowadzić. Natomiast wtedy było całkiem odwrotnie. Drzwi się otworzyły i wszedł dobrze zbudowany mężczyzna w niebieskim mundurku. Złapał mnie za ręce i wywlókł na zewnątrz. Na korytarzu trochę oddalony stał jeszcze drugi mężczyzna, również policjant. Wtedy ponownie poczułem, jak wsiąka we mnie znana już mi siła. W mgnieniu oka moje zęby utkwiły już w jego policzku. Krzyk, mimowolny odruch ręki, aby się osłonić. Był to zły ruch, jeszcze za nim ten drugi zdążył dobyć broni, skręciłem mu rękę i odgryzłem jeden z palców. Leżał zwijający się w konwulsjach, kiedy padł jeden ze strzałów. W wąskim korytarzu huk towarzyszący wystrzałowi był ogromny, ogłuszający. Zbliżałem się do strzelającego dziwnym ruchem. Każdy mój krok był, jak najbardziej przemyślany. Uskok w bok, schylenie się. Poruszałem się, jak jakiś zawodowiec, a nawet lepiej ze względu na moją ogromną szybkość. Zanim go dopadłem, zdążył mnie raz trafić. Dostałem w prawy bark, jednak w ogóle nie czułem bólu. Czułem wypełniające mnie podniecenie, żądzę krwi. Po chwili i tamten leżał zwijając się w konwulsjach. Krew, krzyk, a nawet płacz...

Podniosłem jego pistolet i patrząc mu w oczy oddałem dwa strzały. Te same czynności powtórzyłem na drugim z nich. To nie byłem ja, jednak już dawno zdążyłem się do tego przyzwyczaić, że z własnymi myślami nigdy nie wygram. Nie byłem zagubiony, a wręcz przeciwnie, dokładnie wiedziałem, co dalej. Byłem pewien, że właśnie dziś, zaraz nastąpi kulminacja moich starań. Przyłączę swój cień i sny znikną, a wraz z nimi nastanie spokój. A może nawet to wszystko okaże się złym snem, a ja nadal będę czternastolatkiem, chodzącym do szkoły. Teraz, kiedy to piszę, wiem, że moje marzenia okazały się złudne, choć nie w całości. Perfekcyjnie ominąłem wszystkich strażników, ponieważ wiedziałem z wyprzedzeniem, gdzie się znajdują. I tak szybkim krokiem dotarłem do głównego korytarza. Parę kroków stąd, widoczne, były drzwi wejściowe, jednak to nie one były moim celem. Moim celem były misterne Wrota, a nie jakieś pordzewiałe, skrzypiące drzwi. To już nie Głos, a coś całkiem innego, potężniejszego przyciągało mnie, prowadziło do sali kościelnej. Byłem tu wiele razy, jednak nigdy nie dojrzałem, tego co teraz było dla mnie doskonale widoczne. Na lewej ścianie światło, które padało poprzez zakratowaną okiennicę, wskazało mi cegły, które układały się w kształcie wrotowego sklepienia. Widocznie kiedyś istotnie były tutaj wrota, ale zabetonowano je, ażeby stworzyć nową ścianę. Jednak po chwili zamurowanie moich Wrót zaczęło mi się wydawać podejrzane. Naszły mnie myśli paranoidalne, że zrobili to specjalnie, że mnie zdradzili, że Oni, ci łajdacy chcieli mi przeszkodzić, chcieli wszystko zniszczyć... Z perspektywy czasu widzę do, jakiego stanu doprowadził mnie pobyt w tym domu wariatów, bo przecież nikt, oprócz mnie nie wiedział o Wrotach. One były przeznaczone tylko dla mnie. Zbliżyłem się idąc wolnym krokiem ku ścianie. Fasada całego budynku zaczęła się trząść. Wszystkie te kościelne akcesoria w nawie kościelnej z brzękiem spadały na ziemię. Słyszałem krzyki, odgłosy kroków i trzask rozstępującego się muru. Stanąłem przed ścianą. Na wyciągnięcie ręki mogłem ją dotknąć. Wszystko runęło, pozostawiając tylko murowane Wrota. Za nimi widziałem tylko ciemność, jednak bez nawet najmniejszego zastanowienia przez nie przeszedłem. Za mną zostawiłem walący się budynek szpitala, fałszywy świat... Spadłem w ciemną przepaść. Spadałem i spadałem... Tak oto skończyło się moje ówczesne życie, ponieważ zmieniło się na lepsze. Tak, bo ja żyję! Jestem tu, gdzie jestem. Nareszcie jestem szczęśliwy, jednak nie mogę wam nic więcej zdradzić. Dla was, którzyście mnie odrzucili, nie warto tracić takich możliwości....

Tutaj skrzętny charakter pisma się urywa i możesz się tylko domyśleć tego co się kryję za Wrotami.



Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki