FANDOM



Co jest szczególne i śmieszne to właśnie to, że ja, jak ten niedźwiedź w zwierzyńcu, mógłbym uwolnić się, a nie chcę, że znoszę wszystko, skoro mi tylko grozi... wolnością.

Jeżeli ona raz jeszcze weźmie bat do ręki... Można się tego spodziewać po niej w każdej chwili! Zdaje mi się, że jestem myszką w jej ostrych pazurkach i że ona, stosownie do kaprysu, gotowa mnie rozszarpać.

Czy istotnie tak uczyni? Co ona ze mną zrobi?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Udaje, że wcale nie pamięta o naszej umowie. Jest dla mnie nieskończenie czuła, dobra i pełna miłości. Przeżywamy najrozkoszniejsze chwile w życiu. A może to tylko kaprys? Może ona umyślnie jest taka, aby potem męczarnie, jakie zamierza mi zadać, były o tyle bardziej przykre i bardziej bolesne?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dzisiaj kazała mi czytać głośno dialog między Faustem a Mefistofelesem.

Słuchała w wielkim skupieniu, patrzyła na mnie rozmarzona.

— Jesteś zadowolona? — zapytałem odkładając książkę. W odpowiedzi odgarnęła mi włosy z czoła i dopiero po pewnej chwili odezwała się:

— Jesteś mi bardzo drogi, Sewerynie i nie wiem, czy zdołałabym kochać kogoś więcej niż ciebie. Dźwięk twoich słów upaja mnie, oszałamia. Poezja! Słowa pełne zachwytu... Jakże nam dobrze tak razem we dwoje... Czy odczuwasz to w całej pełni?

Nie mogłem odpowiedzieć, bo starałem się z całych sił stłumić strumień łez.

— Oj, dzieciaku, dzieciaku! — pocieszała, przytulając mnie istotnie jak dziecko.

Dziś podczas przejażdżki spotkaliśmy się z rosyjskim księciem. Jechał powozem. Można było odgadnąć, że obecność moja u boku Wandy irytowała go niewymownie. Starał się przeniknąć wzrokiem moją piękną towarzyszkę. Na szczęście ona — ku wielkiej mojej radości — ani spojrzała na niego, ignorując go, natomiast zwróciła się do mnie z lubym, serdecznym uśmiechem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Gdy dzisiejszego wieczoru miałem jej rzec „dobranoc”, zauważyłem u niej dziwne roztargnienie. Dopiero gdy byłem w progu, odezwała się:

— Przykro mi, że już odchodzisz. Chciałabym być z tobą zawsze.

— To zależy jedynie od ciebie. Jeśli zechcesz, możesz skrócić wyznaczony czas próby.

— Och, może nie uwierzysz, że czas ten nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie wydaje się za długi do przeżycia.

— A zatem skróć go, zostań moją żoną.

— Żoną? Nigdy, Sewerynie! — odparła łagodnie, ale stanowczo.

Dotknęło mnie to do żywego.

— Ty nie jesteś mężczyzną dla mnie.

Popatrzyłem na nią uważnie, cofnąłem powoli ramię, którym obejmowałem jej smukłą kibić i wyszedłem z pokoju.

Nie próbowała mnie wcale zatrzymać.

Nie zmrużyłem oka przez całą noc, układając sobie najrozmaitsze plany i odrzucając je potem jeden po drugim jako niemożliwe do wykonania. Ostatecznie zdecydowałem się. Raniutko napisałem list, w którym oznajmiłem jej, że uważam nasz związek za zerwany zupełnie. Ręce przy tym drżały mi jak u alkoholika. Zapieczętowawszy pismo, odniosłem je sam na górę, by własnoręcznie wrzucić do skrzynki na drzwiach... Nogi pode mną uginały się i wypowiadały mi posłuszeństwo.

To jednak, co się stało, było dla mnie zupełną niespodzianką. W chwili, gdy się zbliżyłem pod jej próg — ona odchyliła drzwi i wysunęła przez nie głowę całą w papilotach.

— Nie jestem jeszcze ubrana — odezwała się z uśmiechem. — Czego pan sobie życzy?

— List...

— Do mnie? Potwierdziłem skinieniem głowy.

— A, pan chce zerwać ze mną! — uprzedziła mnie szyderczo.

— Przecież pani powiedziała wczoraj sama, że się dla niej nie nadaję.

— I powtarzam panu dzisiaj to samo — odrzekła.

— A więc — urwałem z wielkiego wrażenia i w milczeniu podałem jej list.

— Może go pan sobie zatrzymać — odparła przypatrując mi się uważnie. — Zapomina pan, że tu wcale nie ma mowy o tym, czy nadaje się pan dla mnie jako mąż, czy nie. Będzie pan sługą, a jako na sługę — mogę się na pana zdecydować.

— Łaskawa pani.

— O, to, to. Odtąd będzie mnie pan zawsze tak nazywał — podchwyciła żywo i wyniośle. — Spakuj pan swoje manatki w przeciągu 24 godzin, bo pojutrze wyjeżdżam do Włoch, a pan będzie mi towarzyszył jako służący.

— Wando!

— Zakazuję panu zwracać się do mnie po imieniu — odrzekła surowo — tak samo, jak zakazuję panu wchodzić do mnie inaczej, jak tylko na odgłos dzwonka lub gdy pana zawołam. Pan od tej chwili nie nazywa się dla mnie Seweryn, lecz Grzegorz...

Drżałem z trwogi i oburzenia, a jednak nie byłem w stanie zaprotestować. Rzekłem tylko, jak można najuprzejmiej:

— Łaskawa pani zna przecież moje stosunki. Jestem jeszcze uzależniony od ojca i wątpię, czy da mi potrzebne fundusze na tak kosztowną podróż.

— To znaczy, że nie masz pieniędzy, Grzegorzu — zauważyła z zadowoleniem. — Tym lepiej, w takim razie będziesz silniej zależny ode mnie.

— Niech pani zważy, że należę do towarzystwa, że...

— Że jesteś człowiekiem honoru, nieprawdaż? I o tym pomyślałam. Właśnie jako człowiek honoru dał pan słowo, przysięgał pan oddać mi się do dowolnego rozporządzania, bez żadnych wyjątków, żadnych praw i ulg. A zatem możesz odejść, Grzegorzu.

Skierowałem się do odejścia.

— Jeszcze nie! Wprzód musisz swoją panią pocałować w rękę — dodała, podając mi rękę przez drzwi niedbale i z dumą, a ja, nieszczęsny głupiec, przylgnąłemustami do tej ręki jak zgłodniały wilk. Otrzymałem za to łaskawie udzielony uśmieszek i skinienie głowy...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Paliłem światło u siebie do późna w noc, porządkując rzeczy i rozpisując listy do różnych znajomych, by zawiadomić ich o wyjeździe za granicę na dłuższy czas.

Nagle zastukał ktoś do okna. Otworzyłem je i ujrzałem Wandę, otuloną w futro, jako że na dworze było już dosyć chłodno.

— Czy Grzegorz już gotów?

— Jeszcze nie, jaśnie pani.

— Podoba mi się ten tytuł i masz mnie zawsze tak nazywać, rozumiesz? Jutro o dziesiątej wyjeżdżamy. Do stacji będziesz moim towarzyszem, od chwili jednak, gdy wsiądziemy do pociągu, będziesz moim lokajem, albo raczej, według umowy — niewolnikiem. No, a teraz zamknij okno i otwórz drzwi.

Wykonałem spiesznie rozkaz, wprowadzając ją do pokoju. Rozejrzała się wokół, zmarszczyła brew i rzuciła od niechcenia:

— No i jakże ci się podobam?

— Ty...

— Żadne „ty”, kto ci na to pozwolił? — przerwała mi, grożąc szpicrutą.

— Jaśnie pani jest skończoną pięknością.

— A tak, to co innego — odrzekła, a rozsiadłszy się w moim fotelu dodała — chodź tu, uklęknij!

Nie było innej rady. Musiałem usłuchać rozkazu.

— Pocałuj mnie w rękę... W drugą... O tak... A teraz w usta...

Objąłem ją ramionami z szaloną namiętnością i począłem obsypywać pocałunkami, które oddawała mi nie mniej namiętnie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Punktualnie o dziewiątej rano, stosownie do jej rozkazu, było wszystko gotowe. Wsiedliśmy do wygodnego powozu, opuszczając na zawsze zaciszną miejscowość górską, gdzie zawiązał się tak niespodziewanie dramat mojego życia. W podróży z początku było jeszcze jako tako. Siedziałem u boku Wandy, która rozmawiała ze mną swobodnie, jak z dobrym znajomym: to o Włoszech, to o najnowszej literaturze polskiej, to wreszcie o muzyce Wagnera. Była ubrana w kostium podróżny, przypominający strój amazonek, z grubej, czarnej materii, obramowany suto gronostajami. Bujne włosy spięła w warkocz, zakryty niemal zupełnie czapeczką podróżną i gęstym welonem.

Była w bardzo dobrym humorze, wpychała mi w usta cukierki, gładziła mi rozmierzwione wiatrem włosy, poprawiała krawat i pieściła moje ręce. A kiedy tylko Żydek-woźnica zdrzemnął się na koźle lub się odwrócił, natychmiast całowała mnie zimnymi usteczkami. Przypominały mi one jesienną różę, która zakwitła za późno wśród nagich badyli i pożółkłych liści, po to chyba, aby zwarzył ją pierwszy litościwy przymrozek.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dojechaliśmy tak do stacji i wysiedliśmy razem przed budynkiem. Pomogłem jej przy tym szarmancko, za co odpowiedziała mi wdzięcznym skinieniem głowy i podała ramię. Następnie udała się do kasy po bilety, zostawiając mnie w poczekalni . Wróciła zupełnie inna, doprawdy nie ta sama.

— Masz tu bilet, Grzegorzu — odezwała się tonem, jakim zwykle odzywają się wytworne damy do swoich lokajów.

— Bilet trzeciej klasy — zauważyłem zdziwiony bardzo.

— No tak, trzeciej klasy. Wolno ci jednak wsiąść dopiero wówczas, gdy ja zajmę swoje miejsce w coupé i nie będę cię już potrzebowała. Na każdej stacji masz wysiąść i podbiec do mego okna z zapytaniem, czy mi czegoś nie trzeba, rozumiesz? A teraz podaj mi futro.

Cóż, nie było innej rady. Spełniłem rozkaz. Moja pani zajęła cały przedział pierwszej klasy. Rozmieściłem jej pakunki i na skinienie, bym się oddalił, pobiegłem do trzeciej klasy. Po raz pierwszy w życiu jechałem tą klasą na kolejach galicyjskich. Ławki twarde jak kamień, brudne, na podłodze błoto zaschłe całymi warstwami, u okien nie mytych nigdy — brudne szmaty (niby firanki), na półkach i w przejściach stosy tłumoków. Wszystkie ławki zajęte przez kiwających się Żydów, baby z dziećmi i chłopów, pykających fajki smrodliwe nie do zniesienia. Z trudem znalazłem sobie miejsce na brzegu ławki i pogrążyłem się w głębokich rozmyślaniach nie tylko nad schludnością i higieną galicyjskich kolei w przedziałach trzeciej klasy, ale i nad tym, dlaczego jestem głupcem podniesionym do kwadratu i czym jest dla mnie — kobieta.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Na każdej stacji wysiadam i biegnę do jej przedziału, oczekując z kapeluszem w ręku na rozkazy. Wymagania jej są bardzo wymyślne. Raz każe sobie przynieść kawy, drugi raz wody, trzeci raz ciepłej wody do mycia rąk. Do przedziału jej wsiadło dwu elegantów, z którymi flirtuje w najlepsze, nic sobie ze mnie nie robiąc. Umieram z zazdrości, pędzę z pociągu na stację po sprawunki i spieszę się, by pociąg nie uciekł. Nastał wieczór. Moja pani rozciągnęła się wygodnie na kanapce po jednej stronie przedziału i otuliła się w futro, podczas, gdy dwaj kawalerowie siedzą naprzeciw niej i udają jej aniołów stróży. Ja niestety muszę się dusić w ciasnym przedziale trzeciej klasy, w dymie tytoniowym i słuchać sprośnych piosenek żołdaków lub wstrętnego żydowskiego szwargotu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

W Wiedniu zatrzymaliśmy się na jeden dzień, dla załatwienia sprawunków. Oczywiście towarzyszę jej w sklepach i magazynach jako służący, krocząc za nią w przyzwoitym oddaleniu kilku kroków i dźwigając całą masę towarów.

Przed odjazdem w dalszą drogę kazała mi przebrać się po krakowsku. Rad nierad wciągnąłem szerokie, pasiaste spodnie, wysokie buty, bogato wyszywaną sukmanę i pas z mnóstwem brzękadeł, a do kompletu — przepyszną czerwoną rogatywkę z pękami pawich piór. Jest mi w tym stroju nawet dość ładnie. Nie mogę zresztą oponować, gdyż moja pani darowuje kelnerowi mój nowiutki garnitur.

Mam uczucie, jakbym był niemym stworzeniem, sprzedanym na jarmarku, albo jakbym zaprzedał duszę diabłu, który teraz tak ze mną harcuje.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Mój piękny diabeł wpakował mnie znowu do trzeciej klasy, ale tu przynajmniej nie ma już niedomytych galicyjskich Żydów, ani chłopów z fajkami. W przedziale jadą włoscy robotnicy, sierżant żandarmerii i jakiś ubogi malarz. Powietrze w przedziale nie ma już zapachu cebuli; trąci zgliwiałym serem i salami.

Zapadła noc. Wyciągnąłem się na drewnianej ławce i zdaje mi się, że wszystkie kości mam połamane. Nie brak jednak i poezji w tym wszystkim. Siedzący naprzeciw sierżant ma twarz jak belwederski Apollo, a malarz śpiewa półgłosem pieśń tęsknoty:


„Szumią jodły na gór szczycie,
Szumią sobie w dal.
Mnie młodemu tęskne życie,
Bo mam w sercu żal.
Nie mam żalu do nikogo,
Tylko do ciebie niebogo,
Oj Halino,
Oj jedyno,
Dziewczyno moja!
Oj Halino, oj jedyno,
Dziewczyno moja!”


Wsłuchuję się w tę pieśń i myślę o swojej, niestety, nie Halinie, nie dziewczynie, lecz królowej, która w przedziale pierwszej klasy śni w puchach o rozkoszach bogów starożytnej Grecji.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Florencja! Ruch, gwar nie do zniesienia. U wyjścia z peronu tłumy tragarzy i fiakrów. Wanda daje znak jednemu z dorożkarzy i ogląda się za posługaczem. Nagle, jakby się namyśliła:

— Od czego zresztą mam służącego. Grzegorzu, masz tu kwit bagażowy, przynieś pakunki.

Wsiadła do karetki, okrywając się futrem. Ja dźwigam na plecach ciężki kufer, tak zresztą niezgrabnie, że potrącam jakiegoś karabiniera, który — dobrodusznie — pomaga mi umieścić ciężar w pojeździe.

— Kufer zapewne jest bardzo ciężki, bo mam tam wszystkie moje futra — zauważyła Wanda.

Usadowiłem się na koźle obok woźnicy, ocierając kroplisty pot z czoła. Moja pani wymieniła nazwę hotelu. W parę minut później zatrzymaliśmy się przed wspaniałym domem.

— Są wolne pokoje? — zapytała portiera.

— Si, madame.

— Dwa dla mnie, jeden dla mego służącego — wszystkie z piecami.

— Mamy właśnie tylko dwa z kominkami. Dla służącego może być nieogrzany — zauważył garson, wybiegając skwapliwie do karetki.

— Proszę mi pokazać te pokoje. Obejrzała je przelotnie i zgodziła się.

— Dobrze. Proszę mi tylko rozniecić ogień. Służący może spać w pokoju bez ogrzewania.

Spojrzałem na nią z niemym wyrzutem.

— Niech Grzegorz przyniesie mój kufer — rozkazuje mi, nie zważając na moje błagalne spojrzenia — muszę się przebrać i zejść do sali jadalnej. Ty także potem dostaniesz coś na wieczerzę.

Zaczęła się przebierać w drugim pokoju. Ja tymczasem taskałem na plecach kufer, w czym pomógł mi usłużny garson, zasypując mnie mocno łamaną francuszczyzną pytaniami na temat mojej pani. Obaj roznieciliśmy następnie ogień na kominku. Rozejrzałem się po pokoju. W kącie stało wysoko zasłane poduszkami łóżko, na podłodze leżały dywany. Ogień parskał na kominku. Jakże tu miło, jak błogo...

Zszedłem na dół i zażądałem czegoś do zjedzenia. Życzliwie usposobiony kelner, były żołnierz austriacki, rozpoczyna ze mną rozmowę i obsługuje mnie po przyjacielsku. Wreszcie, po trzydziestu sześciu godzinach, doczekałem się ciepłej strawy... Ledwie wziąłem do ręki nóż i widelec, ona weszła do sali. Wstałem od stołu.

— Jak pan może prowadzić mnie do tej samej sali, gdzie siedzi mój służący — zwraca się gniewnie do garsona i opuszcza jadalnię.

Podziękowałem w duchu Bogu, że się tak stało i że mogłem spokojnie się posilić. Następnie udałem się do przeznaczonego dla mnie pokoju. Była to mała, brudna klitka, w której paliła się lampka olejna i gdzie w jednym kącie stało proste łóżko, a obok mój kufereczek. Ani okna, ani pieca, ani nawet lufcika. Do tego wściekle zimno! Zapewne cele więzienne w Wenecji nie były gorsze, pomyślałem i wybuchnąłem tak głośnym śmiechem, że aż się sam siebie przeląkłem.

Nagle otworzyły się drzwi i ukazał się garson, rozkazując mi po włosku, z teatralnym gestem:

— Idźcie do swojej pani, natychmiast.

Chwyciłem czapkę i udałem się po schodach na pierwsze piętro. Stanąłem przed jej drzwiami i zapukałem.

— Wejść!

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki