FANDOM



Crystal Clear app printer Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

Wenus w futrze

(Venus im Peltz)

Leopold von Sacher-Masoch

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Anonim
Crystal Clear action info Tekst zawiera treści erotyczne
Titian Venus Mirror (furs)

Motto: „Bóg ukarał go i oddał w ręce kobiety”
(Stary Testament — Księga Judyty)



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

PROLOG

Byliśmy w miłym, zacisznym pokoju sam na sam. Na staroświeckim, okazałym, renesansowym kominku płonął ogień. Siedziałem tuż obok, mając przed sobą ją — Wenus! I nie była to żadna dama z półświatka, która by pod tym imieniem prowadziła kampanię z nienawistnym rodem męskim, ani nawet kusząca Kleopatra, lecz prawdziwa bogini miłości.

Zagłębiła się w fotel, patrząc nieruchomo w płomień, który odbijał się rumieńcem na jej bladych licach. Od czasu do czasu poruszała jedną lub drugą stopą, by ją przysunąć bliżej ognia.

Twarz jej była skończonym pięknem, mimo zamglonych jakąś dziwną melancholią oczu. Patrzyłem więc w tę twarz jak w słońce, rozkoszując się harmonią klasycznych linii; żałowałem tylko, że nie było mi wolno ujrzeć jej szyi i ramion, jakby wykutych z marmuru ręką największego z mistrzów. Urocza bogini otuliła się bowiem cała w bogate futro, kuląc się w nim i drżąc, jak ktoś odczuwający dreszcze.

— Nie pojmuję, łaskawa pani — odezwałem się po długiej chwili milczenia — jak można... Przecież od dwu tygodni mamy wspaniałą wiosnę i wcale nie jest zimno. Chyba, że drży pani ze zdenerwowania...

— Dziękuję za taką wiosnę — odrzekła głębokim, suchym głosem, kichając dwukrotnie raz po raz. — Wprost nie mogę tu już dłużej wytrzymać i zdaje mi się, że...

— Co pani chciała powiedzieć?

— Że zaczynam wierzyć w to, co wydaje się nie do uwierzenia, i że pojmuję rzeczy, jakie uchodzą za niepojęte. Zgłębiłam filozofię niemiecką, zbadałam obyczaje germanskie, na mocy których Germanki celują w cnocie wierności i ... wcale już się teraz nie dziwię, że wy tu na północy nie umiecie kochać, ba, nawet nie macie najmniejszego pojęcia, czym jest miłość.

— Łaskawa pani pozwoli — przerwałem jej — zdaje mi się, że ja bynajmniej nie dałem pani powodu do takich wniosków.

— No, co do pana — odpowiedziała kichając po raz trzeci i wzruszając ramionami z trudnym do opisania wdziękiem — byłam dla pana zawsze uprzejma, od czasu do czasu nawet pana odwiedzam, nie zważając na przeziębienia, do których, mimo moich futer, jestem bardzo skłonna. Czy pan sobie przypomina pierwsze nasze spotkanie?

— Miałżebym o tym zapomnieć? Miała pani wówczas bujną fryzurę w kolorze hebanu, czarne jak węgiel oczy, świeże, płonące purpurą usta. Poznałem panią jednak po bladej, marmurowej, a tak cudnie pięknej twarzy... Była pani ubrana w aksamitny żakiet koloru fiołków, oblamowany gronostajem.

— Tak, tak, był pan zakochany w tej toalecie. A jaki pan był pojętny wówczas...

— Pani nauczyła mnie kochać, odsłoniła przede mną nieznany świat miłości, w którym przeżyłem pełne dwa tysiące lat.

— A jak bezprzykładnie byłam panu wierna...

— No, co do tego, to...

— Niewdzięcznik!

— Nie mam bynajmniej zamiaru czynić pani wyrzutów. Pani jest boginią piękności, ale równocześnie także kobietą, która w miłości jest tak samo groźna, jak każda inna.

— Nazywa pan groźnym to — odparła żywo — co jest koniecznym elementem zmysłowości, gorącego umiłowania, krótko mówiąc, co jest naturą kobiety oddającej się temu wszystkiemu, co kocha, a kocha to, co jej się podoba...

— Ba, ale czy może być straszniejsza rzecz nad niewierność jednej lub drugiej z zakochanych w sobie osób?

— Ech — przerwała — my, kobiety, jesteśmy wierne tak długo, jak długo kochamy. Wy, mężczyźni, wymagacie jednak, aby kobieta była wierną nawet wówczas, gdy nie kocha, i aby wam się oddawała bez własnego zadowolenia. Któż więc jest tutaj bardziej bezwzględny? Wy, ludzie północy, bierzecie miłość zbyt poważnie i szafujecie argumentami tak zwanego obowiązku tam właśnie, gdzie może tylko być mowa o zaspokojeniu.

— Tak, pani, ale za to doznajemy błogich uczuć cnoty i długotrwałego związku.

— A jednak — przerwała mi — nie jest to niczym innym, jak tylko obudzoną tęsknotą do pierwotnego stanu ludzkości z ery pasterstwa i koczownictwa. Ale ta miłość pierwotna, będąca najwyższą rozkoszą na ziemi, nie nadaje się dla ludzi nowożytnych, dla was, dzieci refleksji. Jest ona dla was niedostępna. Z chwilą, gdybyście chcieli stać się naturalni, będziecie tylko pospolici. Naturę uważacie bowiem za coś niegodnego. Z nas, słonecznych bóstw Grecji, uczyniliście demony, ze mnie — diablicę. Tak, możecie mnie skazać na wygnanie, przekląć, albo siebie samych w przystępie obłędu, jak w bachanalie, zabijać przed mym ołtarzem na ofiarę. Tak, jeżeli ktoś będzie miał odwagę dotknąć moich płomiennych ust, niech odbywa potem pielgrzymkę do Rzymu boso w worze pokutnym i oczekuje, azali z zeschłego kija kwiaty wonne wytrysną! Przecież u moich stóp w każdej chwili zakwitają róże, fiołki i mirty. Nie dla was jednak ich woń! Błądźcie dalej we mgle północy! Nas, pogan, zostawcie w spokoju pod gruzami i lawą, nie wygrzebujcie nas! Bo to dla nas, nie dla was, zbudowano Pompeje i nie dla was przeznaczono pompejańskie wille, łazienki i templa. Wam niepotrzebni są bogowie. My w waszym świecie lodowaciejemy!...

Marmurowa piękność rozkaszlała się i naciągnęła na ramiona bobrowe futro.

— Dziękujemy za lekcję klasycyzmu — odezwałem się po chwili. — Nie może pani jednak zaprzeczyć, że mężczyzna i kobieta, zarówno w waszym pogodnym, słonecznym kraju, jak i w naszej ponurej ustroni, są dla siebie wrogami, że miłość jednoczy dwoje ludzi w jedną istotę tylko na czas bardzo krótki, że tylko na moment stają się oni jedną wspólną myślą, jednym uczuciem, jedną wolą. Potem następuje tym większa między nimi przepaść, no i ... pani to zresztą wie lepiej sama... Jeżeli któreś nie ma zamiaru wprząc w jarzmo drugiego, samo poczuje wnet pęta na grzbiecie...

— A mianowicie odczuje zazwyczaj stopę na swoim grzbiecie mężczyzna — przerwała mi Wenus szyderczo — o czym znowu pan wie lepiej, niż ja...

— Tak jest, i dlatego właśnie nie poddaję się żadnym złudzeniom.

— To znaczy, że pan jest obecnie moim niewolnikiem, który się wcale nie łudzi, no a ja przygniotę pana za to bez żadnej litości.

— Pani?

— Pan mnie jeszcze nie zna!... Jestem groźna, jak mnie pan z pewnym zadowoleniem nazywa, i mam prawo być taka. Mężczyzna pożąda, kobieta jest pożądana, nic więcej, ale przecież to ona tutaj rozstrzyga. Natura dała jej mężczyznę w nagrodę za namiętność. Kobieta więc byłaby bardzo niemądra, gdyby nie uczyniła sobie z niego niewolnika, ba, nawet zabawki, aby go w końcu zdradzić i śmiać się z jego niedołęstwa.

— Zasady pani... — rzuciłem, rozbrojony zupełnie.

— Oparte są na tysiącletnich doświadczeniach — podchwyciła ironicznie, zagłębiając białe palce w futro. — Im bardziej kobieta jest oddana i uległa, tym prędzej opanuje ją mężczyzna i zniszczy zupełnie; jednakże im jest groźniejsza i bardziej niewierna, im gorzej z nim się obchodzi, im bezczelniej nim igra, im mniej okazuje mu litości, o tyle więcej wzbudzi w mężczyźnie lubieżności, tym silniej będzie przez niego kochana i uwielbiana. Tak było zawsze od Heleny i Dalili do Loli Montez.

— Bez wątpienia — wtrąciłem — nic tak mężczyzny nie zdoła porwać i odurzyć, jak postać pięknej i despotycznej kobiety, która w sposób bezwzględny zmienia kochanków jak rękawiczki...

— No i do tego ubiera się w futra — dodała bogini.

— Futra? — zapytałem zdziwiony.

— Znana mi jest poprzednia miłość pańska.

— Wie pani — zauważyłem — że od czasu naszego ostatniego widzenia stała się pani nie lada kokietką?

— O, aż tak! Z czegóż to pan wnioskuje?

— Pani wie dobrze, że to futrzane okrycie stanowi najwspanialszą ozdobę jej posągowej piękności.

Bogini parsknęła śmiechem...

— Pan śpi... niech się pan zbudzi! — odezwała się po chwili, ujmując mnie pod ramię. — Wstawaj pan! — powtórzyła tonem rozkazu.

Otwarłem oczy z wysiłkiem i ujrzałem rękę, która mną potrząsała. Nie była to jednak delikatna, jak z marmuru wykuta dłoń bogini, lecz gruba, ogorzała piącha, jakby łapa niedźwiedzia. Poznałem. Budził mnie mój stary, wiecznie podchmielony kozak, stojąc tuż nade mną.

— Niechże pan wstaje! — powtórzył kozak raz jeszcze — to zgroza!

— Co znowu? Jaka zgroza?

— Zgroza spać w ubraniu i do tego nad książką. Podniósł książkę z podłogi, otarł ją i położył na stole, dodając:

— I to spać wówczas, gdy najwyższa pora jechać do pana Seweryna, który zaprosił nas na herbatę!

— Szczególny sen — rzekł Seweryn, gdy mu to wszystko opowiedziałem. Był pod silnym wrażeniem. Oparł ręce na kolanach i pogrążył się w głębokim zamyśleniu.

Wiedziałem, że przez dłuższy czas nie poruszy się nawet; i tak było w istocie. Znałem go od trzech lat, żyjąc z nim w ścisłej przyjaźni, więc nie zaskakiwało mnie jego zachowanie. Był to dziwak, który niemalże za szaleńca uchodził w całej kołomyjskiej okolicy. Dla mnie jednak był on personą bardzo ciekawą i zarazem sympatyczną.

Pomimo młodego wieku — liczył bowiem niewiele ponad trzydziestkę — był zamożnym właścicielem dóbr ziemskich. Wyglądał jednak bardzo skromnie, a przy tym odznaczał się pewną powagą i pedanterią, jakiej podlegają ludzie starsi i zdziwaczali. Miał swój własny oryginalny sposób życia, na pół filozoficzny, na pół praktyczny — uregulowany ściśle według zegarka, co do minuty. Równocześnie stosował ściśle w praktyce termometr, barometr, aerometr, hydrometr oraz wszystkie mądrości Hipokratesa, Hufelanda, Platona, Kanta, Kingge’a i lorda Chesterfielda. W nawale tych praktyk miewał często napady zdenerwowania tak gwałtowne, że omal głową muru nie przebijał, wobec czego każdy chętnie ustępował mu z drogi.

Kiedy gospodarz mój zamilkł, w pokoju zapanowała cisza. Przerywał ją tylko trzask ognia na kominku i syczenie olbrzymiego samowara. Kołysałem się w bujanym fotelu, przypatrując się urządzeniu komnaty tego dziwaka. Były tu szkielety zwierząt, wypchane ptaki, globusy, odlewy gipsowe, modele i inne osobliwe drobiazgi. Nagle spostrzegłem wśród tych rupieci, w blasku ognia kominkowego, obraz, który dziś jeszcze stoi mi przed oczyma i wzbudza we mnie niezwykłe wrażenie.

Był to obraz olejny wielkich rozmiarów, malowany dość barwnie według szkoły belgijskiej, przedstawiający przecudnie piękną nagą kobietę, okrytą jedynie futrem o obfitym ciemnym włosie. Z twarzy jej promieniowała słoneczna pogoda i wyraz jakiegoś rozkosznego zadowolenia. Wyciągnęła się w półleżącej postaci na otomanie, na lewym łokciu się wsparłszy, w prawej ręce dzierżąc szpicrutę. Lewą stopę oparła niedbale na grzbiecie mężczyzny, który tarzał się przed nią jak niewolnik, ba, więcej może — jak pies wierny, chociaż najwidoczniej maltretowany. Człowiek ten, o szlachetnych, choć nieco ostrych rysach, wzrokiem pełnym rozkosznego omdlenia patrzył w twarz dręczącej go kobiety z uśmiechem, wyrażającym boleść i równocześnie jakieś dziwne zadowolenie. Był to... Seweryn. Wydawał się młodszy o jakieś lat dziesięć i nie nosił wówczas brody.

— Wenus w futrze! — zawołałem, wskazując obraz. Widziałem ją w moim śnie... To ona!

— Widziałem ją i ja — odparł grobowym głosem Seweryn — z tą tylko różnicą, że... na jawie, własnymi oczyma.

— Naprawdę?

— Och, to głupia historia.

— A więc teraz rozumiem. Widocznie widziałem przypadkowo u ciebie ten obraz i przyśnił mi się potem. Powiedz mi jednak, jaki zaistniał związek między tobą a tą dziwną postacią. Niewątpliwie odegrała ona w twoim życiu ważną rolę, czyż nie tak?

Seweryn, zamiast odpowiedzi, wskazał mi pendant, mówiąc:

— A teraz spójrz tam.

Drugi obraz, stanowiący pendant do tamtego, był doskonałą kopią znanej z galerii drezdeńskiej Wenus przed zwierciadłem Tycjana.

— No? I cóż? — zapytałem.

Seweryn wstał i wskazał palcem futro, którym upiększył Tycjan swą boginię miłości.

— I tu również Wenus w futrze — rzekł uśmiechając się smutnie. — Sądzę, że stary Wenecjanin nie uczynił tego z rozmysłu. Najprawdopodobniej malował on portret jakiejś Messaliny i z grzeczności dodał amorka, trzymającego lustro, aby w nim mogła oglądać przecudne swoje wdzięki w całej okazałości.

— Dzieło wielkiego mistrza nie jest niczym innym, jak tylko pochlebstwem przeniesionym na płótno. Później dopiero jakiś specjalny znawca epoki rococo ochrzcił postać imieniem Wenus, a futro, którym mistrz okrył swój model dla zwykłej przyzwoitości, uznane zostało za symbol okrucieństwa towarzyszącego kobiecej piękności. Zresztą mniejsza o to — dosyć, że obraz dziś wydaje się nam bardzo pikantną satyrą na naszą uczuciowość. Wenus, przeniesiona na północ, w lodowy chrześcijański świat, musi się okrywać starannie futrem, ażeby uniknąć... przeziębienia.

Ostatnie słowa wypowiedział na pół żartobliwie, śmiejąc się dość nienaturalnie i zapalając świeże cygaro.

W tej chwili otwarły się drzwi, w których ukazała się postawna i piękna blondynka, o dużych modrych oczach, ubrana w czarną jedwabną suknię. Wniosła nam zimne przekąski i jajka na miękko do herbaty. Seweryn wziął jedno jajko i nadbił je łyżeczką.

— Ile razy mam ci powtarzać, że nie znoszę jaj na twardo! — krzyknął podniesionym głosem, tak, że kobieta zadrżała.

— Ależ, drogi Sewerciu — szepnęła trwożnie...

— Co to znaczy... Sewerciu? — odparł tym samym groźnym tonem, chwytając harap z kołka. — Powinnaś słuchać! Słuchać! Rozumiesz?

Piękna kobieta skoczyła, jak spłoszona sarna i zniknęła za drzwiami.

— Poczekaj, złapię ja cię jeszcze! — wołał za nią, grożąc harapem.

— Sewerynie, dajże pokój! — wtrąciłem się, kładąc mu rękę na ramieniu. — Jak można obchodzić się w ten sposób z tak piękną kobietą?

— Ho, ho! Przypatrz no ty się jej lepiej, mój kochany — odparł nieco spokojniej, mrugając znacząco jednym okiem. — Niechbym ja tylko zaczął ją pieścić, wnet by mi zarzuciła na szyję arkan; a tak... ubóstwia mnie wręcz, ponieważ wychowuję ją z harapem w ręku...

— Ech, idź sobie...

— Idź sobie ty... Kobiety należy tresować tylko w ten sposób, nie inaczej!

— Zresztą... żyj sobie jak pasza w swoim haremie, co mnie to obchodzi, tylko nie zaprzątaj mi głowy swymi teoriami.

— Dlaczego nie? — przerwał mi żywo. — Musisz być albo młotem, albo kowadłem, powiedział Goethe, mając może na myśli nie co innego, jak tylko stosunek między mężczyzną i kobietą. To samo dała ci również do zrozumienia we śnie twoja Wenus. Na namiętności mężczyzny opiera się moc kobiety, której ona nigdy nie omieszka wykorzystać, jeżeli tylko mężczyzna nie ma się na baczności. Musi on być albo jej tyranem, albo niewolnikiem... jedno z dwojga. Wybór do niego należy. Jeśli się jej podda, oho! Wprzągł się w jarzmo i niebawem poczuje chłostę.

— Osobliwe maksymy...

— Nie maksymy, lecz doświadczenia — odparł kiwając głową. — Czułem już baty na własnym grzbiecie. Chcesz wiedzieć jak to było?

Dobył z biurka rękopis i położył na stole.

— Pytałeś mnie przedtem o znaczenie tego malowidła na ścianie i winienem ci odpowiedź. Chcesz... czytaj!

Usiadł naprzeciw kominka, odwróciwszy się plecami ku mnie i zamilkł. Zapanowała znowu taka cisza jak przedtem, przerywana tylko cykaniem świerszcza w starym murze i syczeniem samowara. Zabrałem się do czytania. Rękopis był zatytułowany Zwierzenia głupiego fanatyka. Poniżej znajdowały się, zamiast motta, dwa wiersze wyjęte z Fausta:

 
„Ty nadzmysłowy, swawolny zalotniku,
Nie widzisz, że cię [kobieta] za nos wodzi...
Mefistofeles”


Odwróciłem kartę i zacząłem czytać...




Leopold von Sacher-Masoch with Fannie

RĘKOPIS SEWERYNA

Zwierzenia, zawarte w tej książce, są wypisane z dawnego mego dziennika w formie zmienionej o tyle, że usunąłem wszystko, co mi się wydawało mniej bezstronnym; dodałem też wiele myśli nowych, które w bolącym sercu zrodziły się jako wspomnienia.

Gogol, ten rosyjski Moliére, powiedział gdzieś: „Prawdziwie komiczną muzą jest ta, która pod maską uśmiechu i wesołości łzy roni”.

Wspaniałe zdanie! Stosuje się ono w zupełności do mnie w chwili, gdy piszę te słowa. Wydaje mi się, jakoby powietrze napełnione było wonią, która mnie odurza i powoduje zawrót głowy. Dym z kominka kłębi się i przybiera postacie złośliwych chochlików, wskazujących mnie palcem z chichotem i drwiną; pyzate amorki wskakują na poręcz mego krzesła, siadają mi na kolanach i muszę się uśmiechać nienaturalnie, nawet śmiać się głośno — a równocześnie opisywać swoje przygody, i to nie atramentem, lecz krwią własną, tryskającą z rozdartego serca i ran odnowionych wspomnieniami... Ból mną wstrząsa ogromny i od czasu do czasu padnie na białą kartę — łza.

Ociężale, leniwie wloką się dni w zacisznej miejscowości kuracyjnej w Karpatach. Gości jeszcze nie ma. Pora znakomita do pisania sielanek. Miałem zamiar urządzić tu własną wystawę obrazów, zaopatrzyć teatr w nowości repertuarowe na cały sezon, urządzić szereg koncertów i pikników, ale... nie zrobiłem jeszcze nic, prócz napięcia płócien, porozcinania arkuszy, gdyż jestem (ach, Sewerynie, bez żenady przed samym sobą, okłamuj drugich, bo siebie okłamać nie zdołasz nigdy) nikim innym, jak tylko dyletantem zarówno w malarstwie, jak w poezji, muzyce i wszystkich innych sztukach pięknych, które swoim mistrzom zapewniają sławę i potęgę. A przede wszystkim jestem dyletantem w życiu!

Żyłem dotychczas tak samo, jak malowałem lub grałem, to znaczy nie wychodziłem nigdy poza ramy projektów. Są ludzie, którzy zaczynają wszystko, a nie kończą niczego. Jednym z nich jestem ja. Ale nie ma nad czym rozwodzić się wiele.

Siedzę przy oknie w swoim kuracyjnym gniazdku i uważam je za bezgranicznie poetyczne. Tuż obok wznosi się stroma góra, zalana promieniami letniego słońca, z której spadają strugi potoków i szumią, tocząc się po głazach i złomach. Zbocza i stoki pokryte są runią świerkowych lasów i kwietnych hal, na których rozpierzchły się trzody wełnistych owiec. W dali dźwigają się w jasny błękit ośnieżone szczyty Tatr.

Dom, w którym mieszkam, znajduje się w parku, a raczej w lesie czy puszczy, nie wiem sam, jak to określić. Nie ma tu nikogo, oprócz mnie, gospodyni pani Tartakowskiej ze Lwowa i jakiejś wdowy z Moskwy. Jest tu jeszcze stare psisko, kulejące na jedną nogę i kot, który się ciągle bawi kłębkiem nici. Zdaje mi się, że ten kłębek należy do pięknej wdowy. Jest ona istotnie piękna i dość młoda (liczyć może nie więcej nad dwadzieścia cztery lata), i podobno bardzo bogata. Mieszka na pierwszym piętrze — ja na parterze; okna od jej pokojów są prawie zawsze zasłonięte storami, a balkon opleciony gęsto dzikim winem. Ja zaś mam na dole altankę, osłoniętą szczelnie pnącymi się roślinami i spędzam tam znaczną część dnia na pisaniu i malowaniu. Mam stąd widok na ów balkon, gdzie rzucam okiem czasem od niechcenia i widzę poprzez liście i sploty zieleni — białą kobiecą suknię.

Piękna kobieta jednak obchodzi mnie niewiele, gdyż zakochałem się w innej i to bardziej nieszczęśliwie niż kawaler des Grieux w Manon Lescaut, ponieważ ukochana moja... wykuta jest z kamienia.

W głębi parku znajduje się mała polanka, na której pasą się dwie oswojone sarny. Na środku polany wznosi się postać Wenus, wykuta z kamienia. Jest to prawdopodobnie kopia arcydzieła z Florencji. Otóż ta Wenus wydaje mi się najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, jakie w życiu widziałem... Prawdę powiedziawszy, niewiele kobiet pięknych widziałem dotychczas i jestem dyletantem nie tylko w sztukach pięknych, ale i w miłości. Tu również kończy się na projektach i idealnych planach. Zresztą nie ma o czym mówić wiele. Piękność jest niedościgniona, zwłaszcza dla mnie, zakochanego po uszy, namiętnie, szalenie w kamiennym posągu kobiecym, otrzymującego za to zawsze spokojny uśmiech, zaklęty w zimny kamień.

Często w pogodne dni kładę się na kwietnym kobiercu pod młodym bukiem i czytam, a następnie odwiedzam swoją ukochaną, niemą i zimną; nawet w nocy padam przed nią na kolana i głowę o jej stopy oparłszy modlę się do niej.

Gdy wzejdzie księżyc, który właśnie dobiega pełni, i rozsieje srebrną poświatę wśród mroków, rozścieli potop blasków na uroczej, zacisznej polanie — zdaje mi się, że ta zaklęta królewna miłości zaczyna ożywać, z rozkoszą i lubością kąpiąc się w srebrnych strugach księżycowych promieni. Gdy pewnego wieczora wracałem aleją od swojej bogini, spostrzegłem w pobliżu wyniosłą postać w bieli, o posągowych konturach. Dech we mnie zamarł. Zdawało mi się, że to najukochańsza moja zstąpiła z piedestału i poszła mymi śladami, za mną, gotowa rzucić mi się w ramiona! Stanąłem, wyczuwając przyspieszone bicie własnego serca i drżąc z nieznanej trwogi jak liść, no i ...

Jestem dyletantem, najpospolitszym dyletantem w świecie! Oto... nie namyślając się wiele, uciekłem, co mi sił starczyło.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Co za zbieg okoliczności! Żyd, przekupień, zajmujący się sprzedażą fotografii i widoków, ma w ręku podobiznę mego ideału. Jest to zdjęcie fotograficzne obrazu Wenus przed lustrem Tycjana. Postać wydała mi się tak piękna, że poczułem w sobie natchnienie... Kupiłem karton i opatrzyłem go napisem: Wenus w gronostajach.

O Wenus! Kostniejesz z zimna, mimo, że sama wywołujesz w sercu człowieka płomienie. Osłoń się płaszczem despoty, bo w nim ci najbardziej do twarzy, ty — groźna bogini miłości! I nakreśliłem z pamięci urywek z Fausta:

 
DO AMORA!
„Ułudą jest tych skrzydeł para.
Strzały — to zwykłe orle szpony,
Wieniec zakrywa zdradne różki.
Amor, bez żadnej wątpliwości,
Jak wszystkie bóstwa olimpijskie,
Zakapturzonym jest szatanem.”


Ustawiłem rycinę na stole, o brzeg książki ją oparłszy, i począłem się jej przypatrywać. Wspaniała posągowa piękność bogini, udrapowanej w sobole, z jakąś ironiczną kokieterią, z niewysłowionym czarem, zaklętym w marmurowym obliczu, zachwyca mnie i równocześnie budzi grozę! Chwytam pióro i piszę:

„Kochać i być kochanym... to szczyt rozkoszy i szczęścia na ziemi. Lecz jakże blednie to szczęście wobec pełnej udręczeń błogości, jakiej się doznaje, gdy ubóstwiana przez nas kobieta-tyranica przygniata nas stopą, silnie i bez litości. Samson, ów olbrzymi bohater, dał się opanować ponownie Dalili, która go przedtem zdradziła, więc zdradziła go też po raz drugi — i Filistyni ujęli go i wykłuli na jej rozkaz oczy, zwrócone do ostatniej chwili na nią, tę piękną i ubóstwianą, a niewierną okrutnicę”.

Śniadanie spożyłem w altance i zabrałem się do czytania Księgi Judyty, zazdroszcząc srogiemu Holofernesowi królewskiej niewiasty, która ścięła mu głowę...

„Bóg ukarał go i oddał w ręce kobiety”...

Zdanie zaiste epokowe...

Izraelici nie bardzo byli uprzejmi dla kobiet, tak jak i ich Bóg, który wydaje człowieka w ręce kobiety za karę! — pomyślałem w głębi duszy. Cóż jednak zawiniłem ja, by On miał mnie ukarać?

Do licha! Ale oto zbliża się nasza gospodyni, która robi wrażenie, jakby przez noc jeszcze bardziej niż dotąd się zgarbiła. Na balkonie przez sieć zieleni przebija się obraz jakiejś postaci... Wenus to, czy wdowa?

Tym razem jest to istotnie ta ostatnia. Pani Tartakowska, uczyniwszy przede mną panieński dyg, prosi mnie w jej imieniu o książkę do czytania. Biegnę do pokoju i chwytam kilka tomów, zapomniawszy zupełnie o tym, że do jednego z nich włożyłem fotografię Wenus. Stara już weszła do niej na balkon... Co sobie pomyśli o mnie ta urocza wdówka? W tej chwili wybuchnęła śmiechem. Niezawodnie śmieje się — ze mnie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Pełna tarcza księżyca wytacza się nad szczyty gór i nad wierzchołki jodeł okalających park. Mgła leciuchna wtłacza się w wąwozy i zagłębienia, a ponad nimi ścieli się srebrna poświata, hen, jak okiem sięgnąć. Cisza... I tylko strumyki spadają z łoskotem po skałach.

Nie wysiedzę w pokoju. Ubieram się. Coś mnie woła, coś ciągnie do parku, na polankę, do niej, do mojej bogini, kochanki zaklętej i czarownej!

Noc jest chłodna. Wstrząsa mną lekki dreszcz. Powietrze, przesycone wonią kwiatów i żywicy, aż za ciężkie jest do oddychania.

Co za uroczysty nastrój, jak dziwna i piękna muzyka wokoło! Gwiazdy błyszczą z rzadka na pogodnym granacie nocnego nieba. Polana wydaje mi się gładka, jakby pokryta taflą lodu, ponad którą wznosi się posąg mojej bogini.

Przystępuję bliżej i — oczom uwierzyć nie mogę. Z ramion posągu opada aż do stóp ciężkie, bogate futro... Ogarnia mnie lęk — uciekam...

Zaledwie postąpiłem kilkanaście kroków, spostrzegłem, że zmyliłem drogę, wchodząc w alejkę, która prowadzi w głąb wąwozu. Zawróciłem... i nagle oczom moim przedstawił się wspaniały widok.

Na kamiennej ławce siedzi kobieta, cała w bieli, tylko na ramiona zarzuciła... futro. Znowu zdaje mi się, że to bóstwo zstąpiło z kamiennego głazu, gdy wtem zauważam, że to istota żywa, tętniąca pełnią życia. Usta jej drgają jak dwa różane listki, a z oczu promienieją dwa zielone płatki...

Ona się śmieje...

A śmiech ten jaki dziwny i nienaturalny. Czuję w piersi brak tchu, uciekam szybko, zrywami, by co kilka kroków przystanąć i zaczerpnąć powietrza, a ten szatański śmiech ściga mnie przez ocienione aleje i polanki zalane światłem księżyca. Uciekam na oślep i wpadam w jakąś gęstwinę. Kilka zimnych kropel rosy spadło mi na twarz, jak perły. Nie mogłem się ruszyć dalej. Stojąc tak, zacząłem mówić sam do siebie.

Człowiek bywa dla siebie albo za bardzo grzeczny, albo zbyt grubiański.

— Osioł!

Słowo to wywiera znakomity wpływ, który mnie otrzeźwia. Odzyskuję na chwilę równowagę umysłu i z pewnym zadowoleniem powtarzam:

— Osioł!

Patrzę na świat znowu trzeźwo i rozsądnie. Rozpoznaję w pobliżu wodotrysk, dalej grabową aleję i willę. Zmierzam ku niej, oglądając się raz jeszcze w kierunku posągu i tej białej postaci na kamiennej ławce. Za chwilę jestem w swoim pokoju, kładę się do łóżka i myślę:

— No, kim ja jestem właściwie: dyletantem czy głupcem?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Ranek był posępny, mglisty i wietrzny. Mimo to udałem się do swojej altany. Czytam Odyseję — o przecudnej Kirke, która swoich wielbicieli zamieniała w potwory. Wcale wartościowy przykład starożytnej miłości.

Wiatr porusza liśćmi i trawą, przewraca mi kartki w książce. Na balkonie również jakiś szmer. Podnoszę wzrok... Ona! W białej sukni, Wenus bez futra, a więc nie Wenus; tym razem urocza, żyjąca i piękna wdówka, a mimo to Wenus!

W porannym, luźnym stroju wygląda istotnie jak posąg. Patrzy ku mnie. Jest wzrostu średniego, o główce pięknej jakby z portretów francuskich z epoki markizów. Postać o liniach łagodnych, skończenie artystycznych, posągowych... Wenus! Ależ bynajmniej... Płeć o aksamitnej i zarazem marmurowej bieli. Znać, zda się, poszczególne zarysy żył na szyi i ramionach, okrytych lekkim ażurowym szlafroczkiem. Włosy bujne i... rude (tak, z pewnością nie blond lub złote, lecz rude) ocieniają jej śliczną twarzyczkę i nadają cechę demonizmu. W tej chwili zwróciła ku mnie oczy pełne siły i wyrazu — oczy zielone jak tatrzańskie jeziora i głębokie, bezdenne...

Spostrzega moje zmieszanie, zapomnienie się na chwilę. Jestem nawet mało szarmancki, bo nie podnoszę się z siedzenia i nie odkrywam głowy.

Śmieje się naprawdę diabolicznie.

Wstaję nareszcie i oddaję jej ukłon. Ona wychyla się z balkonu i jeszcze głośniejszym, teraz prawie dziecięcym wybucha śmiechem.

Zaciąłem się jak młody żak albo stary osioł i nie wyrzekłem słowa.

W ten sposób nawiązaliśmy między sobą znajomość.

Zeszła następnie do mojej altany i zapytała o imię, przedstawiając się równocześnie: Wanda Dunajew.

— Niech się panu zdaje, że przyszła tu... Wenus.

— Łaskawa pani zadziwia mnie odgadywaniem moich tajemnic...

— Nic trudnego... W pańskiej książce znajdowała się podobizna.

— Ach, tak... zapomniałem.

— No, a te uwagi na odwrotnej stronie są bardzo interesujące...

— Naprawdę?

— Wie pan... pragnęłam od dawna poznać prawdziwego fanatyka, tak sobie, dla urozmaicenia, no i — zdaje mi się, że znalazłam...

— Pani... ja istotnie... — zająknąłem się znowu i zarumieniłem po uszy jak szesnastoletni młodzik, chociaż już wówczas nie należałem do młodzików.

— Przeląkł się pan mnie dzisiejszej nocy...

— Właściwie... ale... może pani będzie łaskawa spocząć.

Usiadła przypatrując mi się uważnie. Widocznie zauważyła, że wstrząsa mną dziwny lęk, jak przed jakimś widmem, mimo białego dnia. Sprawiło jej to wielkie zadowolenie, z czym zdradziła się słodkim, ale wyraźnie ironicznym uśmiechem triumfu.

— Pan uważa miłość — odezwała się po chwili — a przede wszystkim kobietę, za coś wrogiego, broni się pan przed nią, ucieka, nie chce pan doznać gwałtownych wzruszeń i cierpień, które ona ze sobą niesie, a które są bez zaprzeczenia rozkoszą. Wie pan o tym i ucieka. Prawdziwie współczesne zasady.

— Pani ich przecież nie podziela.

— Nie podzielam ich — przerwała mi żywo, potrząsając głową tak, aż jej się wzburzyły bujne, rude włosy jak czerwone płomyki. — Ideałem moim jest miłość helleńska, pogodna i bez cierpień i ideał ten staram się urzeczywistniać w mym życiu. W miłość naszych czasów, skrępowaną kodeksami religijnymi, wcale nie wierzę i nie uznaję jej. Niech mi się pan dobrze przypatrzy... Jestem o wiele gorsza od heretyczki, bo jestem... poganką!

Miłość była naturalna tylko w epoce bohaterstwa, kiedy to „bogowie kochali się wzajemnie”. Wówczas „na samo wejrzenie budziła się pożądliwość, a wynikiem jej było użycie rozkoszy”. Wszystko inne jest pańszczyzną, afektacją, kłamstwem. Cywilizacja średniowieczna i nowożytna narzuciła ludzkości walkę ducha ze zmysłami, włączyła ją do rzędu przykazań, czego ja zupełnie nie uznaję i nie mam zamiaru stosować się do tego.

— O tak, dla pani jedyne miejsce jest na Olimpie — odparłem — ale my, ludzie nowożytni, nie jesteśmy w stanie podołać swobodzie pogańskich bogów, zwłaszcza w miłości. My się wzdrygamy na samą myśl, że moglibyśmy dzielić się miłością jednej kobiety, chociażby to była Aspazja; my jesteśmy zazdrośni. Tak na przykład imię wspaniałej Fryne stało się u nas obelgą... Każdy z nas woli biedną, bledziuchną panienkę, która do niego wyłącznie należy, niż starożytną Wenus, która jest wprawdzie piękna pięknością bogów, ale która dziś kocha Parysa, jutro Adonisa, pojutrze znowu kogo innego. Jeżeli jednak natura przezwycięży nas, jeżeli pchani przez płonącą żądzę oddamy się takiej kobiecie, namiętność jej wydaje się nam demoniczną grozą i poczuwamy się, według zwyczaju, do grzechu, który odpokutować należy.

— A zatem i pan sprzysięga się na kobietę współczesną, tę biedną histeryczną istotę, która w wycieczkach somnambulicznych goni za niedoścignionym ideałem, nie potrafi ocenić najlepszego męża i wśród łez i spazmów nie potrafi wypełnić tak zwanych obowiązków, która oszukuje i bywa oszukiwana, szuka wciąż, wybiera i odrzuca, i klnie los i życie, nieszczęśliwa i biedna — zamiast wyznać otwarcie, że chce żyć i kochać jak Helena, jak Aspazja. Nie! Natura nie zna trwałości w stosunku mężczyzny i kobiety.

— Łaskawa pani...

— Pozwól mi pan dokończyć... Jeżeli mężczyzna zagrzebuje kobietę w ukryciu jak skąpiec skarb, to jest to z jego strony szczyt egoizmu. Wszystkie próby usiłujące za pomocą świętych ceremonii, ślubów i kontraktów wprowadzić w zmienną istotę ludzką — trwałość miłości, spełzły na niczym... I czy może pan zaprzeczyć, że dzisiejszy świat pod względem pojęć o miłości przeszedł w sferę... zgnilizny?

— Ale...

— Ale... chcę panu powiedzieć — jednostka, która by się zbuntowała przeciw tym urządzeniom obyczajowym, zostałaby wyklęta, ukamieniowana i spalona na stosie, nieprawdaż? A mimo to ja mam na to odwagę! Moje zasady są prawe, aczkolwiek pogańskie. Chcę wykorzystać życie i rezygnuję zupełnie z waszych obłudnych poglądów, ceniąc wyżej własne szczęście. Wynalazcy małżeństw nierozerwalnych dobrze zrobili, powołując się na nieśmiertelność równocześnie, bo uzasadnili potrzebę obowiązku i ofiary. Ja jednak wcale nie mam zamiaru żyć wiecznie. A jeżeli ja, jako Wanda Dunajew, tracę z ostatnim tchnieniem wszystko, co mam na tej ziemi, to co mi z tego, gdy czysta moja dusza śpiewać będzie w anielskim chórze lub też gdy prochy moje utworzą jakąś nową istotę? Jeżeli więc nie będę wiecznie taką, jaką obecnie jestem, to co mi po tym wszystkim? Z jakiego zresztą względu muszę zaprzeć się samej siebie i zaprzedać się w niewolę mężczyźnie, którego nie kocham, a tylko kochałam kiedyś? Bynajmniej, nie zrezygnuję ze swego szczęścia, pokocham każdego, kto mi się spodoba i uszczęśliwię każdego, kto mnie pokocha. Jestże to brzydkie i złe? Zdaje mi się, że przeciwnie, jest to o wiele piękniejsze, niż gdybym odtrącała bez litości i narażała na cierpienia tych, którzy się do mnie garną. Jestem młoda, bogata i — niech pan tego nie uważa za zarozumiałość — piękna. Żyję więc wesoło i używam świata wedle własnego upodobania.

Podczas tych wynurzeń ująłem bezwiednie jej ręce i nie wiedząc, co z nimi zrobić, niezdara, oczywiście puściłem je szybko.

— Godność pani zachwyca mnie i nie tylko godność, ale... — zacząłem i znów słowa uwięzły mi w gardle, jak wylęknionej pensjonarce.

— Co? Co chciał pan powiedzieć?

— Chciałem powiedzieć... pani daruje... przerwałem pani...

— Co, co?

Zapanowało kłopotliwe milczenie, podczas którego piękna kobieta niezawodnie pomyślała sobie: głupiec.

— Może pani będzie łaskawa objaśnić mnie — zacząłem w końcu — w jaki sposób doszła pani do takich zasad?

— W sposób zupełnie naturalny i prosty. Miałam rozsądnego ojca, który już od kolebki otoczył mnie wizerunkami i kopiami dzieł sztuki antycznej. W dziesiątym roku życia czytałam Ruy Blasa. W dwunastym byłam dojrzała umysłowo i podczas kiedy moje rówieśnice zachwycały się Śpiącymi królewnami, Kopciuszkami itp. — ja uwielbiałam Wenus, Apolla, Herkulesa i Laokoona.

Za męża dostałam człowieka o charakterze pogodnym i słonecznym, który jednak niedługo po ślubie popadł w chorobę nie do wyleczenia. Nie miał on bynajmniej powodów do zazdrości o mnie, nie troszczył się też wiele o to, czy go kocham, wiedział bowiem, że życie nie do niego już należy. Na krótko przed śmiercią kazał mi usiąść koło siebie na łóżku i odezwał się żartobliwie: „No i cóż? Masz już jakiegoś wielbiciela?” Rumieniec oblał mą twarz, chociaż nie pierwszy raz pytał mnie o to, bo w ciągu kilku miesięcy słabości nieraz ten temat poruszał, gdy przykuty do fotela na kółkach siedział i patrzył w moje oczy. Raz nawet dodał: „Nie kłam przede mną, bo to byłoby bardzo nieładnie, lecz poszukaj sobie młodego, pięknego mężczyzny albo nawet i kilku od razu. Jesteś dzielną kobietą, ale równocześnie jesteś także na pół dzieckiem i niezbędne są dla ciebie zabawki”.

Zbytecznym byłoby dodawać, że jak długo on żył, nie miałam żadnego wielbiciela, jemu jednak zawdzięczam to, kim jestem; on mnie wychował na Greczynkę.

— Raczej boginię — wtrąciłem.

— Ba, ale którą? — zapytała z uśmiechem.

— Wenus!

Pogroziła mi palcem i ściągnąwszy brwi dodała:

— Wenus, i to... w futrze... Niech no pan zaczeka... mam bardzo obszerne futro, którym mogę pana w całości przykryć albo raczej ułowić w nie pana jak w sieć...

— Czy pani sądzi — przerwałem jej, gdyż nagle błysnęła mi świetna myśl — czy pani sądzi, że idee jej dadzą się urzeczywistnić w czasach obecnych, że w wieku telegrafów, kolei, mogłaby Wenus ukazywać się tak jak ongiś w Arkadii, bez osłon, w nagiej piękności?

— No, bez osłon nie, ale w futrze? — odpowiedziała z uśmiechem. — Chce pan widzieć moje futro?

— A poza tym...

— Poza tym, co?

— Ludzie mogą być szczęśliwi, pogodni, weseli jak dawni Grecy tylko wówczas, gdy będą mieli niewolników, którzy wykonywaliby za nich codzienne niepoetyczne obowiązki, czyli innymi słowy, którzy by za nich i dla nich pracowali.

— Oczywiście — odparła — bogini olimpijska, za jaką ja chcę się uważać, musi mieć całą armię niewolników. Niechże się więc pan strzeże...

— Dlaczego?

Przeląkłem się samego siebie, gdy wypowiedziałem to śmiałe „dlaczego”. Ona natomiast, rozchyliwszy usta leciutko, tak, że ukazały się dwa rzędy zębów jak perły — spokojnie, z roztargnieniem, jakby chodziło o rzecz zupełnie błahą, szepnęła:

— Chce pan być moim niewolnikiem?

— W miłości nie ma równouprawnienia — odparłem całkiem poważnie — jak długo jednak mam jeszcze przed sobą wybór roli: tyrana lub niewolnika, ta druga wydaje mi się ponętniejsza; chciałbym być niewolnikiem pięknej kobiety, ale czy znalazłbym taką, która zdobyłaby mnie nie drobiazgową kłótliwością, lecz zdołała poważnie i surowo nade mną panować?

— No, to wcale nie byłoby zbyt trudne.

— Sądzi pani...

— Ja na przykład — przerwała mi wybuchając śmiechem i przeciągając się kokieteryjnie — mam talent do despotyzmu. Mam nawet potrzebne ku temu futro, ale pan... pan bał się mnie dzisiejszej nocy.

— Tak, bałem się zupełnie serio.

— No, a teraz?

— Teraz boję się pani jeszcze bardziej...



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Jesteśmy prawie ciągle razem. Ja i Wenus. Rano spożywamy razem śniadanie w mojej altanie, wieczorem herbatę w jej salonie. Mam sposobność rozdrobnienia już i bez tego drobnych moich talentów. Miałem się kształcić tyle lat w kierunku wiedzy i sztuki po to, żebym teraz nie był w stanie podbić serca kobiety...

Kobieta ta jednak imponuje mi ogromnie... Dziś próbowałem ją sportretować i pomyślałem sobie w duchu, jak niefortunną jest dzisiejsza toaleta do tej głowy... Ma ona w układzie rysów mniej rzymskich, a więcej greckich cech.

Mógłbym ją malować jako Psyche albo jako Astarte i stosownie do tego uchwycić wyraz jej oczu: marzycielski, melancholijny lub też przyćmiony, wpółzagasły; ale ona sobie życzy, aby to był wierny portret.

Będę ją więc malował i dam jej futro gronostajowe. Jeżeli bowiem komu należy się płaszcz królewski, to chyba jej.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Wczoraj wieczorem czytałem jej elegie rzymskie, po czym odłożyłem książkę i zadeklamowałem coś z pamięci. Wydawało mi się, że była zadowolona, bo nawet śledziła każde poruszenie moich ust. Pierś jej falowała bardzo szybko. Może się myliłem...

Deszczowe krople uderzały melancholijnie o szyby, na kominku trzaskał ogień, smutno, jak w zimie. Było mi bardzo błogo i zacisznie u niej. Na chwilę nawet straciłem poczucie respektu dla pięknej kobiety i począłem całować jej ręce. Nie broniła.

Potem usiadłem u jej podnóżka i czytałem wiersz napisany do niej:

 
„A więc przed tobą w pokorze uklęknę
I patrzeć będę w oczy twoje piękne
Jako niewolnik. Niech się co chce stanie!
Bierz mnie, ujarzmij, kobieto-szatanie!”


Co było dalej, nie pamiętam, choć pewien jestem, że wówczas naprawdę napisałem po raz pierwszy więcej, niż jedną strofę; niestety, na życzenie Wandy wręczyłem jej rękopis, nie pozostawiając sobie nawet brulionu. Dziś, pisząc pamiętnik, tylko pierwszą zwrotkę zdołałem sobie przypomnieć.

Doznaję bardzo dziwnego uczucia. Wiem, że nie jestem wcale w niej zakochany, nie budzi się we mnie ku niej nawet cień namiętności. Odczuwam jednak, jak jej nadzwyczajna, posągowa piękność działa na mnie powoli i oplątuje mnie, jakby siecią żywych, prężących się węży. Nie czuję do niej żadnej uczuciowej skłonności, tylko... oddaję się w jej moc z wolna, ale pewnie i całkowicie. Cierpienie moje wzmaga się z dniem każdym — a ona... ona na to nie ma nic, prócz śmiechu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dziś ozwała się do mnie zupełnie niespodzianie i bez żadnego powodu:

— Pan mnie zajmuje. Mężczyźni w ogóle są pospolici, bez polotu i poezji. W panu odnajduję pewną głębię i natchnienie, a przede wszystkim powagę która mi imponuje. Rada bym pana...

Po krótkiej, ale gwałtownej burzy odwiedziliśmy razem posąg Wenus na polance w parku. Opary wznosiły się ze zboczy górskich ku niebu jak ofiarne dymy z ołtarzy; na czarnym tle chmur rozpiął się wspaniały łuk tęczy; z drzew spadały grube i ciężkie krople deszczu, ale wróble i zięby skakały już z gałęzi na gałąź, ćwierkając, jakby się czymś ogromnie cieszyły; powietrze miało silny, upajający zapach, jak zwykle w lasach szpilkowych po burzy. Nie mogliśmy przejść przez polanę, bo na kwieciu i trawie ciążyły rzęsiste krople, błyszczące od słońca jak diamenty. Zdawało się, że to jakiś przepyszny kobierzec, tkany drogimi kamieniami, a pośród niego — posąg bogini, którego głowę obsiadły roje komarów, przypominających w słonecznym oświetleniu jakby aureolę.

Wanda była zachwycona. Ponieważ na kamiennej ławce stała we wgłębieniach woda i usiąść nie mogliśmy — Wanda oparła się o moje ramię całym ciałem. Czułem na twarzy ciepło jej oddechu... Sam nie mogę sobie przypomnieć teraz, jak to było, jak się stało... Ująłem jej białą rękę i zapytałem:

— Czy pani mogłaby mnie kochać?

— Dlaczegóżby nie? — odrzekła i spojrzała na mnie spokojnie i pogodnie.

Jak oszołomiony ukląkłem przed nią i zanurzyłem twarz w fałdy jej jedwabnej, ażurowej sukni.

— Ależ, Sewerynie, to nieprzyzwoicie — krzyknęła. Nie zważając na to, chwyciłem jej drobną nóżkę i wycisnąłem na niej pocałunek.

— Pan będzie zawsze nieprzyzwoity — odezwała się znowu i wyrwawszy mi się, pobiegła szybko w kierunku domu, podczas gdy ja pozostałem na miejscu w klęczącej pozycji i trzymałem w ręku drogocenny... pantofelek.

Czyżby to miał być omen?

Przez resztę dnia nie śmiałem nasuwać się jej przed oczy. Pod wieczór dopiero, siedząc w swojej altance, odważyłem się spojrzeć ukradkiem na balkon. Cudna jej główka odbijała wspaniale od zielonego tła bluszczu i dzikiego wina.

— Czemuż pan nie przychodzi? — zawołała niecierpliwie.

Pobiegłem szybko na górę. U drzwi jednak straciłem odwagę zupełnie. Zapukałem bardzo delikatnie, oczekując na słówko „proszę”. Wtem drzwi się otwarły i Wanda, stanąwszy w progu, zapytała:

— Gdzie mój pantofelek?

— Pantofelek... ja... ja... chciałem...

— Niechże mi go pan zaraz przyniesie, ale to zaraz, bo czekam z herbatą...

Po powrocie zastałem ją zajętą samowarem. Złożyłem uroczyście pantofelek na stole i stanąłem w kącie pokornie, jak dziecko, które coś „przeskrobało” i oczekuje klapsów. Zauważyłem w jej twarzy pewną surowość, coś jakby powagę i zarazem groźbę majestatyczną, która mnie zachwyciła. Nagle urocza gospodyni wybuchnęła śmiechem.

— A więc jest pan naprawdę we mnie zakochany, co?

— Tak, pani. I cierpię z tego powodu więcej, niż pani się domyśla.

— Pan cierpi? — zapytała, śmiejąc się ciągle. Czułem się ogromnie zawstydzony, pobity i mały.

— Dlaczego? — mówiła dalej — przecież ja panu życzę dobrze, z całego serca...

Podała mi rękę, patrząc na mnie więcej niż z tkliwością.

— I pani mogłaby zostać moją żoną?

Wanda popatrzyła na mnie... ach, jak ona na mnie popatrzyła! Zdaje mi się, że była w pierwszej chwili zdumiona; potem twarz jej przybrała odcień ironii.

— Jak pan mógł zdobyć się na tyle odwagi?

— Odwagi?

— No, tak, odwagi do ożenku, zwłaszcza ze mną — tu podniosła w górę pantofelek. — Tak szybko zaprzyjaźnił się pan z tym oto przedmiotem? No, ale żarty na bok. Czy rzeczywiście chce pan ożenić się ze mną?

— Tak.

— Ha, w takim razie to trochę poważniejsza sprawa. Zdaje mi się, że pan mnie kocha i ja pana również, a co ważniejsze, że interesujemy się sobą nawzajem... No, jeszcze nie stało się żadne nieszczęście, żeśmy tak prędko do tego doszli. Ale musi pan wiedzieć, że ja jestem kobietą lekkomyślną i właśnie dlatego zapatruję się na małżeństwo... bardzo poważnie. Jeśli podejmę się obowiązków, to będę musiała im podołać. Boję się jednak... nie... to sprawiłoby panu przykrość...

— Proszę, niech pani będzie zupełnie szczera...

— A więc, szczerze mówiąc... mnie się zdaje, że nie potrafiłabym kochać jednego mężczyzny dłużej nad...

Urwała nagle i odwróciła głowę.

— Nad jeden rok — dodałem.

— Co pan mówi? Może nawet niecały miesiąc.

— I mnie również nie dłużej?

— No, pana... niech będzie dwa.

— Dwa miesiące? — krzyknąłem.

— O, dwa miesiące to czas dość długi.

— Pani, to jeszcze coś więcej, niż obyczaje starożytne!

— No, no, nie znosi pan prawdy...

To powiedziawszy, usiadła w fotelu koło kominka i opuściwszy ręce przez poręcz, poczęła mi się bacznie przypatrywać.

— Cóż tedy mam z panem począć? — zapytała po chwili.

— Co pani chce — odrzekłem z rezygnacją — co pani sprawi przyjemność...

— Jest pan niekonsekwentny — zauważyła — dopiero pan błagał, abym została pańską żoną, teraz chce mi się pan oddać jak zabawka...

— Ja panią kocham!

— Masz tobie! Jesteśmy znowu tam, skądeśmy wyszli. Pan mnie kocha i chce poślubić, ale ja znów nie mam zamiaru zawierać drugiego małżeństwa, ponieważ wątpię w trwałość uczuć zarówno pańskich, jak i własnych.

— A gdybym zaryzykował...

— W takim razie pozostaje jeszcze kwestia, czy ja miałabym chęć na to ryzyko — odparła spokojnie. — Wiem o tym dobrze, że mogłabym pozostawać przez całe życie własnością mężczyzny, ale musiałby to być mężczyzna w całym tego słowa znaczeniu, mężczyzna, który by mi imponował, który by zadał mi gwałt i rzucił mnie sobie do nóg, oddaną w zupełności, rozumie pan? Niestety, każdy mężczyzna, skoro tylko się zakocha, jest słaby, podatny, niedołężny, śmieszny, oddaje się w ręce kobiecie z pokorą, na klęczkach, podczas gdy ja mogłabym kochać stale tylko takiego mężczyznę, przed którym ja musiałabym klęczeć. Panu jednak jestem za bardzo życzliwa i dlatego nie miałabym serca rozpoczynać podobnej próby.

W tej chwili padłem jej do nóg.

— Na miłość Boską, pan znowu klęczy — odezwała się szyderczo. — Dobrze pan zaczyna, no, no!

Powstałem zawstydzony, a ona mówiła dalej:

— Dam panu rok czasu na próbę, aby mnie pan zdobył i przekonał, że się jedno drugiemu nadajemy, że moglibyśmy razem żyć do śmierci. Jeżeli się to panu uda — będę pańską żoną, Sewerynie, i to taką żoną, która ściśle podoła podjętym obowiązkom. Przez ten rok będziemy żyli jak... małżeństwo.

Poczułem silny zawrót głowy. I w jej oczach zauważyłem płomień.

— Będziemy mieszkali razem — mówiła dalej — będziemy dzielili ze sobą wszystkie nasze nałogi i przyzwyczajenia, aby się przekonać, czy zgodzimy się nawzajem. Udzielam panu wszystkich praw męża, kochanka i przyjaciela. Jest pan zadowolony?

— Muszę.

— Pan nie musi.

— A więc chcę...

— Znakomicie! Tak mówi prawdziwy mężczyzna. Oto moja ręka!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Upłynęło dziesięć dni. Nie odłączałem się od niej ani na godzinę, oczywiście jednak z wyłączeniem nocy. Mogłem patrzeć ustawicznie w jej oczy, pieścić jej ręce, włosy, wsłuchiwać się w melodię jej głosu, towarzyszyć jej wszędzie. Miłość moja wydaje mi się niezgłębioną przepaścią, w którą lecę w szalonym biegu, i z której nikt mnie już nie wydobędzie.

Dziś po obiedzie odpoczywaliśmy razem na polance u stóp posągu. Zrywałem kwiaty i rzucałem jej na łono, wiłem wianuszki, którymi uwieńczyliśmy głowę bogini.

Nagle Wanda spojrzała na mnie wzrokiem tak szczególnym, tak prawie obłąkanym, że aż przeszedł mnie dreszcz namiętności od stóp do głów. Nie panując zupełnie nad sobą objąłem ją wpół i przycisnąłem rozpalone usta do jej ust. Nie broniła się — przeciwnie, przycisnęła mnie mocno do piersi.

— Pani się nie gniewa? — zapytałem po chwili.

— Nie mogę się gniewać o to, co jest naturalne — odpowiedziała — obawiam się jednak... pan cierpi.

— O, cierpię straszliwie.

— Biedaku! — odpowiedziała, odgarniając mi włosy z czoła — mam nadzieję, że nie z mojej winy.

— Nie! Jednakże... miłość moja do pani wyradza się w pewien obłęd. Myśl, że mógłbym panią utracić, i że może w istocie utracić panią muszę, dręczy mnie dzień i noc. — Ależ pan mnie jeszcze wcale nie posiada... Skąd można obawiać się o utratę tego, czego się wcale nie posiada? — odpowiedziała patrząc na mnie wzrokiem przenikliwym aż do dna duszy.

Potem podniosła się i złożyła wianuszek z bławatków na skroni Wenus.

Prawie bezprzytomnie chwyciłem ją wpół.

— Nie mogę dłużej żyć bez ciebie, o piękna! — szeptałem — tylko zechciej uwierzyć, to nie frazesy, nie urojenia. Czuję w głębi duszy, jak życie moje splata się z twoim; jeżelibyś mnie opuściła, zginę marnie.

— Ależ to zupełnie zbyteczne, gdyż ja cię kocham, człowieku — odpowiedziała na to, biorąc mnie za podbródek — człowieku... głupi...

— Ale ty chcesz być moją tylko pod pewnymi warunkami, podczas gdy ja należę do ciebie bez żadnych zastrzeżeń.

— To źle, Sewerynie — odparła niemal tym przelękniona — pan mnie jeszcze nie zna. Czemu więc pan nie stara się mnie poznać? Będę dobra, jeżeli tylko będziesz umiał obchodzić się ze mną rozsądnie; lecz jeżeli zanadto mi się oddasz, mogę się stać nieznośna.

— Wszystko jedno, bądź nieznośna, bezwzględna — zawołałem w uniesieniu — wszystko jedno, tylko bądź moja, moja na zawsze!

Ukląkłem przed nią i objąłem jej nogi.

— To niedobrze się skończy, mój przyjacielu — odrzekła poważnie, nie okazując śladu wzruszenia.

— O, to właśnie nie powinno się nigdy skończyć — odparłem podniecony silnie — tylko śmierć zdoła nas rozłączyć! Jeżeli nie zechcesz zostać moją w zupełności i na zawsze, będę twoim niewolnikiem, będę ci służył, wszystko od ciebie znosił, tylko nie odpychaj mnie!

— Opamiętaj się pan nareszcie — szepnęła, pochyliła się nade mną i ucałowała w czoło. — Jestem panu życzliwa z całego serca, ale nie tędy droga do zdobycia mnie, ujarzmienia.

— Uczynię wszystko, czego pani tylko zażąda, wszystko, aby tylko pani nie utracić — zawołałem. — Myśli tej opanować, znieść nie mogę.

— Niechże pan wstanie. Usłuchałem rozkazu.

— Z pana istotnie dziwny człowiek — mówiła Wanda. — A zatem chce mnie pan posiadać za wszelką cenę?

— Tak, za wszelką cenę.

— Jaką jednak wartość będzie to miało, jeżeli na przykład przestanę pana kochać i będę należała do kogoś innego?

Doznałem wrażenia, jakby mnie kto obuchem w głowę uderzył. Spojrzałem na nią. Stała nieruchomo, pewna siebie. Oczy jej wydawały zimny, stalowy blask.

— Proszę — odezwała się po chwili — przeląkł się pan na samą myśl o tym.

— Rozumie się. Jeżeli sobie wyobrażę coś podobnego, ogarnia mnie groza. Kobieta, którą kocham i która mnie kocha, miałaby bez litości dla mnie oddawać się komuś innemu... W takim razie jeden tylko miałbym wybór przed sobą... Jeżeli tę kobietę kocham bezgranicznie, do szaleństwa, czyż miałbym obrócić się do niej plecami i w pełni życia, młodości, w łeb sobie palnąć z rozpaczy?... Mam dwa ideały kobiece. Jeżelibym nie znalazł kobiety szlachetnej, uczciwej, dobrej, która chętnie dzieliłaby ze mną losy i była mi wierna i oddana, to w takim razie wolałbym się oddać kobiecie pozbawionej cnoty, uczciwości, wiary, jednym słowem wszystkiego, lecz za to despotycznej i groźnej. Kobieta podobna jest również moim ideałem. Tamta więc, albo ta, nic pośredniego. Jeżeli nie miałbym szczęścia, które dozwalałoby mi wychylić kielich miłości do dna, byłbym zdecydowany zaznać wszystkich męczarni i boleści, aż do zapomnienia się. Gotów byłbym poddać się wszystkim katuszom, jakie zadawałaby mi kochana przeze mnie kobieta, a więc udręce, zdradzie, wszystkiemu. To byłoby również dla mnie pewnego rodzaju... szczęście.

— Pan nie jest przy zdrowych zmysłach! — przerwała mi Wanda.

— Kocham panią z całej duszy — ciągnąłem dalej — wszystkimi moimi zmysłami, istotnie do szaleństwa i nie wyobrażam sobie życia inaczej, jak tylko w obecności pani, w tej samej atmosferze, która panią otacza. Niech więc pani raczy wybrać jeden z dwu moich ideałów i uczyni ze mnie, co chce, męża albo... niewolnika.

— A zatem dobrze — odrzekła marszcząc nieznacznie brwi. — Mam wziąć w zupełne posiadanie człowieka, który mnie zajmuje i który mnie kocha... Doprawdy, to aż zanadto zabawne... W najgorszym razie będę miała sposobność zabicia nudy... O, tak! Postąpił pan bardzo nierozsądnie, dając mi wybór. Wybieram więc i żądam, aby pan był... moim niewolnikiem; uczynię sobie z pana wkrótce zabawkę.

— Niechaj więc pani to uczyni — odpowiedziałem na pół oszołomiony. — Jeżeli małżeństwo ma być oparte na równowadze i wspólnocie myśli, przekonań i dążeń dwu biegunów, dwu różnych elementów, to musi wywiązać się zeń miłość namiętna i nie zwalczona niczym. My dwoje właśnie stanowimy dwa takie przeciwstawne elementy, wzajemnie niemal wrogie i groźne. Zwłaszcza ja odczuwam po części lęk i grozę. W takich stosunkach jedno tylko może być młotem, a drugie musi być kowadłem — ja z góry decyduję się na to ostatnie. Już z natury jestem takiego usposobienia, że nie znalazłbym wcale szczęścia, gdybym na swoją ukochaną patrzył z wyższością. Wolę być niższym i podległym, wolę kobietę ubóstwiać w trwodze i niepokoju — ale musi to być kobieta groźna i silna!

— Panie Sewerynie — przerwała mi Wanda z odcieniem gniewu — czy sądzi pan, że byłabym zdolna do maltretowania człowieka, który by mnie tak kochał, jak pan?

— Jeżeli ja panią o to błagam... Wszak można kochać prawdziwie wówczas, gdy kobieta przewyższa nas pięknością, temperamentem, umysłem, siłą woli — jednym słowem, gdy zdolna jest do największego despotyzmu.

— A zatem, to co odstrasza innych, to pana pociąga, czyż nie tak?

— Istotnie. Jest to właśnie moja szczególna cecha.

— Ha, ostatecznie... należałoby się zgodzić na pańskie upodobania i nie uważać ich za tak bardzo skrajne, bo każdy zdoła odczuć, że między zmysłowością a okrucieństwem niedaleka granica.

— Tak, uczucie to jest u mnie wielce rozwinięte.

— Widzę więc, że u pana rozsądek nie odgrywa wielkiej roli. Jest pan naturą zmysłową na wskroś i bardzo podatną...

— Za pozwoleniem... czy męczennicy byli także usposobienia podatnego, miękkiego?

— Męczennicy?

— A tak. Oni przecież byli ludźmi nadzmysłowymi, którzy cierpienie uważali za rozkosz, poddawali się katuszom, a nawet śmierci, z taką samą pogodą ducha, jak inni oddają się zabawom i uciechom. Takim jestem ja — madame.

— No, no, niech pan tylko uważa, aby pan istotnie nie stał się męczennikiem miłości, albo co jeszcze gorsze, męczennikiem kobiety.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


W łagodny letni wieczór byliśmy sami na balkonie, mając nad głową zielone sklepienie pnących się roślin, poza którym rozpościerał się pogodny firmament, lśniący milionami gwiazd. Z parku dolatywał nas szmer jodeł i „muzyka”... zakochanych kotów. Leżałem u jej stóp na rozciągniętym futrze i opowiadałem jej dzieje swojej młodości.

— Już wówczas objawiała się u pana ta osobliwość? — pytała Wanda.

— Tak. Opowiadała mi matka, że już w kołysce zdradzałem pewną anormalność. Nie przyjąłem wcale pokarmu zdrowej i tęgiej mamki, czując do niej zapewne odrazę i musiano mnie karmić kozim mlekiem.

Będąc małym chłopcem okazywałem wielce zagadkowy wstyd wobec kobiet, uciekając od nich z przeczuciem, że są to istoty wrogie. Czułem też niewytłumaczoną trwogę w kościele, patrząc w urocze jego sklepienie lub na ponure ołtarze. Natomiast skradałem się potajemnie do posążka Wenus, stojącego w bibliotece mego ojca. Klękałem przed nią i modliłem się, jak tylko umiałem, zazwyczaj odmawiając zwykły pacierz, Ojcze nasz, Zdrowaś i Wierzę.

Pewnego razu opuściłem łóżko w nocy i udałem się w odwiedziny do tej dziwnej przyjaciółki. Światło księżyca wpadało strugą przez okno i oświetlając posąg nadawało mu wyraz boskości. Wówczas padłem przed boginią na kolana i całowałem jej stopy, podobnie jak wieśniacy całują stopy Zbawiciela na krzyżu. Ogarnęła mnie ogromna tęsknota. Powstałem, objąłem martwy posąg ramionami i począłem całować zimne usta. Nagle spłoszył mnie jakiś szmer w pobliżu — uciekłem i do rana nie mogłem zasnąć, bo mi się zdawało, że bogini stoi nade mną i grozi mi podniesioną w górę pięścią.

Do szkoły wysłano mnie w dość wczesnym wieku, tak że w gimnazjum byłem najmłodszy. Ogromne wrażenie wywarła na mnie mitologia grecka, którą zająłem się więcej niż religią. Wkrótce wyrobiłem sobie kult bóstw greckich, widziałem w bujnej fantazji płonącą Troję, towarzyszyłem Odyseuszowi w jego romantycznych wycieczkach — słowem cały świat starożytnej Grecji wywarł na mojej młodzieńczej duszy głębokie ślady. Podczas gdy moi koledzy oddawali się przy każdej sposobności pustym wybrykom, ja nosiłem w sercu słoneczne ideały, czując równocześnie wstręt do wszystkiego, co pospolite, niskie i brzydkie. Nic dziwnego więc, że w latach młodzieńczych uważałem za rzecz niską i pospolitą — miłość do kobiety, oczywiście miłość taką, jak ją wówczas pojmowałem. Wobec tego unikałem o ile możności zetknięcia się z płcią piękną, słowem — pogardzałem miłością zmysłową aż do przesady.

Matka moja przyjęła kiedyś — liczyłem wówczas czternaście lat — bardzo przystojną, młodą pokojówkę. Gdy pewnego ranka zagłębiałem się chciwie w dziełach Tacyta, podziwiając cnoty starych Germanów, urocza dziewczyna sprzątała w pokoju i nagle ni stąd, ni zowąd przystąpiła ku mnie i ucałowała mnie siarczyście w same usta. Uczułem w tej chwili niewysłowione uczucie rozkosznego dreszczu; mimo to zasłoniłem się książką jak tarcza przed uwodzicielką i uciekłem z pokoju.

Wanda wybuchnęła śmiechem: w istocie jest pan osobą, która szuka swego odpowiednika... No, ale mów pan dalej.

— Nie zapomnę nigdy innej znowu sceny z czasów mojej młodości — opowiadałem w dalszym ciągu. — Hrabina Sobol, moja daleka krewna, przybyła do moich rodziców w odwiedziny. Była to majestatycznie piękna kobieta, pełna uroku i wdzięku. Mimo to żywiłem do niej wielką urazę, bo uchodziła w rodzinie za Messalinę. Byłem więc wobec niej w wysokim stopniu niegrzeczny i rażąco nieprzyjazny. Gdy pewnego razu rodzice moi wyjechali po sprawunki do pobliskiego miasta, ona, zostawszy w domu, wzięła sobie do pomocy kucharza i służącą, wpadła do mego pokoju i ni stąd, ni zowąd, wzięła mnie w swoje obroty, wymierzając mi siarczyste baty, tak że pod wpływem bolesnych razów musiałem wreszcie prosić ją na klęczkach o litość i pocałować potem w rękę z wdzięczności za wymierzoną karę. Wypadek ten zmienił mnie nie do poznania. Od tej bowiem chwili, gdy piękna kobieta wychłostała mnie, uczułem w sobie budzące się zmysły i żądze, przede wszystkim do niej samej. Zdawało mi się, że to jakaś bogini groźna, lecz piękna i pełna powabu.

Cały mój katonizm, odraza do kobiet były więc niczym innym, jak tylko stłumionym pożądaniem kobiecego piękna. Zmysłowość zajęła w mojej duszy pierwszorzędne miejsce. Poprzysiągłem sobie wszystkie najsubtelniejsze uczucia miłosne ofiarować nie zwykłej kobiecie, lecz istocie idealnej, najwyższemu bóstwu miłości.

Na uniwersytet zacząłem uczęszczać w wieku dość młodym, we Lwowie, gdzie właśnie owa krewna mieszkała stale. Pokój mój kawalerski przypominał urządzenie sceny z pierwszego aktu Fausta. Zgromadziłem w nim najrozmaitsze rupiecie, kupowane od handełesów na Zarwanicy, jak globusy, szkielety, czaszki, mapy, wypchane ptaki, stare księgi... w nieładzie tym można było śmiało oczekiwać, że ze stosów książek i szkieletów wyłoni się tajemna postać Mefistofelesa, tak jak się to przydarzyło uczonemu bohaterowi niemieckiego poety.

Studiowałem wówczas bez żadnego systemu i wyboru: historię, filozofię, prawo, astronomię, literaturę, chemię, fizykę. Czytałem Homera, Wergiliusza, Woltera, Moliera, Szekspira, Goethego, Biblię, Koran — i stawałem się z dnia na dzień coraz bardziej marzycielski i oszołomiony. Pieściłem też w marzeniach idealną postać kobiety, pojawiającą się w otoczeniu amorków na posłaniu z róż i kwiecia. Wizja taka przybierała zawsze inny wyraz twarzy. Raz była blada jak marmurowa Wenus, to znowu czerstwa i rumiana jak... moja daleka krewna hrabina Sobol.

Pewnego ranka, po przebudzeniu się ze snu, w którym ukazała mi się znowu w obłocznych moich marzeniach jak duch słoneczny, pełna wdzięku i majestatu — udałem się do hrabiny z wizytą. Przyjęła mnie nader życzliwie i serdecznie, i na powitanie uściskała namiętnie, całując mnie przy tym. Liczyła ona w tym czasie około czterdziestki, ale żyjąc w dobrobycie, zadbana, wyglądała jeszcze wspaniale. Ubrana była w aksamitny szlafrok niebieskiego koloru, bogato garnirowany. Na pierwszy rzut oka nie spostrzegłem wcale owej surowości i powagi, jaką się odznaczała dawniej, w czasie pobytu u moich rodziców — przeciwnie, okazała się dla mnie zbyt może łaskawa i pozwoliła nawet, bez zbytnich ceremonii, abym ją kokietował.

Oczywiście mądra i doświadczona kobieta domyśliła się od razu, że jestem jeszcze niewinny i że w sercu moim młodym drzemią wysubtelnione uczucia. Postanowiła tedy wykorzystać sposobność i uszczęśliwić mnie. I byłem istotnie wniebowzięty. Z niewysłowioną rozkoszą klęczałem u jej stóp, patrząc godzinami na jej białe ręce i okrywając je pocałunkami, te ręce, które wymierzyły mi ongiś dotkliwą chłostę. Byłem zakochany w bieli i delikatności tych rąk. Bawiłem się nimi jak dziecko zabawką, chowałem je w puch futra, podnosiłem do światła, przyglądałem się im w różnych pozycjach, przyciskałem je do serca, oszałamiałem się ich ciepłem i drżeniem.

Wanda spojrzała mimo woli na swoje ręce i roześmiała się.

— Zadurzyłem się więc, jak pani słyszy, w rączkach pięknej kobiety, które wymierzyły mi dawniej chłostę. Tak samo w dwa lata później zakochałem się w młodej aktorce, która grywała role kobiet cnotliwych, a właściwie zakochałem się nie w niej, tylko w postaciach, które ona na scenie tworzyła. Niedługo potem spotkałem w życiu bardzo bogobojną i cnotliwą osóbkę, objawiającą w życiu te same dodatnie strony charakteru, co aktorka na scenie. Ideał mój znalazł więc urzeczywistnienie i oddałem mu się całą duszą po to niestety, aby się w zbyt krótkim czasie haniebnie rozczarować. Ideał mój, jak się dowiedziałem, utrzymywał stosunki miłosne z pewnym bogatym Żydem.

To rozczarowanie wpłynęło na mnie tak dalece, że odtąd nienawidzę wszystkich cnotliwych, podających się za wzorowo i obyczajnie wychowane, a marzycielskich i poetycznych kobiet. Szukam więc ideału innego pokroju. Niechaj mi pani wskaże kobietę, która miałaby odwagę wyznać mi wprost: „Jestem hrabiną Pompadour, albo Lukrecją Borgią”, a oddam się jej w zupełności.

Wanda zerwała się.

— Pan posiada wyjątkowy talent pobudzania fantazji, rozstrajania nerwów i rozpalania krwi. Otacza pan błędy aureolą, jeżeli tylko są one popełniane z honorem — ideałem pańskim jest śmiała, genialna kurtyzana. No, no, pan może zdemoralizować kobietę na wskroś!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Około północy zapukał ktoś do mego pokoju. Wstałem i otworzywszy okno — oniemiałem ze zdziwienia. Na dworze stała, odziana w futro... Wenus!

— Swoimi opowiadaniami podniecił mnie pan do tego stopnia, że absolutnie zasnąć nie mogę — mówiła do mnie szeptem — niechże więc pan przyjdzie do mnie i dotrzymuje mi towarzystwa, bo naprawdę obawiam się o siebie.

— Z całą przyjemnością zastosuję się do życzenie pani. Zastałem Wandę dygocącą przy kominku, na którym roznieciła ogień.

— Zimne są noce w górach — odezwała się. — Chociaż nie będzie to dla pana przyjemne, nie mogę się pozbyć futra tak długo, dopóki w pokoju się nie ociepli.

— Ej, filut z pani... Przecież pani wie... — wybąknąwszy to, ucałowałem z całych sił nadobną przyjaciółkę.

— Naturalnie, że wiem, ale — skąd u pana to zamiłowanie do futer?

— To u mnie wrodzone. Już w dzieciństwie zdradzałem to upodobanie. Futra wywierają na osobach nerwowych wrażenie bardzo silne, co zresztą jest zupełnie naturalne. Jest w nich wdzięk, któremu trudno się oprzeć. Nauka wykazała pewne ścisłe pokrewieństwo między ciepłem a elektrycznością i analogię ich działania na organizm człowieka.

Tak na przykład w strefie gorącej ludzie są ogromnie namiętni; z drugiej strony stwierdzono, że sierść zwierząt z rodziny kotów zdolna jest wywoływać iskry elektryczne. Tym się też tłumaczy szczególne zamiłowanie do kotów u takich ludzi jak Mahomet, kardynał Richelieu, Crebillon, Rousseau, Wieland, no i prawie wszystkie stare panny.

— A zatem kobieta odziana w futro nie jest niczym innym, jak tylko wielkim kotem lub tygrysem, albo raczej baterią elektryczną?

— Niezawodnie. Tak sobie też tłumaczę znaczenie symboliczne gronostajów na barkach królewskich. Jest to oznaka potęgi; u kobiet będzie ona potęgą piękności. Tej samej myśli byli zapewne genialni mistrzowie pędzla, którzy tak monarchów, jak i boginie piękności dekorowali na swych płótnach obfitością gronostajów. Na przykład Rafael malował w ten sposób boską Fornarinę, albo Tycjan swoją ubóstwianą kobietę.

— Dziękuję za taką miłość, która wynika z rozumienia naukowego — przerwała mi Wanda. — Pan jednak nie powiedział mi jeszcze wszystkiego... Pan przywiązuje do futra jeszcze jakieś szczególne znaczenie.

— Tak, mówiłem już o tym pani, że znajduję osobliwą rozkosz w cierpieniu, jakie zadać mi może kobieta despotyczna, odziana w gronostaje — po królewsku. Kobieta taka budzi we mnie piekielną namiętność. Widzę ją jako duszę okrutnika Nerona wcieloną w piękną postać Fryne, odzianej w gronostaje. To mój najwyższy ideał miłości.

— Pojmuję. Płaszcz gronostajowy dodaje kobiecie istotnie królewskiego majestatu.

— To jeszcze nie wszystko — ciągnąłem dalej. — Dowiedziała się pani już ode mnie, że jestem człowiekiem nadzmysłowym, że u mnie wszystko, co wiąże się z miłością, czerpie pierwiastki ożywcze z dziedziny fantazji i dziwacznych urojeń. Uroiłem sobie mianowicie, już od zarania życia, że prawdziwą rozkosz może sprawić tylko męczarnia zadana przez piękną kobietę, oczywiście męczarnia taka, jaką z pieśnią na ustach ponosili męczennicy paleni na stosach, przybijani do krzyży, nabijani na pale. W tym jest najpiękniejsza poezja i szczyt ziemskiej szczęśliwości — to mój kult od lat wypieszczony.

W zmysłowości upatrywałem coś świętego, w pięknie kobiecym widziałem boskość, której najszczytniejszym zadaniem jest macierzyństwo. Kobieta przedstawiała mi się jako uosobienie przyrody, bogini Iris, której kapłanem i niewolnikiem jest mężczyzna. Wydawało mi się, że ona jest jego nieprzyjaciółką, począwszy od chwili, gdy staje się jej zbędnym — że odrzuca go tak, jak przyroda to wszystko, co już zużyła, chociaż on ubóstwiać jej nie przestaje nigdy.

Zazdrościłem królowi Guntherowi, którego w noc poślubną gwałtowna Brunhilda wzięła w pęta.

Zazdrościłem trubadurowi, którego miła i łagodna pani kazała zaszyć w wilczą skórę i polowanie na niego urządziła jak na dzikie zwierzę.

Zazdrościłem wreszcie rycerzowi Etyrardowi, co wpadł w sieci amazonki Szarki i został uprowadzony do zamku, gdzie, po nasyceniu się jego pieszczotami, kazała go groźna bohaterka łamać kołem.

— Wstrętne to wszystko — przerwała Wanda. — Życzyłabym panu, żeby się pan dostał w ręce takiej okrutnicy, która zaszyłaby pana w skórę wilka i urządziła na pana polowanie. Inaczej śpiewałby pan, wpleciony na przykład w koło, niż obecnie. Odechciałoby się panu takiej poezji.

— Tak pani sądzi? Ja jestem przeciwnego zdania.

— Pan jest szaleńcem!

— Możliwe. Proszę jednak posłuchać dalej. Najmilszą lekturę stanowiły dla mnie te karty z historii, które opisują srogie katusze, zadawane przez brutalnych tyranów ich ofiarom, lub męki i tortury św. Inkwizycji. Wreszcie zajmowałem się ze szczególnym upodobaniem źródłowymi traktatami historycznymi o tego rodzaju despotycznych, po części ukoronowanych, kobietach jak Libusza, Lukrecja Borgia, Agnieszka Węgierska, królowa Małgorzata, Isabeau, sułtanka Roksolana i inne. Portrety tych wszystkich królewskich piękności ozdobione są gronostajami.

— To dlatego na widok tych gronostajów budzi się w panu taka dzika fantazja! — zawołała Wanda, otulając się w swój płaszcz kokieteryjnie w ten sposób, że odsłaniała dyskretnie marmurową pierś i ramiona. Jakże więc wydaje się panu teraz? Odczuwa pan męczarnie wbijanego na pal męczennika?

Spojrzała na mnie tak dziwnie przenikliwie, iż zdawało mi się, że oczy jej błysnęły zielonym złowrogim blaskiem — jak u tygrysa. Wystarczyło to zupełnie, aby mnie oszołomić. Rzuciłem się jej w objęcia, szepcąc:

— Tak, pani wzbudziła we mnie długo drzemiącą namiętność...

Objęła mnie za szyję i odpowiedziała półszeptem:

— A więc mam być ową wymarzoną bohaterką...

— I właścicielką swego niewolnika, który panią kocha do szaleństwa.

— Która za to będzie pana dręczyć nielitościwie...

— Chociażby mnie kazała wiązać, chłostać, deptać po mnie... wszystko jedno...

— I zdradzać pana, dla innego mieć pieszczoty — dla pana tylko chłoszczącą rękę... Podoba się to panu?

Przeląkłem się okropnie.

— Pani zaczyna mi imponować...

— My, kobiety posiadamy talent w wynajdywaniu męczarni dla mężczyzn i niech się pan strzeże, aby marzenia jego istotnie nie stały się rzeczywistością, aby kobieta naprawdę nie uczyniła z pana największego nieszczęśliwca pod słońcem.

— Jestem zdecydowany. Ideał swój widzę obecnie przed sobą, dotykam go rękoma i oczekuję rozkoszy, jakie mi w każdej chwili gotów zadać...

— Jak to? To miałabym być ja? — krzyknęła Wanda, zrywając się. — Czy pan oszalał?

Poczęła biegać po pokoju i śmiać się tak złośliwie i szyderczo, że uciekłem natychmiast, omal nóg sobie na schodach nie połamawszy. Śmiech jej dolatywał do mnie aż na dół, do mego mieszkania.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


— A zatem obstaje pan jeszcze przy tym, abym była ucieleśnionym pańskim ideałem — pytała mnie Wanda, gdyśmy się spotkali następnego dnia w parku.

Z początku nie mogłem zdobyć się na żadną odpowiedź, walczyłem z samym sobą. Ona tymczasem usiadła na kamiennej ławce i bawiąc się zerwanvm kwiatkiem powtórzyła:

— A więc?

Ukląkłem przy niej i ująłem jej ręce.

— Błagam panią na wszystkie świętości, aby zechciała pani być moją ukochaną, kochającą i wierną żoną. Jeżeli pani nie może się na to zdobyć — wówczas niech pani przemieni się w mój wymarzony ideał, w boginię straszną i srogą, bez żadnej litości, bez żadnych względów.

— Powiedziałam panu przecież, że gotowa jestem oddać panu rękę i serce po upływie roku, jeżeli się przekonam, że pan jest takim mężczyzną, jakiego szukam — odparła poważnie Wanda. — Sądzę jednak, że pan byłby mi bardzo wdzięczny, gdybym przyczyniła się do urzeczywistnienia jego mrzonek... Proszę tedy wybierać — jedno z dwojga.

— Mnie się zdaje, że pani posiada wszystkie warunki ku temu, aby się stać tym, o czym ja marzę.

— A jeżeli się pan myli...

— O, nie. Przekonałem się, że nieograniczona władza nade mną sprawiałaby istotnie pani przyjemność.

— Nie, nie — zaprzeczyła żywo i zamyśliła się na chwilę. — Sama siebie nie rozumiem, nie pojmuję i jestem zmuszona uczynić panu wymówkę. Pan wypaczył moje poglądy, roznamiętnił mnie chorobliwie tak, że zaczynam nabierać upodobań owych wykolejonych seksualnie kobiet, o których mi pan ciągle wspomina. Coś mnie ciągnie w tę przepaść, coś mnie zmusza do podobnych wybryków i szaleństw... A zresztą — jeżeli już pan tak chce — będę pańską margrabiną Pompadour, ale tak tylko w miniaturze.

— Nareszcie decyduje się pani — przerwałem podniecony. Dobrze więc, ale pani musi w zupełności popuścić cugli swej naturze. Tu nie wystarczy nic połowicznego, albo będzie pani dla mnie ubóstwianą, kochającą, wierną żoną, albo demonem przewrotności i zła.

Nie zdawałem sobie wręcz sprawy z tego, co mówiłem. Opanował mnie szał, począłem drżeć jak w febrze; to jedno tylko sobie przypominam, że całowałem jej stopy bez opamiętania, czemu ona w końcu gniewnie się sprzeciwiła.

— Jeżeli mnie pan kocha — odezwała się do mnie poważnie — to proszę nigdy już mi o tym nie wspominać, rozumie pan, nigdy! W końcu mogłabym istotnie...

Urwała, wybuchając śmiechem.

— Mówię zupełnie serio, że kocham panią nad życie i jestem gotów znieść wszystkie próby, na jakie by mnie pani wystawiła, byle tylko znajdować się zawsze w obecności pani i patrzeć w jej piękną, boską twarz.

— Sewerynie, ostrzegam pana raz jeszcze.

— Ostrzeżenia są zbyteczne. Może pani uczynić ze mną, co zechce, tylko niech mnie pani nie odpędza od siebie.

— Ależ... proszę o tym pamiętać, że jestem kobietą lekkomyślną i młodą, i jeżeli pan odda mi się tak bez zastrzeżenia, to bardzo łatwo uczynię sobie z pana przedmiot igraszki. Któż pana wówczas obroni, kto podźwignie z przepaści, z której nie ma powrotu?

— Pani sama.

— Gwałt przeobraża człowieka.

— Niechaj więc pani przeobrazi się i podepce mnie silną stopą.

Wanda oparła ręce na moich ramionach i patrząc mi badawczo w oczy, odezwała się:

— Obawiam się Sewerynie, że nie zdołam cię uszczęśliwić tak, jak bym pragnęła, ale — spróbuję, gdyż kocham cię, jak nikogo na świecie.

Tego samego dnia Wanda udała się na bazar, zabierając oczywiście mnie ze sobą i zażądała nahajki.

— Taka wystarczy? — odezwał się kupiec, podając jej rzemienną nahajkę na krótkim trzonku.

— Mogłaby wystarczyć — odrzekła Wanda, spoglądając znacząco na mnie — ale wolę większą.

— Życzy sobie pani taką na buldoga?

— Proszę pokazać.

Wybierała dość długo, aż wreszcie znalazła odpowiedni bat, na którego widok ciarki mnie przeszły.

— Do widzenia, Sewerynie — rzekła do mnie. — Mam jeszcze poczynić pewne sprawunki i żenowałoby to pana, gdyby był pan przy kupnie obecny.

Pożegnałem ją posłusznie, przechadzając się w kierunku domu, tam i na powrót. Niebawem nadeszła moja ubóstwiana i przywołała mnie skinieniem ręki.

— Kupiłam na pana to, czego się pan tak ustawicznie domaga.

— Jestem za to bardzo wdzięczny.

— Doprawdy, nie mogę pogodzić się z tą myślą. Jesteś nikim innym, jak tylko szaleńcem.

— Albo twoim niewolnikiem.

— Czuję jednak jakąś dziwną żądzę w sobie, żądzę znęcania się nad tobą tak, jak tego pragniesz. Lecz co ty biedaku poczniesz, gdy naprawdę, ale to naprawdę stanę się katem dla ciebie, jak tyran Dionizjusz, który kazał wynalazcę żelaznego wołu wsadzić naprzód do wnętrza tej bestii i piec, aby się przekonać, czy jęki męczonego podobne będą do ryku zwierzęcia. A nuż ja będę takim Dionizjuszem?

— Bądź nim — jestem na to przygotowany. Należę do ciebie w zupełności, czy będziesz dobra, czy zła, piekielna, szatańska...


,,Mój najdroższy!

Nie życzę sobie wcale, abyś się ze mną widział dziś i jutro. Możesz do mnie przyjść dopiero pojutrze wieczorem, już jako mój niewolnik.

Twoja władczyni Wanda”.


Słowa: „Jako mój niewolnik” były na bilecie podkreślone. Przeczytałem to kilka razy z rzędu i następnie wybrałem się na dłuższą wycieczkę w góry, aby tam wśród prześlicznej przyrody zagłuszyć w sobie tęsknotę do mojej ukochanej i wymarzonej kobiety. Powróciłem dopiero na trzeci dzień, głodny, zmęczony i niewyspany. Mimo to przebrałem się natychmiast w strój wizytowy i udałem się o oznaczonej godzinie do niej.

Zastałem ją stojącą na środku pokoju. Widocznie spodziewała się mego nadejścia, bo była ubrana stosownie i w dodatku miała na sobie, zarzucony, ów płaszcz gronostajowy.

— Wando! — krzyknąłem od progu oczarowany jej pięknością i chciałem rzucić się jej na szyję.

— Niewolniku! — odpowiedziała, odpychając mnie od siebie brutalnie.

— Och, tak, władczyni moja — poprawiłem się i ukląkłem, całując brzeg jej sukni.

— Tak, to co innego.

— Jesteś zachwycająca.

— Podobam ci się, co?

— Niezmiernie — do szaleństwa. Jestem istotnie szalony.

— A więc dobrze, bądź szalony i podaj mi nahajkę. Rozejrzałem się po pokoju, gdy wtem ona rozkazała:

— Albo nie — zostań tak, na klęczkach!

Zbliżyła się do kominka, gdzie na gzymsie wisiała rzemienna nahajka. Chwyciła ją, machnęła kilka razy w powietrzu i zamierzyła się na mnie.

— No? Proszę!

— Koniecznie?

— Jeżeli ci to sprawia przyjemność...

— A jeżeli nie, głupcze...

— Ale ja błagam cię o to.

— Skoro tak ...

Uderzyła mnie dwa razy po plecach.

— No?

— To nic nie znaczy.

— Nic? Poczekaj.

I poczęła mnie chłostać z całej siły tak, że wiłem się z boleści.

— Czy jeszcze nie dosyć?

— Nie.

W odpowiedzi kopnęła mnie nogą, aż się przewróciłem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Noc minęła mi w gorączce na dręczących rozmyślaniach i majaczeniach o tym, co zaszło. Zerwałem się z łóżka równo ze świtem.

A zatem zostałem wychłostany ręką kobiety i to tak, że czuję jeszcze bolące pręgi na grzbiecie! Tak ziściły się moje sny, moje chorobliwe marzenia! Doznałem tej szaleńczej rozkoszy z jej ręki...

Czuję pewne zmęczenie — a jednak myśl o tym wypadku pobudza mnie i podnieca. Kocham ją, ach, jak ja ją kocham, jak wiele znajduję dla niej miłości w głębi duszy... I jak pragnę czołgać się znów u jej stóp...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Oto przywołuje mnie z balkonu. Biegnę szybko po schodach i spotykam ją w progu z uśmiechem przyjaznym i miłym.

— Wstydzę się — szepnęła, podając mi białą, delikatną rękę.

— Coś powiedziała?

— Zapomnij o tej wczorajszej scenie — odrzekła drżącym głosem — uczyniłam zadość twoim kaprysom i na tym koniec. Musimy teraz patrzeć na świat rozsądnie i kochać się po ludzku, nie jak szaleńcy. A w przeciągu roku pobierzemy się.

— Byłoby to możliwe, aby władczyni zniżyła się do niewolnika?

— Ani słowa więcej o tym jakimś niewolnictwie — odparła ostro — ani tchu o całej tej zwariowanej historii, rozumiesz?

Skinąłem głową posłusznie, udając się za nią do pokoju.

Zegar z brązu, na którym umieszczona była statuetka Amora z łukiem gotowym do strzału — wybił dwunastą o północy. Wstałem, zamierzałem odejść. Wanda nie rzekła nic, tylko objęła mnie wpół i przyciągnęła ku sobie na otomanę, całując bez opamiętania. Była to najwymowniejsza, choć niema, rozmowa, słodkie przyzwolenie na wszystko. Spod przymkniętych lekko powiek płynęła upojna słodycz, a od ramion obnażonych, od wznoszącej się i opadającej szybko piersi, promieniowała oszałamiająca moc.

— Proszę cię... ale może się pogniewasz... odezwałem się.

— Wolno ci wszystko...

— Zdepcz mnie, odtrąć, gdyż inaczej stracę zmysły.

— Jak to, czy ci nie zakazałam wspominać więcej o tej głupiej rzeczy ty, ty... niepoprawny.

— Ach, ty nie pojmujesz, co się ze mną dzieje — odparłem, przyciskając głowę do jej łona. — Ty tego nie rozumiesz!

— A może i rozumiem. Całe to twoje dziwactwo nie jest niczym innym, jak tylko nienasyconą zmysłowością, demoniczną chorobą ducha, wytworzoną przez nienaturalne wychowanie. Gdybyś był mniej... cnotliwy, można by cię uważać za zupełnie rozsądnego mężczyznę.

— Spróbuj mnie z tego wyleczyć — szeptałem, bawiąc się obfitymi zwojami jej włosów, z których spływała czarowna siła, jakby elektryczność. Począłem ją całować, a właściwie to ona całowała mnie tak namiętnie i nielitościwie, jak by chciała doprowadzić mnie do omdlenia. W upojeniu istotnie niemal straciłem przytomność i dopiero po chwili spróbowałem się uwolnić z jej żelaznych uścisków.

— Co tobie jest? — spytała.

— Cierpię okropnie.

— Cierpisz? — powtórzyła i roześmiała się w głos.

— Możesz się śmiać, bo, bo nie masz pojęcia... Spojrzała na mnie poważnie, chwyciła moją głowę w obie dłonie i przycisnęła ją silnie do piersi. Wando! — prosiłem...

— Ach tak! Ból sprawia ci zadowolenie i rozkosz — mówiła śmiejąc się — ale poczekaj, już ja cię z tego wyleczę.

— Wando — odrzekłem — nie chcę już wiedzieć wcale, czy jesteśmy razem na zawsze, czy tylko na chwilę...

Chcę wykorzystać zbliżające się do mnie szczęście... Jesteś teraz moja i wolałbym cię raczej utracić, byle tylko wpierw posiąść.

— No, no, zaczynasz wreszcie być rozsądny — odpowiedziała na to, obsypując mnie ponownie pocałunkami. Wówczas odsłoniłem z koronek jej piersi i straciłem przytomność zmysłów.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

To bardzo ciekawe, że ilekroć dwoje ludzi zakocha się w sobie szalenie, zaraz zły los nasyła osobę trzecią, nieproszoną.

Przeżyliśmy oboje wspaniałe chwile przez dni kilka, włócząc się po górach i kniejach, oddani sobie nawzajem w zupełności, nie śledzeni przez nikogo. Aż tu nagle zjeżdża do Wandy jakaś przyjaciółka, podobno też wdówka, trochę starsza od niej i więcej doświadczona, ale nie tak inteligentna. Wywiera na Wandę wpływ prawie pod każdym względem. Moja najdroższa zaczyna mnie zaniedbywać. Czyżby przestała kochać tak prędko?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Upłynęło długich czternaście dni strasznej dla mnie niepewności. Przyjaciółka mieszka razem z Wandą i nigdy nie możemy się spotkać sam na sam. Obie są otoczone rojem wielbicieli. Wanda traktuje mnie jak zupełnie obcego.

Dziś podczas przechadzki znaleźliśmy się na chwilę sami, spostrzegłem, że ona umyślnie oddaliła się od towarzystwa, by pomówić ze mną.

— Moja przyjaciółka bardzo się dziwi, że cię kocham. Wprawdzie przyznaje, żeś przystojny i miły, ale mimo to zawraca mi głowę od rana do wieczora opowieściami o życiu w stolicy, o zabawach i rozrywkach, no i tym, że mogłabym tam zrobić znakomitą partię, gdyż posiadam ku temu dostateczne warunki. Cóż jednak z tego, skoro ja ciebie kocham, ciebie tylko na świecie...

— Ależ pani — odezwałem się po chwili namysłu — ja wcale nie chcę zagradzać pani drogi do szczęścia. Proszę nie zważać na mnie, nie krępować się żadnymi dla mnie względami.

To powiedziawszy, nacisnąłem kapelusz i oddaliłem się. Zdziwiła się tym niemało, nie rzekła jednak nic. Tego samego dnia spotkaliśmy się raz jeszcze w przelocie. Uścisnęła mi ukradkiem rękę i spojrzała przy tym na mnie tak serdecznie i życzliwie, że wystarczyło to zupełnie, aby cierpienia ostatnich dni zostały wynagrodzone. Teraz dopiero pojmuję dokładnie, jak ogromnie ją kocham.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

— Moja przyjaciółka skarżyła się na ciebie — mówiła do mnie dziś Wanda.

— Zapewne z tego powodu, że jej nie nadskakuję.

— Ale powiedz, dlaczego ją tak lekceważysz, głupcze jakiś? — przerwała mi Wanda, biorąc mnie za uszy jak żaka.

— Bo jest obłudna. Ja cenię tylko takie kobiety, które albo są cnotliwe, albo też nie kryją się wcale z tym, że hołdują zasadzie lekkich obyczajów.

— Jak na przykład ja, co? Ale widzisz, mój chłopcze, kobieta może być do tego zdolna tylko w wypadkach nadzwyczajnych. Kobieta, mimo gorącej zmysłowości, może być wolna pod względem duchowym na wzór mężczyzn. Miłość jej wypływa z dwu źródeł: ze zmysłowości fizycznej i skłonności duchowej; serce jej poza tym pragnie pozyskać miłość jednego mężczyzny, podczas gdy zbiegiem okoliczności sama należeć musi do wielu. Wynika stąd rozterka, a następnie kłamstwo i obłuda, po największej części wbrew chęci i woli; i tak powoli charakter jej ulega zupełnemu zepsuciu.

— Tak, to prawda — zauważyłem — kobiece błędy polegają zazwyczaj na zmienności charakteru, która prowadzi wprost do kłamstwa i obłudy.

— Czyż nie wymagają tego same stosunki społeczne? — przerwała mi Wanda. — Na przykład ta kobieta, ta moja przyjaciółka, ma we Lwowie męża i licznych wielbicieli; tutaj znalazła sobie nowego adoratora i oszukuje ich wszystkich, a mimo to wszyscy ją cenią i uwielbiają.

— Ona może wciągnąć cię w swoje środowisko i wpłynąć na ciebie wedle swoich poglądów! Ale sądzę, że ona w istocie lekceważy cię i uważa za... — towar, który można dobrze spieniężyć...

— Cóż w tym złego? — oburzyła się piękna kobieta. — Każda z nas posiada instynktowną skłonność do tego, aby korzystać ze swych wdzięków i swej piękności. Zresztą oddanie się bez miłości, bez zadowolenia własnego, ma także pewien urok, daje pewne zadowolenie: że się jest zimną, nieubłaganą i że mężczyzna odczuwa to i... cierpi.

— I to mówisz ty?

— Ależ ja, oczywiście ja! Zapamiętaj sobie, mój drogi, co ci powiem: nie czuj się nigdy bezpieczny u boku kobiety, którą kochasz, ponieważ natura kobieca kryje w sobie więcej niebezpieczeństw, niż ci się wydaje. Kobiety w ogóle są dobre, miłe i szczere — jak ich wielbiciele, ale zarazem złe i przewrotne — jak ich wrogowie. Charakter kobiecy polega na zupełnym braku... charakteru. Najcnotliwsza kobieta może zniżyć się w jednej chwili do poziomu bagna, najpodlejsza — wznieść się nagle do wyżyn najszlachetniejszych zadań i czynów, ku zdziwieniu tych wszystkich, którzy nią gardzili. Nie ma na świecie kobiety, która nie byłaby zdolna w każdej chwili do czynów najgorszych i najpospolitszych, a z drugiej strony do szlachetności i bohaterstwa. Mimo postępu cywilizacji kobieta pozostała taka sama, jaka wyszła z rąk Stwórcy: zachowała charakter pierwotny, który objawia się wiernością i zdradą, litością i okrucieństwem, stosownie do warunków jakie ją otaczają. Tylko najsurowsze wychowanie zdoła wyrugować z niej te pierwiastki, ale dzieje się to zbyt rzadko. Mężczyzna kieruje się w życiu zasadami, kobieta tylko uczuciem, jakie ją w danej chwili ogarnia. Nie zapomnij o tym i nie czuj się nigdy bezpiecznie u boku kobiety, którą kochasz.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Nareszcie przyjaciółka odjechała i jesteśmy oboje z Wandą przez jeden wieczór sami. Ukochana moja po długiej rozłące jest tak niezmiernie dobra, czuła, łaskawa, że wręcz jej nie poznaję. Usta jej drżą, jak rozchylony kwiat, pocałunków spragnione; ramiona obnażone prężą się, obejmują mnie w gorący uścisk; oczy upojone, przymknięte... Wierzyć się nie chce, że to rzeczywistość, że ta przepiękna kobieta jest moja, moja w zupełności.

— A mimo wszystko — odezwała się wreszcie Wanda, nie otwierając oczu — mogę w jednym zupełnie z nią się zgodzić.

— Z kim?

Nie odpowiedziała.

— Z tą przyjaciółką?

Skinęła głową na znak potwierdzenia.

— Ona miała słuszność, twierdząc, że ty wcale nie jesteś prawdziwym mężczyzną, lecz fantastą, wielbiącym mnie bez opamiętania, który jako opanowany i podporządkowany bez reszty kochanek mógłby stanowić zdobycz nieocenioną. Nie mogę jednak pogodzić się z myślą, abyś miał być moim mężem.

Zerwałem się, zaniepokojony wielce.

— Co tobie? Czemu tak drżysz?

— Przeraża mnie myśl o tym, jak łatwo mogę cię utracić.

— Lecz czy jesteś mimo to, w tej chwili, mniej szczęśliwy? — odpowiedziała z pewnym wyrzutem. — Czy zmniejsza twoje szczęście fakt, że należałam przedtem do innych i że po tobie posiadać mnie będą znowu inni mężczyźni? Czy zresztą rozkosz twoja byłaby mniejsza, gdybym nawet równocześnie uszczęśliwiała drugiego?

— Wando!

— Widzisz — mówiła dalej — to byłby chyba najlepszy sposób wyjścia. Ty nie chcesz mnie utracić, bo mnie kochasz. I ja ciebie kocham, i mogłabym się nie zmienić do końca życia pod warunkiem, że oprócz ciebie...

— Co za myśl! — krzyknąłem. — Co za zgroza wieje z tych słów, Wando!

— Pytam jednak, czy mimo to kochasz mnie mniej niż przedtem?

— Ależ przeciwnie.

Wanda oparła się na łokciu i mówiła dobitnie, z wolna:

— Wydaje mi się, że kobieta, chcąc na zawsze pozyskać mężczyznę, nie musi koniecznie być mu wierna. Która wszak kobieta może być więcej uwielbiana nad heterę?

— Rzeczywiście, w niewierności kobiety jest coś, co wywołuje bolesną rozkosz, niezwykłą, dręczącą namiętność.

— Także u ciebie? — podchwyciła żywo.

— Tak, także u mnie.

— I jeżeli ja zrobię ci tę przyjemność... — dodała szyderczo.

— W takim razie będę straszliwie cierpiał, ale tym więcej będę uwielbiał cię i kochał. Tylko nie wolno ci mnie okłamywać; z całą siłą i bezczelnością demona musisz powiedzieć mi: ciebie jednego będę kochała, ale oddam się każdemu, kto mi się spodoba.

— Nie jestem usposobiona do kłamstwa — odrzekła potrząsając głową. Lecz, który mężczyzna zdolny jest znieść przykrą prawdę?... Jeżeli na przykład powiem ci: takie właśnie życie, oparte na zasadach pogańskich, jest moim ideałem, czy znajdziesz w sobie tyle siły, aby to znieść?

— Niezawodnie, od ciebie zniosę wszystko, byle tylko cię nie utracić. Czuję bowiem, jak małą wartość dla ciebie przedstawiam.

— Ależ, Sewerynie...

— A jednak tak jest i właśnie dlatego...

— Z czegóż tak niezbicie wnioskujesz? — zapytała uśmiechając się złośliwie.

— Nie ma o co się sprzeczać. Chcę być twoją własnością, którą mogłabyś rozporządzać wedle wszelkich kaprysów i zachcianek, ale nie życzyłbym sobie być ci ciężarem. Pragnę widzieć cię wielką, szczęśliwą i potężną. Siebie chcę widzieć w roli najniższego sługi...

— Po części masz słuszność — przerwała mi — ponieważ tylko wtedy możesz znieść ode mnie wszystko, gdy będziesz mi ślepo i bezgranicznie oddany. Uśmiecha mi się to wreszcie i przypomina rozkosze olimpijskie starożytnych bogów. Cóż by to było za szczęście widzieć przed sobą tarzających się w prochu poddanych! Chciałabym być otoczona szeregiem drżących z obawy niewolników...

— Takim jestem ja.

— Ech, ty to co innego. Chcę być twoja, jak długo zdołam cię kochać.

— Miesiąc?

— Może dwa...

— A potem?

— No, potem zrobię z tobą co mi się spodoba.

— A z sobą, co?

— Ze sobą? Będę boginią, która od czasu do czasu zstąpi do ciebie z wyżyn olimpijskich... Ale zresztą — dodała, chwytając się oburącz za głowę — co to wszystko warte?.. Przecież to mrzonki, fantazja szaleńca, która się nigdy nie urzeczywistni.

Wstrząsnął nią silny dreszcz, a na twarzy zmieniła się do tego stopnia, że z trudem można było rozpoznać dawne rysy.

— Dlaczego wątpisz w to wszystko? — zapytałem po chwili.

— Bo nasze stosunki społeczne do tego się nie nadają.

— W takim razie wyjedźmy stąd na Wschód lub gdziekolwiek, gdzie możliwe jest wszystko...

— Myślisz o tym naprawdę? — zapytała, a w oczach jej błysnęły dziwne iskry.

— Naprawdę. Wyjedźmy tam, gdzie prawa uznają niewolnictwo, gdzie nic nie przeszkodzi ci panować nade mną nieograniczenie. Będziesz miała w swoim ręku moje życie.

— Ej, ty, ty dzieciaku kapryśny — pogroziła mi Wanda — doprawdy zadziwiasz mnie swoją... głupotą. No, ale wiem, że to z miłości do mnie, bo kochasz mnie do szaleństwa i nie wiesz nawet, co mówisz.

Dalsze jej słowa zagłuszył szmer pocałunków.

— No — zapytała po chwili — masz jeszcze chęć na wyjazd do kraju dzikich ludzi?

— Przysięgam ci na wszystko, że pójdę za tobą choćby między ludożerców, jako twój sługa i niewolnik.

— A jeżeli ja wezmę serio tę przysięgę?

— Możesz, proszę cię o to.

Zamyśliła się na chwilę, po czym odezwała się poważnie:

— Ostatecznie... wiesz co? Zaczyna mi się to podobać. Będziesz mi oddanym, wiernym jak pies, nieodstępnym służalcem, a ja będę twoją panią, władczynią nieubłaganą i groźną, no i...

— I co?

— Lękam się, że pożałujesz swego kroku. Ale... stało się; mam twoje słowo.

— Którego dotrzymam!

— O to już ja się postaram! Teraz jednak dosyć już mrzonek i majaczeń; chcę ziścić je, zakląć w rzeczywistość.

Zdawało mi się, że już, już poznałem tę kobietę... Gdzież tam! Niepodobna z nią dojść w żaden sposób do porozumienia: waha się ustawicznie, wciąż obiecuje uczynić zadość moim wymaganiom, a nie ma chęci przedsięwziąć czegokolwiek w tym kierunku.

Chwyciłem się wreszcie ostatecznego środka: ułożyłem pisemną umowę, na mocy której zapragnąłem oddać się jej na tak długo, jak jej się będzie podobało.

Objąwszy mnie jednym ramieniem za szyję, czytała zdanie po zdaniu i po każdym całowała mnie, żartując, że w ten sposób wyraża... kropki.

— Umowa zawiera punkty odnoszące się jedynie do mnie — zauważyłem.

— Nie może przecież być inaczej, skoro oddajesz się bezgranicznie. Odtąd bowiem zrzekasz się wszelkich praw, wszelkich względów; będziesz w moim ręku tym, czym zechcę, uważać cię będę za rzecz, rozumiesz, za rzecz! Do tego się zobowiązujesz, na to dajesz słowo honoru i składasz przysięgę.

— Pozwól, jeden jeszcze warunek...

— Nie! Za późno już.

— Chciałem tylko zauważyć, że wolno ci robić ze mną, co ci się spodoba, bylebyś tylko nie oddała mnie na pastwę któremuś ze swoich wielbicieli, gdyby się tacy znaleźli.

— O, co do tego możesz być spokojny. Do tego stopnia nie będę przecież okrutna.

— Daruj więc, że śmiałem cię o to posądzać — prosiłem, całując ją po rękach.

— Ej ty, ty! — groziła mi żartobliwie i przytuliwszy twarz do mej twarzy odezwała się po chwili: — Zapomniałeś o czymś bardzo ważnym.

— ?

— Abym zawsze nosiła ów płaszcz gronostajowy, który wywiera na tobie tak wielkie wrażenie.

— Dobrze. Czy mogę już podpisać umowę?

— O, nie. Muszę tam dodać jeszcze pewne uwagi i warunki. Podpiszesz ją dopiero na miejscu.

— W Konstantynopolu?

— Gdzież tam! Namyśliłam się. Co by to była za przyjemność mieć niewolnika tam, gdzie ich ma każdy. Ja chcę tu, w społeczeństwie cywilizowanym, pozwolić sobie na taki egzotyczny eksperyment, a mianowicie, mieć niewolnika nie z tytułu prawa lub zwyczaju, lecz przykutego do mnie przez moją piękność i miłość. Jest to dla mnie bardzo ponętne i niezwykłe. Na wszelki wypadek wyjedziemy stąd gdzieś, gdzie nas nikt nie zna i gdzie bez żenady możesz wykonywać obowiązki mego służącego.

— Więc nie na Wschód?

— Prawdopodobnie do Włoch: do Rzymu albo Neapolu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Wanda siedziała na otomanie otulona w płaszcz obszyty gronostajami. Włosy, bujne jak grzywa lwa, rozpuściła w nieładzie. Całą istotą, zda się, zawisła rozkochana kobieta na moich ustach, jakby chciała wyssać ze mnie życie.

— Jak piękny jesteś w tej chwili! — szepnęła do mnie namiętnie. — W oczach twoich błyszczy płomień zachwytu, jaki dostrzec można na malowidłach włoskich, przedstawiających grozę męczeństwa pierwszych chrześcijan.

Słuchałem tych słów z dreszczem dziwnego niepokoju, rozkoszowałem się nimi jak potępieniec oszalały, zsunąłem się do jej stóp, klęcząc jak ongiś przed marmurowym posągiem bóstwa i przysięgałem stokroć w myśli uczynić wszystko, czego zażąda... pójść z nią chociażby do piekła!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Teraz dopiero pojmuję wielbiciela uroczej Manon Lescaut, który szalał za nią nawet wówczas, gdy była metresą drugiego i narażał się przez to na pośmiewisko. Miłość nie zna cnoty ni zasług. Ona znosi, przebacza i uświęca wszystko, bo takie jej przeznaczenie, taka rola w życiu ludzkim. Kochamy się nie wówczas, gdy chcemy i nie w tym, kogośmy sobie z góry upatrzyli; ani nie kierujemy się żadnymi względami na strony dodatnie, ani nie odstraszają nas błędy i wykroczenia. Miłość jest tajemniczą drogą i rozkoszną potęgą, która nas porywa, gdzie sama chce. A my się nie bronimy, nie pytamy nawet dokąd nas prowadzi i co z nami uczyni.

Na deptaku pojawił się dziś po raz pierwszy jakiś rosyjski książę, który atletyczną swą postacią i klasycznymi rysami twarzy zwrócił uwagę wszystkich gości naszego karpackiego kurortu. Szczególnie kobiety podziwiały go, szepcząc między sobą słowa zachwytu. On jednak nie zwracał najmniejszej uwagi na ów szmer i na tysiąc spojrzeń, lecz spacerował spokojnie i swobodnie wzdłuż alei w towarzystwie dwu służących: Murzyna odzianego w czerwoną szatę i uzbrojonego Czerkiesa. Nagle zauważył Wandę, począł jej się uważnie przypatrywać, a gdy przeszła koło niego, stanął i obrócił się jeszcze, patrząc za nią długo.

A ona — odpowiedziała na tę zaczepkę ognistym spojrzeniem swoich zielonych oczu i zdawało się, że jest najzupełniej rada. Ta wyrafinowana kokieteria, z jaką unosiła suknię, stąpała i w ogóle usiłowała mu się zaprezentować — ubodła mnie do głębi. Gdy wróciliśmy do domu, nie omieszkałem jej o tym napomknąć.

— Co? — krzyknęła gniewnie — wymówki? Ależ mój kochany, książę jest człowiekiem, który mi się może podobać, a nawet olśnić mnie; no, a ja przecież jestem wolna i mogę sobie tak postąpić, jak mi się spodoba...

— A zatem mogę wnioskować, że mnie już nie kochasz? — wycedziłem, siląc się na opanowanie bólu i trwogi.

— Kocham ciebie tylko jednego, ale to wcale mi nie przeszkadza, abym nawiązała znajomość z księciem.

— Wando!

— Niby co? Czy nie jesteś moim niewolnikiem, a ja, czy nie mam być dla ciebie okrutną Wenus północy, odzianą w gronostaje? To ciekawe!

Umilkłem. Słowa jej ugodziły mnie w samo serce, jak żądła żmij.

— Słuchaj! Musisz natychmiast dowiedzieć się, jak się ten książę nazywa, skąd pochodzi, kim jest... Słowem, przynieś mi najdokładniejsze wiadomości o wszystkich jego stosunkach.

— Ależ...

— Żadne „ale”! Ja rozkazuję i tak być musi, rozumiesz? — przerwała mi z niezwykłą surowością w głosie, tak, że się naprawdę przeląkłem. — Nie pokazuj mi się na oczy prędzej, aż się o wszystkim dowiesz... zrozumiano?

I zrozumiałem. Posłuszny jak baranek pożegnałem ją natychmiast i udałem się czynić wywiady. Dopiero po południu mogłem wrócić do niej z pewnymi wiadomościami. Nie prosiła mnie nawet, jako sługę, bym usiadł, lecz rozparła się w fotelu i patrzyła na mnie badawczo, jakby chciała już z wyrazu twarzy wyczytać, czy spełniłem należycie jej zlecenie.

— Podaj mi podnóżek — odezwała się krótko i sucho. A gdy rozkaz wykonałem i stanąłem przed nią jak ordynans przed służbowym oficerem, dodała łaskawie:

— Możesz sobie uklęknąć tu koło mnie.

— Powiedz mi, jak się to wszystko skończy? — zapytałem, dość jeszcze onieśmielony.

— Co? A jakżeby się miało skończyć to, co się jeszcze nie zaczęło wcale? — odparła, wybuchając głośnym śmiechem.

— Jesteś bardziej złośliwa, niż się tego spodziewałem — odpowiedziałem urażony.

— Sewerynie — odezwała się zupełnie poważnie — nie uczyniłam jeszcze niczego, ale to dosłownie niczego, a ty już nazywasz mnie złośliwą. A co to będzie, gdy wedle twoich życzeń stanę się taka, jaką mnie chcesz mieć, jeżeli zechcę żyć swobodnie i wesoło, i mieć cały zastęp nadskakujących wielbicieli, a dla ciebie tylko bat i kopniaki?

— Bierzesz moje fantazje zanadto serio.

— Zanadto serio? — powtórzyła. — O, nie myśl, że się będę bawiła w ciuciubabkę; wiesz przecież, że nie znoszę komedii. Chciałeś tak zresztą sam, a nie ja, nieprawdaż? Ty sam doprowadziłeś mnie do tego, że się stałam taka, jaką chciałeś mnie mieć... no i teraz już przepadło.

— Proszę cię, moja kochana, mówmy zupełnie spokojnie. Nie o to przecież idzie, co ty masz na myśli, ale zupełnie o coś innego. Jesteśmy oboje szczęśliwi bez granic i możemy być takimi na zawsze. Czy dla chwilowego kaprysu warto poświęcać całą naszą przyszłość?

— To nie jest kaprys.

— Więc co?

— Ach, lepiej nie pytaj. Być może byłabym kobietą uczciwą, łagodną, dobrą, poważną, kochającą i wierną. Ale ty wypaczyłeś moje uczucia, mój charakter; wzbudziłeś we mnie żądze, o których nigdy nie miałam pojęcia; żądze te opanowały mnie, obezwładniły mą wolę, przeistoczyły mnie w zupełności... I ty chciałbyś teraz, aby to wszystko uznać za fantazję, abym znów stała się tym, czym byłam wcześniej?

Za późno mój kochany!...

— Ależ, moja najdroższa, uspokój się — przerwałem całując ją, jakbym ją chciał tym przeprosić.

— Daj mi spokój!... Nie jesteś wcale mężczyzną.

— A ty?

— No, ja, ja jestem kapryśna, uparta... wiesz o tym dobrze. Nie znoszę chorobliwych majaczeń i fantazji, i gdyby mi je przyszło spełniać, byłabym tak samo słaba i niedołężna jak ty. Mimo to, jeżeli coś postanowię, to zwykłam tego dokonywać, tym trwałej — im więcej piętrzy się przeciwności. Zostaw mnie w spokoju.

To powiedziawszy odtrąciła mnie od siebie i zerwała się na równe nogi.

— Wando! — krzyknąłem, zrywając się równocześnie i stając naprzeciw, gotów do walki.

— Sądzę, że mnie już zupełnie poznałeś; ostrzegam cię więc jeszcze raz i pozostawiam wybór: możesz sobie odejść w każdej chwili.

— Wando przestań — prosiłem ze łzami w oczach. — Przecież ja cię kocham... A ty się mylisz i wmawiasz w siebie samą, że jesteś zła. To nieprawda. Mnie się zdaje, że nie ma lepszej istoty pod słońcem od ciebie.

— Ech, co ty wiesz, co ty możesz o mnie wiedzieć — przerwała mi żywo. — Ale mnie jeszcze poznasz.

— Wandeczko...

— Namyśl się, póki czas, bo nie zdołasz poddać się w zupełności...

— A jeżeli zdołam.

— Wówczas...

Przystąpiła ku mnie z szyderczym uśmiechem na ustach i założywszy ręce wpatrywała się długo w moje oczy, podczas gdy ja rozkoszowałem się jej widokiem do upojenia. Była bowiem w tej chwili taka sama, jaką widziałem ją zawsze w moich snach.

— No dobrze! — szepnęła w końcu przez zęby.

— Jesteś rozdrażniona i zła... Boję się, abyś...

— O nie, nie, nie... nie masz się czego obawiać. Uwalniam cię w zupełności, możesz sobie pójść i więcej nie wrócić.

— Ależ... to przecież żart...

— Mój panie! Powiedziałam panu zupełnie poważnie, aby pan uwolnił mnie od swojej osoby. Jest pan tchórzem i kłamcą, który nie umie dotrzymać danego słowa. Precz mi z oczu w tej chwili!

— Wando!

— Nędzniku!

Straciłem zimną krew. Rzuciłem się jej do nóg i począłem płakać jak dziecko.

— Płacz... łzy... tego jeszcze było potrzeba — mówiła wybuchając śmiechem. — Czy pan nareszcie pójdzie sobie ode mnie?

— Litości! — błagałem, czołgając się u jej stóp. — Jeżeli odepchniesz mnie od siebie, jestem zgubiony, zgubiony bezpowrotnie, gdyż żyć bez ciebie nie mogę ani jednej chwili.

— O tak, jesteś zdolny do czołgania się jak pies... Teraz dopiero poznaję, kim jesteś. Ale ty mnie jeszcze nie poznałeś i później dopiero doświadczysz mnie na własnej skórze.

Poczęła przechadzać się wielkimi krokami po pokoju, z niecierpliwością, podczas gdy ja pozostałem na klęczkach i ocierałem ukradkiem łzy. Wreszcie odezwała się tonem szorstkiego rozkazu:

— Pójdź tu!

Posłuszny usiadłem koło niej, drżąc na całym ciele. Z początku patrzyła na mnie ponuro, niebawem jednak rozjaśniła się jej twarz. Chwyciła mnie w objęcia i zaczęła scałowywać łzy z moich oczu.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Co jest szczególne i śmieszne to właśnie to, że ja, jak ten niedźwiedź w zwierzyńcu, mógłbym uwolnić się, a nie chcę, że znoszę wszystko, skoro mi tylko grozi... wolnością.

Jeżeli ona raz jeszcze weźmie bat do ręki... Można się tego spodziewać po niej w każdej chwili! Zdaje mi się, że jestem myszką w jej ostrych pazurkach i że ona, stosownie do kaprysu, gotowa mnie rozszarpać.

Czy istotnie tak uczyni? Co ona ze mną zrobi?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Udaje, że wcale nie pamięta o naszej umowie. Jest dla mnie nieskończenie czuła, dobra i pełna miłości. Przeżywamy najrozkoszniejsze chwile w życiu. A może to tylko kaprys? Może ona umyślnie jest taka, aby potem męczarnie, jakie zamierza mi zadać, były o tyle bardziej przykre i bardziej bolesne?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dzisiaj kazała mi czytać głośno dialog między Faustem a Mefistofelesem.

Słuchała w wielkim skupieniu, patrzyła na mnie rozmarzona.

— Jesteś zadowolona? — zapytałem odkładając książkę. W odpowiedzi odgarnęła mi włosy z czoła i dopiero po pewnej chwili odezwała się:

— Jesteś mi bardzo drogi, Sewerynie i nie wiem, czy zdołałabym kochać kogoś więcej niż ciebie. Dźwięk twoich słów upaja mnie, oszałamia. Poezja! Słowa pełne zachwytu... Jakże nam dobrze tak razem we dwoje... Czy odczuwasz to w całej pełni?

Nie mogłem odpowiedzieć, bo starałem się z całych sił stłumić strumień łez.

— Oj, dzieciaku, dzieciaku! — pocieszała, przytulając mnie istotnie jak dziecko.

Dziś podczas przejażdżki spotkaliśmy się z rosyjskim księciem. Jechał powozem. Można było odgadnąć, że obecność moja u boku Wandy irytowała go niewymownie. Starał się przeniknąć wzrokiem moją piękną towarzyszkę. Na szczęście ona — ku wielkiej mojej radości — ani spojrzała na niego, ignorując go, natomiast zwróciła się do mnie z lubym, serdecznym uśmiechem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Gdy dzisiejszego wieczoru miałem jej rzec „dobranoc”, zauważyłem u niej dziwne roztargnienie. Dopiero gdy byłem w progu, odezwała się:

— Przykro mi, że już odchodzisz. Chciałabym być z tobą zawsze.

— To zależy jedynie od ciebie. Jeśli zechcesz, możesz skrócić wyznaczony czas próby.

— Och, może nie uwierzysz, że czas ten nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie wydaje się za długi do przeżycia.

— A zatem skróć go, zostań moją żoną.

— Żoną? Nigdy, Sewerynie! — odparła łagodnie, ale stanowczo.

Dotknęło mnie to do żywego.

— Ty nie jesteś mężczyzną dla mnie.

Popatrzyłem na nią uważnie, cofnąłem powoli ramię, którym obejmowałem jej smukłą kibić i wyszedłem z pokoju.

Nie próbowała mnie wcale zatrzymać.

Nie zmrużyłem oka przez całą noc, układając sobie najrozmaitsze plany i odrzucając je potem jeden po drugim jako niemożliwe do wykonania. Ostatecznie zdecydowałem się. Raniutko napisałem list, w którym oznajmiłem jej, że uważam nasz związek za zerwany zupełnie. Ręce przy tym drżały mi jak u alkoholika. Zapieczętowawszy pismo, odniosłem je sam na górę, by własnoręcznie wrzucić do skrzynki na drzwiach... Nogi pode mną uginały się i wypowiadały mi posłuszeństwo.

To jednak, co się stało, było dla mnie zupełną niespodzianką. W chwili, gdy się zbliżyłem pod jej próg — ona odchyliła drzwi i wysunęła przez nie głowę całą w papilotach.

— Nie jestem jeszcze ubrana — odezwała się z uśmiechem. — Czego pan sobie życzy?

— List...

— Do mnie? Potwierdziłem skinieniem głowy.

— A, pan chce zerwać ze mną! — uprzedziła mnie szyderczo.

— Przecież pani powiedziała wczoraj sama, że się dla niej nie nadaję.

— I powtarzam panu dzisiaj to samo — odrzekła.

— A więc — urwałem z wielkiego wrażenia i w milczeniu podałem jej list.

— Może go pan sobie zatrzymać — odparła przypatrując mi się uważnie. — Zapomina pan, że tu wcale nie ma mowy o tym, czy nadaje się pan dla mnie jako mąż, czy nie. Będzie pan sługą, a jako na sługę — mogę się na pana zdecydować.

— Łaskawa pani.

— O, to, to. Odtąd będzie mnie pan zawsze tak nazywał — podchwyciła żywo i wyniośle. — Spakuj pan swoje manatki w przeciągu 24 godzin, bo pojutrze wyjeżdżam do Włoch, a pan będzie mi towarzyszył jako służący.

— Wando!

— Zakazuję panu zwracać się do mnie po imieniu — odrzekła surowo — tak samo, jak zakazuję panu wchodzić do mnie inaczej, jak tylko na odgłos dzwonka lub gdy pana zawołam. Pan od tej chwili nie nazywa się dla mnie Seweryn, lecz Grzegorz...

Drżałem z trwogi i oburzenia, a jednak nie byłem w stanie zaprotestować. Rzekłem tylko, jak można najuprzejmiej:

— Łaskawa pani zna przecież moje stosunki. Jestem jeszcze uzależniony od ojca i wątpię, czy da mi potrzebne fundusze na tak kosztowną podróż.

— To znaczy, że nie masz pieniędzy, Grzegorzu — zauważyła z zadowoleniem. — Tym lepiej, w takim razie będziesz silniej zależny ode mnie.

— Niech pani zważy, że należę do towarzystwa, że...

— Że jesteś człowiekiem honoru, nieprawdaż? I o tym pomyślałam. Właśnie jako człowiek honoru dał pan słowo, przysięgał pan oddać mi się do dowolnego rozporządzania, bez żadnych wyjątków, żadnych praw i ulg. A zatem możesz odejść, Grzegorzu.

Skierowałem się do odejścia.

— Jeszcze nie! Wprzód musisz swoją panią pocałować w rękę — dodała, podając mi rękę przez drzwi niedbale i z dumą, a ja, nieszczęsny głupiec, przylgnąłemustami do tej ręki jak zgłodniały wilk. Otrzymałem za to łaskawie udzielony uśmieszek i skinienie głowy...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Paliłem światło u siebie do późna w noc, porządkując rzeczy i rozpisując listy do różnych znajomych, by zawiadomić ich o wyjeździe za granicę na dłuższy czas.

Nagle zastukał ktoś do okna. Otworzyłem je i ujrzałem Wandę, otuloną w futro, jako że na dworze było już dosyć chłodno.

— Czy Grzegorz już gotów?

— Jeszcze nie, jaśnie pani.

— Podoba mi się ten tytuł i masz mnie zawsze tak nazywać, rozumiesz? Jutro o dziesiątej wyjeżdżamy. Do stacji będziesz moim towarzyszem, od chwili jednak, gdy wsiądziemy do pociągu, będziesz moim lokajem, albo raczej, według umowy — niewolnikiem. No, a teraz zamknij okno i otwórz drzwi.

Wykonałem spiesznie rozkaz, wprowadzając ją do pokoju. Rozejrzała się wokół, zmarszczyła brew i rzuciła od niechcenia:

— No i jakże ci się podobam?

— Ty...

— Żadne „ty”, kto ci na to pozwolił? — przerwała mi, grożąc szpicrutą.

— Jaśnie pani jest skończoną pięknością.

— A tak, to co innego — odrzekła, a rozsiadłszy się w moim fotelu dodała — chodź tu, uklęknij!

Nie było innej rady. Musiałem usłuchać rozkazu.

— Pocałuj mnie w rękę... W drugą... O tak... A teraz w usta...

Objąłem ją ramionami z szaloną namiętnością i począłem obsypywać pocałunkami, które oddawała mi nie mniej namiętnie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Punktualnie o dziewiątej rano, stosownie do jej rozkazu, było wszystko gotowe. Wsiedliśmy do wygodnego powozu, opuszczając na zawsze zaciszną miejscowość górską, gdzie zawiązał się tak niespodziewanie dramat mojego życia. W podróży z początku było jeszcze jako tako. Siedziałem u boku Wandy, która rozmawiała ze mną swobodnie, jak z dobrym znajomym: to o Włoszech, to o najnowszej literaturze polskiej, to wreszcie o muzyce Wagnera. Była ubrana w kostium podróżny, przypominający strój amazonek, z grubej, czarnej materii, obramowany suto gronostajami. Bujne włosy spięła w warkocz, zakryty niemal zupełnie czapeczką podróżną i gęstym welonem.

Była w bardzo dobrym humorze, wpychała mi w usta cukierki, gładziła mi rozmierzwione wiatrem włosy, poprawiała krawat i pieściła moje ręce. A kiedy tylko Żydek-woźnica zdrzemnął się na koźle lub się odwrócił, natychmiast całowała mnie zimnymi usteczkami. Przypominały mi one jesienną różę, która zakwitła za późno wśród nagich badyli i pożółkłych liści, po to chyba, aby zwarzył ją pierwszy litościwy przymrozek.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dojechaliśmy tak do stacji i wysiedliśmy razem przed budynkiem. Pomogłem jej przy tym szarmancko, za co odpowiedziała mi wdzięcznym skinieniem głowy i podała ramię. Następnie udała się do kasy po bilety, zostawiając mnie w poczekalni . Wróciła zupełnie inna, doprawdy nie ta sama.

— Masz tu bilet, Grzegorzu — odezwała się tonem, jakim zwykle odzywają się wytworne damy do swoich lokajów.

— Bilet trzeciej klasy — zauważyłem zdziwiony bardzo.

— No tak, trzeciej klasy. Wolno ci jednak wsiąść dopiero wówczas, gdy ja zajmę swoje miejsce w coupé i nie będę cię już potrzebowała. Na każdej stacji masz wysiąść i podbiec do mego okna z zapytaniem, czy mi czegoś nie trzeba, rozumiesz? A teraz podaj mi futro.

Cóż, nie było innej rady. Spełniłem rozkaz. Moja pani zajęła cały przedział pierwszej klasy. Rozmieściłem jej pakunki i na skinienie, bym się oddalił, pobiegłem do trzeciej klasy. Po raz pierwszy w życiu jechałem tą klasą na kolejach galicyjskich. Ławki twarde jak kamień, brudne, na podłodze błoto zaschłe całymi warstwami, u okien nie mytych nigdy — brudne szmaty (niby firanki), na półkach i w przejściach stosy tłumoków. Wszystkie ławki zajęte przez kiwających się Żydów, baby z dziećmi i chłopów, pykających fajki smrodliwe nie do zniesienia. Z trudem znalazłem sobie miejsce na brzegu ławki i pogrążyłem się w głębokich rozmyślaniach nie tylko nad schludnością i higieną galicyjskich kolei w przedziałach trzeciej klasy, ale i nad tym, dlaczego jestem głupcem podniesionym do kwadratu i czym jest dla mnie — kobieta.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Na każdej stacji wysiadam i biegnę do jej przedziału, oczekując z kapeluszem w ręku na rozkazy. Wymagania jej są bardzo wymyślne. Raz każe sobie przynieść kawy, drugi raz wody, trzeci raz ciepłej wody do mycia rąk. Do przedziału jej wsiadło dwu elegantów, z którymi flirtuje w najlepsze, nic sobie ze mnie nie robiąc. Umieram z zazdrości, pędzę z pociągu na stację po sprawunki i spieszę się, by pociąg nie uciekł. Nastał wieczór. Moja pani rozciągnęła się wygodnie na kanapce po jednej stronie przedziału i otuliła się w futro, podczas, gdy dwaj kawalerowie siedzą naprzeciw niej i udają jej aniołów stróży. Ja niestety muszę się dusić w ciasnym przedziale trzeciej klasy, w dymie tytoniowym i słuchać sprośnych piosenek żołdaków lub wstrętnego żydowskiego szwargotu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

W Wiedniu zatrzymaliśmy się na jeden dzień, dla załatwienia sprawunków. Oczywiście towarzyszę jej w sklepach i magazynach jako służący, krocząc za nią w przyzwoitym oddaleniu kilku kroków i dźwigając całą masę towarów.

Przed odjazdem w dalszą drogę kazała mi przebrać się po krakowsku. Rad nierad wciągnąłem szerokie, pasiaste spodnie, wysokie buty, bogato wyszywaną sukmanę i pas z mnóstwem brzękadeł, a do kompletu — przepyszną czerwoną rogatywkę z pękami pawich piór. Jest mi w tym stroju nawet dość ładnie. Nie mogę zresztą oponować, gdyż moja pani darowuje kelnerowi mój nowiutki garnitur.

Mam uczucie, jakbym był niemym stworzeniem, sprzedanym na jarmarku, albo jakbym zaprzedał duszę diabłu, który teraz tak ze mną harcuje.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Mój piękny diabeł wpakował mnie znowu do trzeciej klasy, ale tu przynajmniej nie ma już niedomytych galicyjskich Żydów, ani chłopów z fajkami. W przedziale jadą włoscy robotnicy, sierżant żandarmerii i jakiś ubogi malarz. Powietrze w przedziale nie ma już zapachu cebuli; trąci zgliwiałym serem i salami.

Zapadła noc. Wyciągnąłem się na drewnianej ławce i zdaje mi się, że wszystkie kości mam połamane. Nie brak jednak i poezji w tym wszystkim. Siedzący naprzeciw sierżant ma twarz jak belwederski Apollo, a malarz śpiewa półgłosem pieśń tęsknoty:


„Szumią jodły na gór szczycie,
Szumią sobie w dal.
Mnie młodemu tęskne życie,
Bo mam w sercu żal.
Nie mam żalu do nikogo,
Tylko do ciebie niebogo,
Oj Halino,
Oj jedyno,
Dziewczyno moja!
Oj Halino, oj jedyno,
Dziewczyno moja!”


Wsłuchuję się w tę pieśń i myślę o swojej, niestety, nie Halinie, nie dziewczynie, lecz królowej, która w przedziale pierwszej klasy śni w puchach o rozkoszach bogów starożytnej Grecji.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Florencja! Ruch, gwar nie do zniesienia. U wyjścia z peronu tłumy tragarzy i fiakrów. Wanda daje znak jednemu z dorożkarzy i ogląda się za posługaczem. Nagle, jakby się namyśliła:

— Od czego zresztą mam służącego. Grzegorzu, masz tu kwit bagażowy, przynieś pakunki.

Wsiadła do karetki, okrywając się futrem. Ja dźwigam na plecach ciężki kufer, tak zresztą niezgrabnie, że potrącam jakiegoś karabiniera, który — dobrodusznie — pomaga mi umieścić ciężar w pojeździe.

— Kufer zapewne jest bardzo ciężki, bo mam tam wszystkie moje futra — zauważyła Wanda.

Usadowiłem się na koźle obok woźnicy, ocierając kroplisty pot z czoła. Moja pani wymieniła nazwę hotelu. W parę minut później zatrzymaliśmy się przed wspaniałym domem.

— Są wolne pokoje? — zapytała portiera.

— Si, madame.

— Dwa dla mnie, jeden dla mego służącego — wszystkie z piecami.

— Mamy właśnie tylko dwa z kominkami. Dla służącego może być nieogrzany — zauważył garson, wybiegając skwapliwie do karetki.

— Proszę mi pokazać te pokoje. Obejrzała je przelotnie i zgodziła się.

— Dobrze. Proszę mi tylko rozniecić ogień. Służący może spać w pokoju bez ogrzewania.

Spojrzałem na nią z niemym wyrzutem.

— Niech Grzegorz przyniesie mój kufer — rozkazuje mi, nie zważając na moje błagalne spojrzenia — muszę się przebrać i zejść do sali jadalnej. Ty także potem dostaniesz coś na wieczerzę.

Zaczęła się przebierać w drugim pokoju. Ja tymczasem taskałem na plecach kufer, w czym pomógł mi usłużny garson, zasypując mnie mocno łamaną francuszczyzną pytaniami na temat mojej pani. Obaj roznieciliśmy następnie ogień na kominku. Rozejrzałem się po pokoju. W kącie stało wysoko zasłane poduszkami łóżko, na podłodze leżały dywany. Ogień parskał na kominku. Jakże tu miło, jak błogo...

Zszedłem na dół i zażądałem czegoś do zjedzenia. Życzliwie usposobiony kelner, były żołnierz austriacki, rozpoczyna ze mną rozmowę i obsługuje mnie po przyjacielsku. Wreszcie, po trzydziestu sześciu godzinach, doczekałem się ciepłej strawy... Ledwie wziąłem do ręki nóż i widelec, ona weszła do sali. Wstałem od stołu.

— Jak pan może prowadzić mnie do tej samej sali, gdzie siedzi mój służący — zwraca się gniewnie do garsona i opuszcza jadalnię.

Podziękowałem w duchu Bogu, że się tak stało i że mogłem spokojnie się posilić. Następnie udałem się do przeznaczonego dla mnie pokoju. Była to mała, brudna klitka, w której paliła się lampka olejna i gdzie w jednym kącie stało proste łóżko, a obok mój kufereczek. Ani okna, ani pieca, ani nawet lufcika. Do tego wściekle zimno! Zapewne cele więzienne w Wenecji nie były gorsze, pomyślałem i wybuchnąłem tak głośnym śmiechem, że aż się sam siebie przeląkłem.

Nagle otworzyły się drzwi i ukazał się garson, rozkazując mi po włosku, z teatralnym gestem:

— Idźcie do swojej pani, natychmiast.

Chwyciłem czapkę i udałem się po schodach na pierwsze piętro. Stanąłem przed jej drzwiami i zapukałem.

— Wejść!



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Wchodzę ostrożnie i zatrzymuję się przy drzwiach. Wanda rozgościła się zupełnie swobodnie. Jest tylko w negliżu ozdobionym bogato koronkami. Usadowiła się w pobliżu kominka na puszystym dywanie, otulając się w to samo futro, w którym ukazała mi się po raz pierwszy jako bogini.

Pokój oświetlony wspaniale. Światło lamp odbija się w olbrzymich lustrach weneckich; od kominka bije czerwona poświata, jak łuna. Oświetla bujne włosy mojej pani, gronostaje i jej twarz posągową, która przyjaźnie ku mnie się zwraca.

— Jestem z ciebie zadowolna, Grzegorzu — zaczęła. Ukłoniłem się.

— Przyjdź bliżej. Usłuchałem rozkazu.

— Jeszcze bliżej — spojrzała na mnie czule i wyciągnęła ramię spod futra. — „Wenus w gronostajach” wita swego niewolnika... Widzę, że jest pan kimś więcej, niż pospolitym fantastą i że zdolny pan jest sprostać swoim postanowieniom. Okazał się pan takim, jakim go sobie nawet trudno było wyobrazić — to mi się bardzo podoba, to mi imponuje. Jest w tym moc, a moc zawsze budzi podziw. Sądzę nawet, że w czasach ku temu odpowiednich mógłby pan odegrać niepospolitą rolę. Na przykład za pierwszych cesarzy rzymskich byłby pan niezawodnie męczennikiem, podczas reformacji anababtystą, w czasie rewolucji francuskiej — jednym z najzagorzalszych żyrondystów, którzy z Marsylianką na ustach szli na gilotynę. Niestety, pan jest obecnie moim niewolnikiem, moim...

Zerwała się nagle, tak że płaszcz opadł jej z ramion, i oplotła mnie ramionami jak polip.

— Mój najdroższy niewolniku, jak ja ciebie kocham, jak uwielbiam, jak wspaniale wyglądasz w stroju krakowskim, ale... ty dzisiejszej nocy zmarzniesz w ciasnej, nędznej izdebce. Muszę ci pożyczyć swego futra...

Podniosła z ziemi płaszcz i zarzuciła mi go na ramiona, szczelnie mnie otulając.

— Jakże ci w nim do twarzy. Dopiero teraz twoje szlachetne rysy ujawniają się w całej pełni. Skoro tylko przestaniesz być moim sługą, musisz sobie sprawić futrzane okrycie, a przynajmniej szlafrok. I znowu zaczęła mnie głaskać, pieścić i całować; wreszcie pociągnęła mnie ku sobie na dywan.

— Podoba ci się, jak sądzę, mój płaszcz. Oddaj mi go żywo, żywo, gdyż inaczej stracę urok i moc, która cię do mnie przykuwa.

Odłożyłem płaszcz. Wanda zarzuciła go sobie na ramiona.

— Tak namalował swoją boginię Tycjan... Ale dosyć już żartów. Nie miej tak nieszczęśliwej miny, bo mnie to źle usposabia. Jesteś moim sługą tylko wobec ludzi, zresztą nie podpisałeś jeszcze umowy i jesteś wolny, możesz mnie w każdej chwili pożegnać. Rolę swoją odegrałeś wybornie, naprawdę byłam zachwycona. Czy jednak nie za wiele ci już tego, czy nie znienawidziłeś mnie jeszcze? No, mów, rozkazuję ci!

— Muszę to wyznać, Wando?

— Bezwarunkowo.

— A jeżeli będziesz się mścić? — odrzekłem. — Zakochany jestem w tobie bez granic i uczucia moje będą się potęgowały tym silniej, im więcej będziesz dla mnie okrutna i sroga.

I rzuciłem się ku niej, oszołomiony szczęściem porwałem ją w ramiona.

— A zatem możesz mnie tak kochać tylko w tym czasie, kiedy jestem dla ciebie surowa i sroga — odpowiedziała na to, marszcząc brwi. — Idź już. Nudzisz mnie... No idź, nie słyszysz?

I wymierzyła mi taki policzek, aż mi świeczki w oczach stanęły.

— Pomóż mi naciągnąć płaszcz. Usługiwałem jej, jak mogłem najlepiej.

— Co za niezdara — mruczała, dając mi szczutka w nos. Czułem, że się przeobraziłem w zupełności.

— Wyrządziłam ci może krzywdę? — Ależ bynajmniej.

— No, mógłbyś spróbować skarżyć się na mnie. Miałbyś się z pyszna. A teraz pocałuj mnie...

I znowu przywarliśmy do siebie i złączyły się nasze usta w płomiennym pocałunku. Zdawało mi się zupełnie serio, że jestem w uścisku rozjuszonej niedźwiedzicy, która łechce mnie miękkim puchem swojego futra i równocześnie zapuszcza pazury w moje ciało aż do krwi. Ale uwolniła mnie wreszcie. Ze zwieszoną głową szedłem po schodach do swojej nory, rozmyślając nad arcykomicznością życia i bezdenną swoją głupotą.

— O tak — pomyślałem — przed chwilą przyciskałem do piersi najpiękniejszą w świecie kobietę, a teraz muszę spać jak Chińczyk w norze. Doprawdy, warto się zastanowić nad tym wszystkim. Chińczycy nie wierzą w płomienne piekło, lecz wyobrażają sobie, że piekło to kraina wiecznego mrozu i że sroższe tam męczarnie. Prawdopodobnie założyciele religii chińskiej mieszkali w nieopalanych norach, jak ja obecnie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Miałem dzisiejszej nocy bardzo przykry sen. Zdawało mi się, że ktoś popędził mnie w bezkresną krainę lodów, w której zbłądziłem i kostniejąc wydobywałem z siebie resztki sił, by znaleźć drogę. Nagle pojawił się przede mną, zaszyty cały w skórę, Eskimos, z twarzą podobną do tutejszego garsona i zaprowadził mnie do tego pokoiku, gdzie mi kazano obecnie mieszkać.

— Czego pan tu szuka? — pytał mnie — tu jest biegun północny...

Nieznośny Eskimos znikł, jakby się zapadł pod śnieg, natomiast ujrzałem, pędzącą ku mnie na saneczkach zaprzężonych w reny, Wandę. Cała ubrana w gronostaje, rzuciła się ku mnie z zamiarem rozszarpania. Przypatrzyłem się jej bliżej. To nie była ona, lecz niedźwiedzica polarna. Ostre swoje pazury wpiła w moje ciało jak sęp w swą ofiarę. Widzę strugi krwi na śnieżnej bieli... Począłem krzyczeć głośno o pomoc, podczas gdy ona śmiała się szatańsko.

Zbudziłem się. Czoło miałem pokryte zimnymi kroplami potu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Udałem się wczesnym rankiem pod drzwi swej pani; gdy garson przyniósł kawę, odebrałem mu ją i zaniosłem do pokoju. Wanda kończyła właśnie toaletę i wyglądała wspaniale, świeża i zarumieniona. Powitała mnie miłym uśmiechem, a gdy się chciałem oddalić, zatrzymała mnie.

— Niech Grzegorz zje prędko śniadanie — odezwała się — pójdziemy zaraz szukać mieszkania, bo niepodobna nam mieszkać w hotelu i krępować się tak nieznośnie. Jeżeli bowiem rozmawiam z tobą nieco dłużej, to mogą podejrzewać, że Rosjanka utrzymuje stosunki miłosne ze swoim lokajem.

W pół godziny później wyszliśmy na miasto. Wanda w jesiennym kostiumie i czapce kozackiej, ja w stroju krakowskim. Szedłem za nią jakieś dziesięć kroków i starałem się mieć jak najpoważniejszą minę, chociaż zdawało mi się co chwila, że parsknę szalonym śmiechem. Widzieliśmy prawie na każdym domu ogłoszenie: „Camere mobiliate”.

Wanda posyłała mnie zawsze na górę i gdy jej oznajmiałem, że mieszkanie mogłoby jej odpowiadać, udawała się sama na miejsce; niestety kręciła noskiem niezadowolona i musieliśmy szukać dalej aż do południa. Byłem głodny jak wilk i zziajany z powodu ciągłego biegania po schodach.

Wanda denerwowała się, że nic odpowiedniego nie można znaleźć. Nagle jednak rozchmurzyła się i rzekła do mnie:

— Ach, jak ty Sewerynie grasz przecudnie swą rolę. Doprawdy obawiam się, że nie zdołam się opanować, nie wytrzymam dłużej. Wstąpmy do jakiegoś domu, niech cię uściskam.

— Ależ, łaskawa pani...

— Grzegorzu! — odparła tonem prawdziwego despoty i weszła do pierwszej z brzegu bramy; następnie poczęła się wspinać po ciemnych schodach, a ja za nią. Nagle odwróciła się ku mnie, objęła mnie wpół i zaczęła całować.

— Żebyś ty wiedział, Sewerynie, jaki jesteś niebezpieczny w tej roli niewolnika. Nie wyobrażałam sobie tego wcale i teraz obawiam się zupełnie serio, ażeby się w tobie nie zakochać po raz drugi.

— Jak to, czy mnie przestałaś kochać? — zapytałem wielce tą uwagą zaniepokojony.

Potrząsnęła głową i zaczęła mnie znowu obsypywać pocałunkami.

Wróciliśmy do hotelu na drugie śniadanie. Pani moja rozkazała, abym zjadł prędko, bo nie ma czasu.

Oczywiście ja, sługa, nie mogłem być tak prędko obsłużony, jak ona — wielka pani. Musiałem więc dość długo czekać, nim podano mi befsztyk. Ledwie jednak podniosłem do ust pierwszy kęs, zjawia się garson i rozkazuje po aktorsku:

— Madame woła — natychmiast!

Z bólem serca pożegnałem się ze smacznym befsztykiem, chwyciłem czapkę i wybiegłem za Wandą, która czekała na mnie na ulicy.

— Nie wyobrażałem sobie, że jaśnie pani będzie do tego stopnia okrutna, iż nawet nie da mi śniadania przełknąć — zwróciłem się do niej z wymówką.

Roześmiała się z tego serdecznie.

— Myślałam, że już jesteś gotów. Zresztą nic się znowu nadzwyczajnego nie stało. Człowiek jest stworzony do cierpień, zwłaszcza taki człowiek, jak ty. Męczennicy na przykład nie wiedzieli wcale, co to jest befsztyk.

Nie miałem na to odpowiedzi.

— Wiesz co, mnie się zdaje, że my wcale nie znajdziemy mieszkania w mieście. Bardzo trudno jest znaleźć całe, zamknięte piętro, gdzie można by czuć się zupełnie swobodnie, a nasz fantastyczny stosunek bezwarunkowo tego wymaga. Wolę więc wynająć całą willę — zobaczysz i będziesz zdumiony. Pozwalam ci teraz, byś wrócił dokończyć śniadanie i potem rozejrzał się po mieście. Nie wrócę do domu przed wieczorem. Później zaś, gdybyś był mi potrzebny, każę cię zawołać.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Zjadłem wystygły befsztyk i poszedłem oglądać miasto. Zwiedziłem przede wszystkim katedrę, Pallazzo Vecchio, Logia dei Lanzi; następnie stałem długo nad Arnem, patrząc na to piękne, starożytne miasto, którego okrągłe kopuły gmachów i smukłe wieżyce rysowały się ostro na tle błękitnego nieba. Poprzez wspaniałą, żółto zabarwioną rzekę rozrzucono prześliczne łuki mostów, upiększające znakomicie ogólny widok. Wokół zielone wzgórza pokryte gajami cyprysowymi; na horyzoncie, daleko, błyszczą w słońcu stylowe wille zamiejskie, samotne klasztory i kaplice.

Świat tu zupełnie inny niż u nas. Tu wre wszystko, kipi, śmieje się, cieszy. Nawet sama przyroda jest uśmiechnięta niczym roztrzepane dziewczę, kapryśna i płocha, pozbawiona smętnej powagi i zadumy.

A ludzie również nie są tu tak poważni i smutni jak tam, poza łańcuchami Alp i Karpat, na północy, w rodzinnej mojej ziemi. Zdaje się, że oni mniej myślą niż my, mniej cierpią i wyglądają, jakby byli w zupełności szczęśliwi. Twierdzą nawet, że na Południu umiera się wcześniej i łatwiej. Pojmuję teraz, że nie ma róż bez kolców i piękna bez stron ujemnych. Wanda znalazła prześliczną willę na wzgórku, na lewym brzegu rzeki Arno, naprzeciw parku Cascine i wynajęła ją na całą zimę. Willa ta stoi w przepięknym gaju drzew laurowych, ozdobionym klombami kwiatów; jest jednopiętrowa, zbudowana na planie czworokąta; wzdłuż całego budynku biegnie weranda z kamiennymi schodkami do ogrodu; na skrzydłach oraz gzymsach umieszczono mnóstwo posążków i figurynek. Wszystkie wnętrza są piękne; w stylowej łazience znajduje się wspaniały marmurowy basen z wodotryskiem w środku.

Wanda zajęła całe piętro. Dla mnie przeznaczyła pokoik na parterze, bardzo ładny, obszerny, zaopatrzony nawet w staroświecki kominek.

Rozejrzałem się po ogrodzie i odkryłem w jednym z zakątków rodzaj miniaturowego templum, do którego drzwi były zamknięte na klucz. Zajrzałem przez szparę i... ku wielkiemu zdziwieniu ujrzałem wewnątrz, na marmurowym piedestale, posąg bogini miłości.

Wstrząsnął mną dreszcz. Zdawało mi się, że słyszę jej słowa: „Tyś to? Oczekiwałam cię tak długo!...”


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Wieczór. Milutka, młoda pokojóweczka wzywa mnie, abym zjawił się przed swoją panią. Biegnę po szerokich, marmurowych schodach na górę i minąwszy wspaniale urządzony salon pukam do drzwi prowadzących do jej apartamentów sypialnych. Przepych, jaki wokoło się roztacza, aż onieśmiela mnie. Pukam więc ostrożnie, jakbym się obawiał, i czekam. Zdaje mi się, że stoję u drzwi sali tronowej Katarzyny Wielkiej i że za chwilę ujrzę zieloną wstęgę pełną orderów na jej obnażonej piersi. Po dłuższej chwili czekania zapukałem ponownie. Wanda otworzyła niecierpliwie drzwi.

— Dlaczego tak późno! — wrzasnęła.

— Czekałem przy drzwiach, bo zdaje mi się, nie słyszałaś pukania — odparłem, drżąc cały z obawy.

Nie odpowiedziała na to nic, tylko ujęła mnie pod ramię i wprowadziła do pokoju, urządzonego z iście wschodnim przepychem. Tapety, firanki, portiery, dywany, meble, pościel — wszystko było bajecznie bogate. Na jednej ze ścian znajdował się olbrzymi obraz przedstawiający Samsona i Dalilę.

Wanda miała na sobie atłasowy szlafrok, który tak uwydatniał linie jej postaci, że robiła wrażenie greckiego posągu. Rude włosy, opadające puklami w pełnym nieładzie na ramiona, przydawały jej twarzy dziwnego blasku; sznur pereł na szyi lśnił jak rosa w majowym słońcu. Przez ramię przerzuciła gronostajowy szal.

Wenus w gronostajach — pomyślałem, gdy pociągnęła mnie ku sobie w namiętny, szalony uścisk. Nie byłem zdolny wymówić ani jednego słowa; zdawało mi się, że to nie rzeczywistość, lecz najbardziej fantastyczny sen młodości.

— Kochasz mnie jeszcze? — zapytała, przymykając oczy z nadmiaru rozkoszy.

— I ty o to jeszcze pytasz?

— A czy przypominasz sobie swoją przysięgę? — odezwała się z tajemniczym uśmiechem na ustach. — Właśnie teraz przygotowałam już wszystko i pytam cię jeszcze raz, czy naprawdę masz dobrą i nieprzymuszoną wolę być moim niewolnikiem?

— Czy może okazałem czymś, że nie chcę?

— Nie podpisałeś jeszcze kontraktu.

— Kontraktu? Jakiego?

— Ach, jak widzę zapomniałeś zupełnie — zresztą mniejsza o to.

— Ależ Wando, wiesz przecież, że poświęciłem się zupełnie dla ciebie; zrób ze mną co chcesz, możesz mi nawet życie odebrać.

— Jakże jesteś mi drogi w tej chwili, jak miły i kochany... ty, ty złoto moje, moje skarby...

— Gdzie jest ten dokument — przerwałem jej — pokaż.

— Tu go mam — odpowiedziała, wyjmując papier zza gorsu i oddając mi go do rąk. — Ponieważ zaś postanowiłeś oddać mi się zupełnie, zaprzedać mi się bez żadnych zastrzeżeń i nawet dajesz mi prawo decydowania o twoim życiu lub śmierci, więc ułożyłam inny dokument, sama.

— Pokaż!

Wziąłem pismo i zacząłem je czytać, podczas gdy Wanda przysunęła pióro i atrament, a następnie oparła się na mnie i czytała razem ze mną przez ramię:

„Kontrakt, który między p. Wandą Durtajew a panem Sewerynem Tollmanem w następującej osnowie zawarty został.

Pan Seweryn Tollman przestaje z dniem dzisiejszym być narzeczonym p. Wandy Dunajew i zrzeka się wszelkich praw oblubieńca. Równocześnie zobowiązuje się słowem honoru być wymienionej pani niewolnikiem i sługą tak długo, dopóki go sama nie zwolni. Jako niewolnik i sługa przyjmuje imię Grzegorza i zobowiązuje się spełnić każde życzenie swej pani, wykonać jej każdy rozkaz, a każdą oznakę jej przychylności uważać za nadzwyczajną łaskę.

P. Wanda Dunajew ma prawo nie tylko karania go za przewinienia choćby najbłahsze, ale wolno jej też maltretować go i dręczyć stosownie do kaprysu, a nawet odebrać mu życie, gdyby jej się tak podobało — słowem jest on jej nieograniczoną własnością.

Gdyby pani Wanda Dunajew zwróciła panu Sewerynowi Tollmanowi wolność, nie wolno mu nigdy i nikomu opowiadać, co przecierpiał i przeszedł, a w szczególności nie wolno mu się mścić.

Pani Wanda Dunajew przyrzeka, o ile będzie można, jak najczęściej ukazywać mu się w płaszczu gronostajowym, szczególnie w chwili, gdy do swego niewolnika zapała nienawiścią i okrucieństwem”. Na dokumencie była data dzisiejsza. Drugi dokument, zredagowany przez nią, był znacznie krótszy i głosił:

„Zniechęcony do świata od szeregu lat, odebrałem sobie życie własną ręką”.

Daty na tym świstku nie było.

Ogarnęła mnie groza. Jeszcze był czas wydobyć się z sieci, w którą sam dobrowolnie się wplątałem! Niestety, demon jakiś opętał mnie w zupełności. Widocznie był to diabeł Mefistofel, albo tylko... piękna kobieta, która oparła się na moich plecach jak zmora całym swoim ciężarem.

— Ten drugi świstek — odezwała się — musisz własnoręcznie przepisać, aby przypadkiem nie zwrócono na mnie jakiegokolwiek podejrzenia. Co do kontraktu, to oczywiście przepisywać go nie ma potrzeby.

Przepisałem prędko w kilku wierszach treść karty oznajmiającej, że popełniłem samobójstwo i oddałem ją Wandzie. Przeczytała pismo i położyła na stole, uśmiechając się zdradziecko.

— No, czy teraz będziesz miał odwagę podpisać tamten cyrograf? — zapytała mnie szyderczo, ciągle z uśmiechem na różowych ustach.

Wziąłem pióro do ręki.

— Zaczekaj, najpierw ja — mówiła — tobie drżą ręce. Czy tak bardzo lękasz się własnego szczęścia?

Odebrała mi papier i pióro. Stałem bezczynnie, walcząc z własnymi myślami. Nagle wpadł mi w oko olbrzymi obraz, piękne dzieło szkoły włoskiej, na którym namalowana była półnaga Dalila, leżąca na wzorzystym kobiercu. Z takim samym prawie uśmiechem jak Wanda, pochyliła się w kierunku Samsona, którego Filistyni związali i rozciągnęli na ziemi. Co za płomień w jej oczach, co za szatańska przebiegłość w uśmiechu, jakim darzy osłupiałego Samsona, który patrzy z lubością na nią w ostatniej chwili, zanim mu srodzy wrogowie wyłupią oczy rozpalonym żelazem...

— No, straciłeś wszystko, co miałeś, ale mimo to jest jeszcze furtka ratunku. Ostrzegam cię, żeś mnie jeszcze nie poznał, kochanie moje...

Spojrzałem na dokument i spostrzegłem dopiero co nakreślone wielkimi, kształtnymi literami jej imię i nazwisko. Raz jeszcze popatrzyłem w jej błyszczące oczy, wziąłem pióro do ręki i podpisałem się szybko.

— Drżałeś ogromnie, przyjacielu — jeśli chcesz, to ci pomogę podpisać się na tym drugim świstku. Daj rękę.

Wetknęła mi przemocą pióro do ręki i wodziła nią tak, że wreszcie wyszło spod pióra całe moje imię i nazwisko. Teraz zabrała oba papiery i schowała je do szuflady w stoliku u wezgłowia otomany.

— Tak. A teraz oddaj swój paszport i pieniądze.

Wyjąłem portfel z paszportem i całym zapasem gotówki, i oddałem jej. Popatrzyła do wnętrza i następnie schowała je do tej samej szufladki.

Ukląkłem u jej stóp w nadziei, że mnie obdarzy pieszczotami — lecz odtrąciła mnie brutalnie i poruszyła dzwonkiem, na którego dźwięk wbiegły do pokoju trzy Murzynki, czarne jak wykrojone z hebanu, ubrane w czerwone szaty. Rzuciły się, by mnie spętać.

Zrozumiałem swoje położenie i chciałem się podnieść, ale surowy, piorunujący wzrok mojej bogini jakby mnie przygwoździł. Ani się spostrzegłem, kiedy krępe Murzynki obezwładniły mnie, związały ręce i nogi.

— Podaj mi bat, Heydee — rozkazała Wanda jednej z niewolnic ze spokojem i zimną krwią.

Murzynka wypełniła rozkaz w okamgnieniu, podając na klęczkach bat srogiej władczyni.

— Zdejmij ze mnie futro i podaj mi szal gronostajowy — rozkazywała dalej, a Murzynka uwijała się jak łasica, zwinnie i zgrabnie.

— Uwiążcie go tu do słupa — brzmiał głos kobiety, otulającej się w gronostaje.

Murzynki przywiązały mnie w pasie do słupa, który podpierał baldachim nad ozdobnym łóżkiem, urządzonym w stylu starowłoskim, po czym zniknęły wszystkie, jakby się ziemia pod nimi rozstąpiła.

Wanda podeszła do mnie szybko, roztaczając tren atłasowej sukni niby pawi ogon. Jej rude włosy, zda się, sypały iskrami. Chwyciła bat, oparła jedną rękę na biodrze i pozostając w tej pozycji, zaczęła się śmiać.

— Skończyła się między nami zabawa i gra w ciuciubabkę — mówiła zimno, przez zaciśnięte zęby. — Oddałeś się sam w moje ręce, bez zastrzeżeń; wykorzystuję to i czynię zadość twoim pragnieniom z rozkoszą, której nie znałam, a którą ty sam mi odkryłeś. Otóż nie jesteś już teraz moim kochankiem, lecz niewolnikiem i poznasz kim ja jestem. Przede wszystkim otrzymasz plagi, mimo że na nie nie zasłużyłeś, żebyś pamiętał, co cię czeka, jeżeli będziesz w czymkolwiek nieposłuszny lub krnąbrny.

Z dziką namiętnością chwyciła bat i zaczęła ćwiczyć mnie z całej siły.

— No i jakże ci się podoba?... Przyjemne, co?... Milczałem, zacisnąwszy zęby, aby nie krzyczeć i nie błagać jej o litość. Jedno uderzenie skierowane było na moją twarz, z której trysnęła krew...

Oprawczyni zmęczyła się wreszcie, odrzuciła w kąt narzędzie chłosty i opadła na otomanę, dzwoniąc równocześnie na służbę.

Do pokoju wpadły Murzynki.

— Rozwiążcie go!

Gdy mnie odwiązały od słupa, padłem bezwładnie na podłogę.

Czarne niewiasty śmiały się, ukazując białe jak kreda zęby.

— Rozwiążcie mu ręce i nogi.

Uwolniono mnie z więzów i mogłem się nareszcie podnieść.

— Niech Grzegorz przyjdzie tu.

Zbliżyłem się ku niej, jak pies, podziwiając jej przewrotność oraz grozę prawdziwej tyranicy.

— Jeszcze jeden krok — rozkazała dalej. — Na kolana! Ucałuj moją stopę...

Wyciągnęła spod atłasowej sukni zgrabną, drobną nóżkę, a ja, skończony głupiec, spełniłem i ten jej rozkaz.

— Grzegorz nie będzie mnie teraz widział przez cały miesiąc — odezwała się surowo — a to w tym celu, ażebym ci była obca, a ty żebyś mógł dokładniej spełniać swe obowiązki. Przez ten czas będziesz zajęty w ogrodzie. A teraz precz mi z oczu!



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Miesiąc strasznej monotonii wśród ciężkiej, pospolitej pracy i beznadziejnej tęsknoty do ukochanej kobiety-szatana, to zda się, wieczność cała.

Przydzielono mnie do pomocy ogrodnikowi. Pomagam mu oczyszczać drzewa, kopać grządki, grodzić płoty, podlewać kwiaty; żywię się tym samym co i on, śpię z nim na barłogu w jednej izdebce. Wstaję równo ze świtem i kładę się spać po zachodzie słońca. Od czasu tylko do czasu dochodzą mnie słuchy, co dzieje się w willi. Moja pani otacza się rojem wielbicieli; raz nawet aż do ogrodu doleciał odgłos jej szampańskiego śmiechu w salonie.

Jest mi naprawdę głupio. Nieraz pytam sam siebie, czy istotnie żyję jeszcze na tym świecie, czy też odbywam jakąś karę poza grobem.

Pojutrze kończy się miesiąc. Co ona teraz ze mną zrobi? A może zapomniała o mnie i będę zmuszony do końca życia grodzić płoty i wić bukiety?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Przyszedł pisemny rozkaz:

„Grzegorz ma być od dziś przydzielony do moich osobistych posług.

Wanda Dunajem”.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Na drugi dzień rano opuściłem domek w ogródku i przeniosłem się do willi. Z bijącym sercem wszedłem do sypialni rozpalić ogień na kominku. Było jeszcze trochę ciemno.

— Czy to ty, Grzegorzu? — zadźwięczał jej głos, tak mi drogi. Jej samej nie mogłem dojrzeć, bo była zasłonięta w łóżku portierami.

— Tak, to ja, jaśnie pani.

— Która godzina?

— Dziewiąta.

— Śniadanie!

Przynoszę na tacy kawę i klękam przed łóżkiem.

— Kawa, proszę jaśnie pani.

Wanda odsunęła portierę. Spojrzałem na nią zdziwiony niepomiernie. Głowa jej, w obramowaniu rozwichrzonych włosów, na tle białych poduszek i koronek, wydała mi się jakby nie ta sama. Rysy straciły dawną miękkość, zaostrzyły się, wydłużyły. W wyrazie oczu znużenie czy przesyt.

A może ona zawsze tym się odznaczała, a ja tylko w zaślepieniu tego nie spostrzegałem?

Obrzuciła mnie spojrzeniem zimnym i obojętnym, z pewnym tylko odcieniem jakiegoś współczucia. W tej chwili wydała mi się piękna nieskończenie i porywająca aż do szału. Krew uderzyła mi do głowy a ręce zaczęły tak drżeć, że nie mogłem w nich tacy utrzymać. Zauważyła to i sięgnęła po szpicrutę, leżącą na szafce nocnej u wezgłowia.

— Jesteś niezdarny — wykrztusiła, nachmurzając czoło. Spuściłem wzrok jak zawstydzone dziecko, trzymając tacę tak silnie, jak tylko mogłem. Ona przeciągnęła się pod puszystym okryciem i wreszcie wzięła filiżankę.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dzwoniła. Jawię się natychmiast.

— List do księcia Corsini.

Biegnę do miasta i oddaję list księciu. Jest to młody, przystojny mężczyzna o iskrzących się, czarnych oczach. Oniemiały z zazdrości przynoszę jej odpowiedź.

— Co tobie jest? — pyta mnie jakby od niechcenia — pobladłeś tak mocno...

— Nic, jaśnie pani. Zmęczyłem się pospiesznym chodem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Książę był na śniadaniu. Zajął miejsce u jej boku, podczas gdy ja musiałem usługiwać obojgu. Śmiali się, żartowali, nie krępując się mną zupełnie, jakby mnie na świecie nie było, jakbym był manekinem bez życia i duszy. W pewnej chwili pociemniało mi w oczach. Nalewając jej czerwonego wina do kieliszka, splamiłem jej suknię.

— Ach, to kołek z płotu — krzyknęła uderzając mnie w twarz, a książę zanosił się od śmiechu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Po śniadaniu wybrała się na przejażdżkę zgrabną bryczuszką, zaprzęgniętą w jednego konika angielskiej rasy, którą sama powozi. Ja umieściłem się z tyłu na koziołku i patrzyłem, z jaką gracją moja pani uśmiecha się do młodych mężczyzn, którzy z daleka jej się kłaniają.

Gdy jej pomagam zsiąść, opiera się na mym ramieniu i wtedy doznaję dziwnego wstrząsu; coś, jakby prąd elektryczny, przebiegło przez moje członki od stóp do głów.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Na obiad, który odbywa się o szóstej wieczorem, zaprosiła dziś niewielkie towarzystwo, złożone z dam i mężczyzn. Usługiwałem i tym razem nie splamiłem już winem obrusa. Kara ma wszakże to do siebie, że może człowieka nauczyć zręczności.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Po obiedzie wybraliśmy się do teatru. Była ubrana w czarną, atłasową suknię, we włosy wpięła pęk róż, na ramiona zarzuciła gronostajowe boa. Spojrzałem na nią z dołu, gdy zstępowała ze schodów, i omal nie krzyknąłem z zachwytu. Otworzyłem jej drzwiczki do karety i wskoczyłem na kozioł, by przed teatrem znowu usługiwać jej przy wysiadaniu i wchodzeniu do loży. Całe cztery godziny czekałem w korytarzu, podczas gdy ona po każdym antrakcie przyjmowała wizyty najwytworniejszej młodzieży. To było dla mnie okropne!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Było już daleko po pomocy, gdy raz jeszcze odezwał się dzwonek z pokoju mojej pani.

— Roznieć ogień!

A gdy na kominku zaczęły polana trzaskać:

— Samowar!

Wszedłem z herbatą właśnie w chwili, gdy się rozbierała przy pomocy Murzynki i była w kompletnym negliżu.

— Podaj szlafrok — odezwała się po wyjściu pokojówki, przeciągając się sennie.

Przynoszę jej szlafrok i pomagam przy ubieraniu się, po czym ona rzuca się na otomanę.

— Zdejmij mi buciki i podaj mi pantofelki pokojowe — wycedziła przez zęby na pół śpiąco...

Klęcząc, ściągam jej z nóg trzewiki, z pewną trudnością, bo ciasne.

— Prędko — syknęła. — Uraziłeś mi odcisk, cymbale — krzyknęła i uderzyła mnie szpicrutą. To wystarczyło.

— A teraz precz! — co łącznie z kopnięciem oznaczało dobranoc.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dziś była zaproszona na obiad, a ja towarzyszyłem jej jako lokaj. W przedpokoju kazała mi zdjąć z siebie wierzchnie okrycie i czekać w garderobie. Podczas gdy ona ucztowała w jasno oświetlonej sali, w kole biesiadników, ja siedziałem w kącie. Od czasu do czasu dolatywały mnie tony muzyki, gdy drzwi otwarto. Kilku lokai próbowało nawiązać ze mną rozmowę, lecz przekonawszy się, że po włosku umiem ledwie kilka wyrazów, dali mi spokój. W końcu zdrzemnąłem się. Począłem śnić, że z zazdrości zamordowałem Wandę, że skazano mnie na śmierć i że właśnie stoję przed szubienicą w towarzystwie kata, który... zamiast mnie powiesić, wymierzył mi policzek. Otwieram oczy — to Wanda. Purpurowa ze złości, że musiała sama szukać okrycia. Pomogłem jej bez szemrania przy ubieraniu, myśląc, że przecież warto usługiwać takiej pięknej kobiecie i brać od niej po twarzy. Wystarczy w nagrodę spojrzeć na nią, gdy cała w gronostajach opuszcza gmach i wsiada do powozu opierając się na moim ramieniu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Nareszcie jeden dzień bez gości, bez teatru i towarzystwa. Wanda siedzi na tarasie i czyta, nie zwracając wcale na mnie uwagi. Z nastaniem zmierzchu wchodzi do pokoju. Posługuję jej przy obiedzie. Siedzi sama, ale dla mnie nie ma ani jednego słowa, ani jednego spojrzenia; nawet nie zdradza ochoty wymierzenia mi policzka. Omal nie wybuchnę płaczem, że ona mnie tak lekceważy i nawet mnie dręczyć nie chce.

Przed udaniem się do łóżka wzywa mnie znowu.

— Będziesz dziś spał w moim pokoju, bo miałam zeszłej nocy nieprzyjemne sny i boję się spać sama. Weź sobie poduszkę z otomany i połóż się na futrze niedźwiedzim przed łóżkiem.

Wydawszy to polecenie zgasiła światło. Tylko nocna lampka, błyszcząca u sufitu, słabo oświetlała to urocze zacisze.

— Leż spokojnie, żebyś mnie nie obudził — rzekła, kładąc się do łóżka.

Uczyniłem według rozkazu, ale długo w nocy nie mogłem zasnąć. Piękna kobieta, śpiąca tuż obok mnie na wznak, z ramionami pod głową, nie mogła mi zejść z myśli. Wsłuchiwałem się w miarowy jej oddech i każdego razu, gdy się tylko poruszyła, podnosiłem głowę ostrożnie, sprawdzając, czy nie żąda czegoś ode mnie. Nie potrzebowała jednak przez całą noc niczego. A zatem mam dla niej tylko taką wartość, jak ta lampka nocna albo rewolwer zawieszony nad łóżkiem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Czy ja jestem szalony, czy ona? Czy ona to wszystko obmyśliła, aby szaleńcze moje zachcianki w czyn wprowadzić, czy też jest to natura Nerona, lubująca się w dręczeniu drugich i deptaniu po ich grzbiecie bezkarnie i srodze? Gdy jej przyniosłem rano kawę do łóżka, położyła mi rękę na ramieniu i wpatrzyła się we mnie badawczo.

— Ach, jakże piękne masz oczy, nie zauważyłam tego dotychczas — szepnęła. A może one tak wypiękniały od chwili, gdy zacząłeś cierpieć? A może ty naprawdę jesteś nieszczęśliwy?

Nie odpowiedziałem na to nic.

— Sewerynie, czy ty mnie mimo wszystko kochasz jeszcze? — zawołała nagle tonem zdradzającym namiętność. — Czy ty mnie w ogóle jeszcze kochać możesz?

Przyciągnęła mnie ku sobie tak gwałtownie, że wypadła mi z rąk taca z filiżankami i kawa wylała się na dywan.

— Wando, moja droga Wando — wypowiedziałem bezwiednie, ściskając ją z całych sił i obsypując tysiącem pocałunków. — Taka już moja dola, że kocham cię coraz bardziej, coraz namiętniej, mimo wszystkich okrucieństw z twej strony, mimo zdrady; przeczuwam, że w końcu umrę z nadmiaru miłości i zazdrości.

— Ależ Sewerynie, ja cię wcale nie zdradziłam.

— Nie? Przez litość Wando, nie żartuj aż do tego stopnia! Przecież sam nosiłem list do księcia.

— To było tylko zaproszenie na śniadanie, nic więcej.

— Więc od czasu, jak jesteśmy we Florencji...

— Zachowałam ci najzupełniejszą wierność, przysięgam na wszystko, co mam najświętszego, że nie kłamię. To, co robiłam, było tylko wybiegiem, aby ziścić w zupełności twoje marzenia... Ale teraz muszę sobie poszukać wielbiciela, bo się obawiam, abyś mi w końcu nie czynił wyrzutów, że byłam za mało bezlitosna, ty mój piękny, kochany... niewolniku. Dziś jednak możesz być dla mnie znowu Sewerynem i kochankiem. Ubrania twego nie darowałam kelnerowi w Wiedniu. Znajdziesz je w skrzyni na strychu. Możesz je włożyć i być tym samym mężczyzną, co ongiś, tam w Karpatach, gdzie się tak sielankowo kochaliśmy. Zapomnij o wszystkim, co stało się od tego czasu. Nie przyjdzie ci to trudno, bo scałuję z twego czoła wszystkie smutki i troski.

Mówiła to pieszczotliwie, słodko, głaszcząc mnie i całując jak dziecko, po czym nagle odezwała się:

— No idź, przebierz się, bo muszę wstać i ubrać się. Powróciwszy zastałem ją już ubraną w biały atłasowy szlafrok z gronostajowymi wypustkami. Włosy upięła bogato wysadzanym diamentami diademem. W tej chwili znów przyszła mi na myśl Katarzyna II, ale Wanda nie dała mi wiele czasu do rozmyślań. Pociągnęła mnie ku sobie na otomanę. Nie była wcale surowa ani gniewna. Kazała mi czytać najnowsze poezje Lermontowa, pokazywała mi ilustracje z najnowszych pism i tygodników tudzież nowości literackie ostatniej doby. Oczywiście, nie szczędziła mi przy tym najwyszukańszych pieszczot.

— No, czy jesteś nareszcie szczęśliwy?

— Jeszcze nie zupełnie — odparłem.

Wówczas odchyliła rąbek gronostajów, ukazując marmurowej białości pierś, którą ja natychmiast obnażyłem.

— Doprowadzasz mnie do szału — powiedziałem.

— Więc szalej... wolno ci!

Wpiłem się jak żmija w jej białą szyję, zapominając o całym świecie, gdy nagle odezwała się raz jeszcze:

— A teraz jesteś szczęśliwy?

— Nieskończenie.

Ledwie przebrzmiał dźwięk tego słowa, wybuchnęła kaskadą szatańskiego śmiechu.

— Śniłeś ongiś, że największym twoim szczęściem będą cierpienia, które ci zadam, a teraz twierdzisz zupełnie co innego, nędzny człowieku, głupcze skończony. Myślisz, że będę twoją kochanką? Na kolana przede mną! No!

Zsunąłem się na klęczki i zacząłem patrzeć na nią błagalnie, jak pies.

— Widzisz głupcze, ja się nudzę, strasznie się nudzę, a ty nadajesz mi się do rozrywki na chwilę, gdy przyjdzie mi na to ochota. Nie patrz na mnie tak — dodała kopiąc mnie nogą. — Jesteś właśnie tym, czym chcę, co dla mnie wygodne, jesteś... zwierzęciem, nie — jesteś rzeczą!

Zadzwoniła i w tej chwili zjawiły się trzy czarne niewiasty.

— Zwiążcie go.

Nie próbowałem nawet stawiać oporu. Czarne bestie wyprowadziły mnie wśród chichotu w głąb ogrodu, gdzie na zboczu pomiędzy rzędami winorośli uprawiano grunt pod kukurydzę. Na końcu grząd leżał pług. Murzynki zaprzęgły mnie do niego każąc ciągnąć skiby, aby same mniej miały do kopania. Niebawem pojawiła się Wanda i przyłączyła się do swoich czarnych niewolnic; popędzały mnie co sił, jakbym był najzwyklejszą szkapą ruskiego chłopa z Podola, albo, co jeszcze gorsze, najpospolitszym w świecie osłem.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Gdy następnego dnia usługiwałem jej przy obiedzie, zagadnęła mnie słodziutko: — Przynieś drugie nakrycie, zjesz obiad razem ze mną. A gdy zająłem miejsce naprzeciw niej: — Nie tam, tu całkiem blisko, przy mnie.

Jest w jak najlepszym humorze. Nalewa mi sama zupy, swoją łyżką wykrada mi kąski z talerza lub wreszcie kładzie głowę na stole i kokietuje mnie. Na nieszczęście pojawiła się Heydée, na której zatrzymałem nieco dłużej wzrok, gdy podawała mi potrawę. Jej szlachetne, prawie europejskie rysy, wysoka, bujna pierś, jakby z czarnego marmuru wykuta, zainteresowały mnie przelotnie, co nie uszło uwadze despotycznej władczyni. Gdy tylko czarna piękność wyszła z pokoju, Wanda zerwała się dygocąc z gniewu.

— Co! Ty się poważasz w mojej obecności spoglądać na inną kobietę? W końcu ona zajmie cię więcej niż ja, bo czarna jest i trochę do diabła podobna...

Zląkłem się naprawdę, bo nigdy jeszcze nie widziałem jej tak rozwścieczonej. Pobladła jak płótno i drżała na całym ciele. Wenus królewska jest zazdrosna o swego niewolnika! Chwyta więc bat z kołka, uderza mnie kilka razy na oślep, wreszcie przywołuje Murzynki, przy ich pomocy wiąże mi ręce i spycha mnie po schodach do ciemnego i wilgotnego lochu w piwnicy.

Ani spostrzegłem, gdy drzwi się zatrzasnęły i zgrzytnął klucz w zamku... Byłem więc żywcem pogrzebany?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Leżę — nie wiem jak długo. Jestem związany jak baran przeznaczony pod nóż. Bez światła, bez powietrza, bez pożywienia i bez wody leżę na wilgotnej słomie i nie mogę nawet zasnąć. Ona może ma zamiar zagłodzić mnie, o ile przedtem nie wyzionę ducha z zimna, które mną trzęsie jak wiatr liśćmi osiny? A może to gorączka? Zdaje mi się, że zaczynam nienawidzić tej kobiety.

Czerwona jak krew struga światła przedarła się przez szparę w drzwiach, które niebawem się otwierają; ukazuje się Wanda z pochodnią w ręku, odziana w sobolowy płaszcz.

— Żyjesz jeszcze? — pyta, przyświecając z progu.

— Przychodzisz mnie zamordować — odpowiedziałem głucho.

Postąpiła o dwa kroki i jest już koło mnie, pochyla się, bierze mą głowę w obie ręce.

— Jesteś chory, biedaku, jak złowrogo błyszczą twe oczy... Czy ty mnie kochasz? Domagam się tego od ciebie...

I wyjmuje błyszczący sztylet, a mnie ciarki przechodzą od stóp do głowy. Zdaje mi się, że już teraz będzie koniec. Ona jednak tylko przecina powróz krępujący moje ręce i nogi.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Pozwala mi teraz co wieczór, po obiedzie, przychodzić i każe sobie czytać rozmaite dzieła, po czym dyskutujemy na ten temat do późna w noc. Zdaje mi się, że ona zmieniła się nareszcie, że wstydzi się tej drapieżności i barbarzyństwa, jakie względem mnie okazywała tak zapamiętale. Jest nader uprzejma i słodka, a kiedy podaje mi rękę na dobranoc tyle z jej oczu promienieje dobroci i tkliwości, że mimo woli zaczynam zapominać o wszystkich cierpieniach i łzach.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Czytam jej Manon Lescaut. Odczuwa, zdaje się, związek między powieścią a naszą sytuacją, ale nie odzywa się, tylko od czasu do czasu wybucha śmiechem lub zamyka mi książkę w połowie zdania.

— Czy jaśnie pani życzy sobie, bym dalej czytał?

— Dziś już nie, lepiej sami odegrajmy niektóre sceny. Mam właśnie dziś schadzkę w Cascine, a pan, panie Sewerynie, będzie mi towarzyszył.

— A może pan nie zechce?

— Pani rozkazuje... Nie, nie rozkazuję, lecz proszę — rzekła tak tkliwie i z takim wdziękiem, że sam szatan nie mógłby się jej oprzeć, po czym wstała i położyła -ręce na moich ramionach. — Ach te oczy, te oczy, nie uwierzysz Sewerynie, jak bezgranicznie cię kocham...

— O, tak — odparłem szorstko — pani kocha mnie tak ogromnie, że aż innemu schadzkę wyznacza...

— Czynię to jednak w tym tylko celu, aby ciebie podrażnić — odparła z naciskiem. — Muszę bowiem mieć wielbiciela, żeby ciebie nie stracić nigdy, bo ciebie jednego nad życie kocham — dodała wpijając się ustami w moje usta. — O, gdybym tak mogła wyssać przez pocałunki twoją duszę... Ale czas już...

Narzuciła na siebie aksamitny płaszcz, głowę owinęła szalem i wyszliśmy przez werandę na ulicę. — Grzegorz będzie powoził — rzekła do woźnicy, który zaraz się cofnął, a ja wskoczyłem na kozioł, chwyciłem lejce i okładając konie ze złości batem, ruszyłem.

W parku Cascine, w miejscu gdzie kończy się główna aleja, Wanda wysiadła. Było już trochę ciemno. Po niebie płynęły rzadkie chmurki, odsłaniając bystro migocące gwiazdeczki. Nad brzegiem rzeki Arno stał człowiek w długim płaszczu czy pelerynie i kapeluszu; patrzył nieruchomo na schody. Wanda podbiegła ku niemu przez zarośla i położyła mu znienacka rękę na ramieniu. Widziałem jeszcze, jak zwrócił się ku niej i ujął ją za tę rękę — potem zniknęli w zaroślach. Godzina strasznej męczarni, nareszcie zaszeleściło coś wśród liści. To oni wracali oboje.

Nieznajomy odprowadził ją aż do karetki. W migotliwym świetle latarni ujrzałem bardzo piękną, o łagodnych rysach twarz, okoloną bujnymi, jasnymi włosami. Podała mu rękę, którą ucałował z wielkim namaszczeniem, następnie skierowała się ku mnie i w okamgnieniu odjechaliśmy ciągnącą się wzdłuż rzeki aleją.

Do furty ktoś zadzwonił. Biegnę i spostrzegam znajomą już twarz. To ów tajemniczy blondyn z Cascine.

— Kogo mam zameldować? — pytam po francusku. Zagadnięty potrząsnął głową nieco zawstydzony.

— Może pan rozumie coś niecoś po niemiecku — pyta mnie nieśmiało.

— I owszem. Proszę o nazwisko.

— Ach, przepraszam. Niech pan będzie łaskaw oznajmić swej pani, że był tu pewien malarz Niemiec i prosił... Ale oto i ona sama.

Wanda wyszła właśnie na balkon i patrzyła w kierunku furtki.

— Niech Grzegorz poprosi pana do mnie — zawołała. Wskazałem malarzowi schody.

— Dziękuję, bardzo dziękuję... Wejdę już sam...

Z tymi słowami na ustach pobiegł po schodach, a ja zostałem na dole i patrzyłem za nim z głębokim współczuciem. Wenus złowiła jego artystyczną duszę w wężową sieć swoich rudych włosów. Będzie ją zapewne portretował i oszaleje.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Słoneczny, zimowy dzień. W złocistym świetle drżą listki drzew, wiecznie świeżych i zielonych. Kamelie piętrzą się na zboczu tarasu, puszczają pączki. Wanda siedzi na tarasie zajęta rysowaniem, a malarz stoi naprzeciw niej i złożywszy ręce wpatruje się w nią w niemym zachwycie, jak w jakieś nadziemskie zjawisko.

Ona jednak ani na niego nie spojrzy; nie raczy też zauważyć mnie, zajętego czyszczeniem ścieżki tuż obok. Robię to umyślnie, aby być w pobliżu niej i upajać się dźwiękiem jej słów, jak najpiękniejszą poezją.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Nareszcie malarz poszedł. To bardzo śmiałe, co chcę teraz uczynić, ale wszystko mi jedno. Wstępuję po schodach na werandę, staję tuż koło niej i pytam:

— Czy miłościwa pani kocha malarza? Spojrzała na mnie jakby zdziwiona, jednak bez gniewu, a nawet uśmiechnęła się.

— Sympatyzuję z nim — rzekła — ale nie kocham go wcale. Nie kocham w ogóle nikogo. Ciebie kochałam szalenie, namiętnie, jak tylko może kochać kobieta mego temperamentu. Ale to już przeszło bezpowrotnie. Nie kocham cię już ani odrobinę. Serce moje zamarło, spopieliły się wszystkie uczucia i to mnie strasznie boli, strasznie...

— Wando — przerwałem jej dotknięty tym wyznaniem.

— I ty również wkrótce przestaniesz mnie kochać, no i jeżeli do tego dojdzie, zwrócę ci wolność.

— W takim razie wiesz, co mi pozostaje — zawołałem z rozpaczą. — Nie popełnię samobójstwa, ani innego żadnego głupstwa, lecz, mimo że kochać mnie przestaniesz, sługą twym pozostanę nadal.

Wanda słuchała mnie z zadowoleniem, które wyraźnie można było wyczytać z jej twarzy.

— Pamiętaj jednak — zauważyła — że kochałam cię bezgranicznie i byłam bezwzględnie despotyczna względem ciebie, aby sprawić ci przyjemność, aby ziścić twoje fantastyczne marzenia i chorobliwe upodobania. W tej chwili czuję w sercu jeszcze jakąś iskierkę sympatii do ciebie, lecz gdy i ta zagaśnie — mogę być dla ciebie niebezpieczna, mogę cię zupełnie zniszczyć, rozumiesz?

— Myślałem i o tym — odparłem drżąc na całym ciele — lecz to wcale nie wpływa na moje postanowienie.

— To znaczy, że chcesz nadal cierpieć i znosić z mej ręki najokropniejsze męczarnie. A no... niech będzie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Dzisiaj oglądałem Wenus medycejską. Wybrałem się wcześnie do sali Trybuny, która była jeszcze prawie w mroku. Stałem długo przed rozkosznym posągiem, jak zaklęty. Ze zwiedzających nie było jeszcze nikogo, nawet żadnego Anglika, mogłem więc swobodnie paść na kolana przed idealnie piękną i boską postacią, patrzeć w tę piękną pierś dziewiczą, rozkoszne lica z na pół przymkniętymi oczyma, na bujne włosy, z których wyłaniały się dwa różki — patrzeć i upajać się, jak ongiś w dziecięcych snach.

Dzwonek.

Jest już południe, ale moja monarchini leży jeszcze w łóżku i przeciąga się, ręce założywszy na kark.

— Będę się kąpała — mówi do mnie, gdy się zjawiam w jej pokoju — a ty mi będziesz usługiwał. Zamknij drzwi.

Posłuchałem w milczeniu.

— Teraz zejdź do łazienki i sprawdź, czy na dole drzwi pozamykane.

Zszedłem po kręconych schodach, które prowadziły z jej sypialni do łazienki. Nogi drżały pode mną tak, że musiałem silnie trzymać się żelaznych poręczy. Przekonawszy się, że drzwi na werandę i ogród zamknięte, wróciłem na górę. Wanda siedziała teraz na łóżku z rozpuszczonymi włosami, otulona w futrzany płaszcz. Gdy się poruszyła spostrzegłem, że oprócz płaszcza — nie ma na sobie nic więcej... Przeraziłem się tym i pomyślałem, że już teraz przyszedł mój koniec.

— Niech Grzegorz weźmie mnie na plecy.

— Co, proszę!

— Masz mnie zanieść na dół na plecach, nie rozumiesz? Przystąpiłem do łóżka tak, że mogłem ją wziąć na barki.

Uchwyciłem mocno jej nogi, które wnet mnie oplotły i poniosłem ją po krętych schodach na dół, zstępując z wielką ostrożnością, by nie upaść i nie uszkodzić drogocennego ciężaru.

Łazienka była niezbyt wielkim, okrągłym pomieszczeniem, oświetlonym z góry słońcem padającym przez różowe szyby kopuły. Dwie olbrzymie palmy zasłaniały swoimi liśćmi wysłaną kobiercami i poduszkami otomanę. Wyłożone perskimi dywanami schody prowadziły do marmurowego basenu znajdującego się pośrodku.

— Na szafce obok łóżka leży zielona wstążka — rzekła Wanda, gdy ją zsadzałem z barków na otomanę — przynieś mi ją i... bat.

Przyniosłem w okamgnieniu oba przedmioty i złożyłem je u stóp mojej pani, która olbrzymią falę włosów zaplatała w warkocz i do wiązania potrzebowała tej zielonej wstążki.

Zacząłem przygotowywać kąpiel, ale bardzo niezręcznie, bo ręce i nogi, drżąc jak w febrze, wypowiadały mi posłuszeństwo. I nic dziwnego. Ilekroć spojrzałem na tę kobietę półnagą, osłoniętą niedbale tylko futrem, spod którego wyglądały śnieżnej białości piersi, biodra, ramiona, czułem w sobie piekielną żądzę! Gdy już basen był napełniony, zakręciłem kran, odwróciłem się do niej... i oniemiałem. Stała przede mną bez żadnej osłony, jak owa bogini w sali Trybuny.

W tej chwili wydała mi się tak święta, tak czysta w swej nadziemskiej piękności, że jak tam, przed posągiem, padłem bezwiednie do jej stóp...

Naga piękność nie była bynajmniej groźna ani zła. Rozbroiło mnie to zupełnie. Ona zaś powoli zstępowała po schodach do basenu. Co krok, to inna poza, inna gra linii, inny ruch mięśni. Spokojnie, ze świadomością rozkoszy, przypatrywałem się jej, gdy potem jak syrena rzuciła się w kryształową toń.

Ziomek jej, nihilista i estetyk, miał rację pisząc, że rzeczywiste jabłko ma większą wartość niż namalowane. I mnie się obecnie zdaje, że żywa kobieta jest piękniejsza niż Wenus wykuta z kamienia.

Nareszcie wyszła z wody ociekając brylantowymi kroplami jak rusałka, urocza i zimna. Okryłem ją prześcieradłem i nacierałem drżące jej ciało, po czym otuliłem ją w płaszcz. Spoczęła na otomanie, podparła się lewą ręką. Zdawało mi się, że to łabędź, otulający się śnieżnobiałym puchem.

Spostrzegłem dopiero teraz olbrzymie lustro weneckie na przeciwległej ścianie i krzyknąłem z przerażenia, bo ujrzałem w nim obraz nas obojga, jakby namalowany ręką geniusza. Przez chwilę ani drgnąłem, aby ten obraz fantastyczny, w mistrzowskich skomponowany liniach, nie prysnął, nie rozwiał się w nicość.

— Co tobie? — zapytała Wanda. Wskazałem zwierciadło.

— Ach, obraz, naprawdę wspaniały. Szkoda, że nie można go utrwalić.

— Mnie się zdaje, że to możliwe. Bo czy najsławniejszy malarz nie byłby dumny z tego, gdybyś mu pozwoliła uwiecznić pędzlem swoją posągową postać. Już sama myśl — mówiłem dalej, przypatrując się jej w zachwycie — że te wspaniałe rysy twarzy, ten płomień namiętności w oczach, te demoniczne włosy i posągowe linie całej postaci miałyby być dla świata nieznane, że zniszczy je kiedyś śmierć, przeraża mnie ogromnie. Musisz to piękno wydrzeć śmierci z łupieskich rąk! Nie powinnaś, jak my, zwykli śmiertelnicy, zejść z tego świata nie zostawiwszy śladu swej nadziemskiej piękności! Obraz twój musi żyć, kiedy ty sama w proch się rozsypiesz, twoja piękność musi odnieść tryumf nad nieubłaganą śmiercią!

Wanda uśmiechała się na te słowa jak przez sen.

— Co za szkoda, że dzisiejsze Włochy nie posiadają ani Tycjana, ani Rafaela — odezwała się. — Chyba, że nasz znajomy malarz zechciałby...

Zamyśliła się na chwilę.

— Dobrze, będzie mnie portretował — dodała po namyśle — i staraniem moim będzie, aby przy mieszaniu farb usługiwały mu amorki.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Młody malarz rozpakował swoje przybory w jej willi, urządzając sobie atelier. Oplątała go w zupełności. Zaczął właśnie malować Madonnę, Madonnę z rudymi włosami i zielonymi oczyma! Z tej rasowej bachantki brać podobieństwo do świętego obrazu, to przecież może uczynić tylko malarz... Niemiec, wyzuty z wszelkiego poczucia świętości.

Malarz ten, na szczęście, jest jeszcze większym osłem niż ja. To tylko źle, że nasza Tytania za wcześnie odkryła ośle uszy u nas obu. Śmieje się więc. Słyszę ten melodyjny, szatański śmiech ciągle podczas seansu, gdy są tylko we dwoje, a ja zaglądam przez otwarte okno do pracowni.

— Zwariował pan — odzywa się do malarza gromko — chce mnie pan malować jako Madonnę, ależ to świętokradztwo. Poczekaj pan, pokażę panu obraz, który sama namalowałam, a pan tylko zrobi kopię.

Wyjrzała przez okno.

— Grzegorzu!

Pobiegłem po schodach do atelier.

— Zaprowadź pana do łazienki, a żywo! — rzuciła tonem nieodwołalnego rozkazu i wyszła.

Gdy zeszliśmy do łazienki, ukazała się niebawem, odziana tylko w swój demoniczny płaszcz, ze szpicrutą w ręce. Rozciągnęła się na otomanie, jak wówczas po kąpieli. Ja bezwiednie rzuciłem się ku niej, jak wtedy, by znów na moim karku oparła swoją stopę.

— A teraz patrz na mnie tym swoim cielęcym wzrokiem — rozkazała mi wywijając szpicrutą — tak, dobrze.

Malarz zbladł jak płótno. Scena zrobiła na nim wrażenie; otworzył szeroko usta, lecz nie był zdolny wymówić ani słowa.

— No i jak się panu podoba moja kompozycja?

— Tak... chciałbym panią tak namalować — szepnął malarz takim tonem, jakby był bliski śmierci.

Rysunek węglem jest gotów, zarysy głowy i konturów ciała ugruntowane; demonicznie piękna jej twarz jawi się bardzo wyraźnie w kilku śmiałych pociągnięciach. Wanda zbliża się do płótna.

— Obraz powinien być, na wzór szkoły włoskiej, portretem i zarazem symbolem — wyjaśnia malarz, ciągle jeszcze blady i ledwie przytomny.

— A jaki da pan tytuł? — zapytała. — Ale co panu jest? Czy pan chory?

— Boję się — wymamrotał zająkując się i patrząc na piękną kobietę w futrze — ale mówmy o obrazie.

— Dobrze, mówmy o obrazie.

— Namaluję boginię miłości, która zeszła z Olimpu do swego ziemskiego oblubieńca i — aby nie skostnieć na zimnie — odziała się w futro; stopy ogrzewa na łonie ukochanego, którego wyczerpawszy uprzednio pocałunkami — chłosta teraz bezlitośnie, jak niewolnika; on kocha ją z całym szaleństwem zmysłów, a kocha tym więcej, im srożej ona go dręczy. Obraz ten powinien nosić tytuł Wenus w futrze.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Malarz maluje powoli. Tym szybciej jednak wzrasta w nim namiętność ku pięknej bogini. Obawiam się, aby nie odebrał sobie życia w przystępie szału. Ona bawi się nim bezlitośnie. Zadaje mu zagadki, których on wcale rozwiązać nie może, kokietuje go, jednym słowem — doprowadza go do ostateczności i to ją bawi, cieszy.

Podczas pozowania chrupie cukierki, a kulkami zrobionymi z papierków rzuca w malarza.

— Bardzo się cieszę, że łaskawa pani jest tak dobrze usposobiona — odzywa się ten biedak — ale twarz pani straciła już ten wyraz, który jest mi potrzebny do obrazu.

— Co pan powiada? Brak mi wyrazu, który jest panu potrzebny? Chwilkę cierpliwości.

Poruszyła się nagle i uderzyła mnie szpicrutą. Malarz spojrzał na nią ponuro. W spojrzeniu tym, obok dziecięcego zdumienia, odmalowała się zgroza i podziw zarazem.

Oblicze Wandy odzyskuje znamiona srogości, tym większej, im bardziej mnie dręczy.

— Czy moja twarz posiada już teraz ten wyraz, jakiego panu potrzeba? — pyta.

Malarz opuszcza głowę, zmieszany jej zimnym, przenikliwym wzrokiem.

— Tak, wyraz jest — ale ja niestety w tej chwili nie mogę malować.

— Co? Może panu pomóc! — odparła ironicznie.

— Tak... niech... niech pani i mnie wymierzy choć jedną chłostę.

— Ależ z przyjemnością, tylko proszę pamiętać, że ja nie lubię żartować.

— Ja też mówię zupełnie serio.

— Pozwoli się pan związać?

— Tak.

Ogarnia mnie wściekłość.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Pozuje mu sama. On wykańcza rysunek głowy i ja przy tym jestem zbyteczny. Wanda każe mi stać w otwartych drzwiach za portierą, skąd nic nie widzę, ale słyszę wszystko.

Coś w tym jest. Może ona boi się zostać z nim sama? Doprowadziła go już przecież do granic szaleństwa. A może to znowu jakiś nowy sposób dręczenia mnie? Drżę na samą myśl.

Wciąż rozmawiają ze sobą, ale on tak zniża głos, że nie rozumiem ani słowa. Tak samo szeptem ona mu odpowiada. Co to ma znaczyć? Czy porozumieli się poza moimi plecami?

Cierpię ogromnie i obawiam się naprawdę, aby mi serce nie pękło. Domyślam się, że oto teraz ukląkł przed nią, objął ją wpół, wessał się ustami w jej nagą pierś... Ona się śmieje... Znam ten śmiech bardzo dobrze... Teraz słyszę wyraźnie jej głos:

— Ach! na pana potrzebny jest koniecznie... bat!

— Kobieto! Bogini! Czy nie masz zupełnie serca, czy nie umiesz kochać — mówi malarz — nie pojmujesz wcale, co znaczy kochać i tęsknić, nie możesz zrozumieć, jak ja strasznie cierpię? Nie masz dla mnie odrobiny litości?

— Nie! — odrzekła dumnie i szyderczo — ale mam... bat! Wyciągnęła go szybko z kieszeni futra i uderzyła malarza w twarz. Podniósł się i odsunął kilka kroków w tył.

— Może pan teraz dalej malować? — zapytała obojętnie. On nie odpowiedział jej nic, tylko zbliżył się do sztalug, wziął do ręki pędzel i paletę...

I portret udał się wręcz wspaniale. Przedstawił piękność i grozę tej kobiety z niezwykłą wyrazistością, przedstawił cały majestat i potęgę jej diabolicznej duszy.

Malarz wlał w dzieło ogrom swej miłości i cierpień, uwielbienia i... przekleństwa.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Obecnie maluje mnie; jesteśmy sami kilka godzin dziennie. Dziś zwrócił się nagle ku mnie i zapytał drżącym głosem:

— Pan kocha tę kobietę?

— Tak...

— Ja również ją kocham. — Oczy zaszły mu łzami. Chwilę milczał i malował dalej.

— W mojej ojczyźnie jest góra, w głębi której ona mieszka — mruczał później do siebie. — Jest to z wszelką pewnością diablica.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Obraz już ukończony. Chciała mu za to zapłacić wspaniałomyślnie, jak płacą królowe.

— O, pani mi już zapłaciła — powiedział z bolesnym uśmiechem nie przyjmując pieniędzy.

Przed odejściem pokazał mi w zaufaniu swą tekę. Na jednym z rysunków jej głowa zdawała się być żywa, zupełnie jak w zwierciadle.

— Zabieram ze sobą tę pamiątkę — mówił — jako swą własność, której ona nie może mi odebrać, zapracowałem sobie na to dość ciężko...



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


— Wiesz... jest mi trochę żal tego biednego malarza — odezwała się dziś do mnie. — Obeszłam się z nim dość surowo. Udałam zanadto cnotliwą... A ty jak sądzisz?

Nie miałem odwagi odpowiedzieć.

— Ale, ale... zapomniałam, że rozmawiam ze swoim niewolnikiem... Pragnęłabym się rozerwać, zabawić i zapomnieć... Prędko, mój powóz!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Nowa fantastyczna toaleta: rosyjskie buciki z błękitno-fiołkowego jedwabiu, suknia również z tej materii, ozdobiona kokardkami, obcisły, krótki paltocik, bogato obłożony i podszyty gronostajami. Wysoką, gronostajową czapkę z kitą czaplich piór zdobi brylantowa agrafa. Rude włosy rozpuszczone swobodnie na plecach. Tak siada na koźle i powozi sama, ja zajmuję miejsce z tyłu, za nią. Jak ona smaga konie! Mkną jak szalone...

Chce dziś wzbudzić ogólny podziw, podbić swymi wdziękami wszystkich. Udaje jej się to doskonale. Jest niebezpieczną lwicą. Kłaniają się jej z powozów, na chodnikach tworzą się grupki pieszych, którzy tylko o niej rozmawiają.

Wtem przyskoczył na wronym koniu jakiś młody człowiek. Gdy zobaczył Wandę, wstrzymał wierzchowca a następnie pozwolił mu kroczyć stępa. Będąc już blisko — zatrzymał się... Teraz spostrzegła go także ona — zobaczyła lwica... lwa! Ich oczy spotkały się. Wanda, nie mogąc się uwolnić spod magicznej potęgi jego wzroku, zwróciła ku niemu głowę.

W tym momencie, na pół dziwnym, a na pół zachwycającym, przestało, zda się, bić moje biedne serce. Ona chłonęła go oczyma, a on był godzien tego. Jest to mężczyzna piękny, mężczyzna, jakiego w życiu nie widziałem. W watykańskim Belwederze stoi zaklęty w marmur jego sobowtór, z tymi samymi żelaznymi muskułami, z tym samym obliczem ozdobionym rozwianymi puklami włosów, pozbawionym zarostu... Gdyby miał bardziej pełne biodra, można by myśleć, że jest przebraną kobietą. Szczególny układ ust i lwie wargi, spoza których wychylają się białe zęby, nadają tej pięknej twarzy wyrazu nieco groźnego. Apollo, który obdarł ze skóry Marsjasza.

Nosi wysokie, czarne buty, obcisłe spodnie z białej skóry, krótkie futerko, podobne do tych, jakich używają włoscy oficerowie konnicy. Futerko to zrobione jest z czarnego sukna, obszyte astrachanem i gęsto sznurowane. Na czarnych, kędzierzawych włosach ma fez.

Teraz rozumiem, co to jest Eros i podziwiam Sokratesa, który w przeciwieństwie do Alcybiadesa został cnotliwym...

Tak wzruszonej nie widziałem jeszcze mojej lwicy. Gdy wyskoczyła z pojazdu przed wejściem do swej willi, policzki jej pałały. Przebiegła schody i rozkazującym skinieniem kazała mi iść za sobą.

Chodząc wielkimi krokami po pokoju, zaczęła mówić z pośpiechem, który mnie przestraszył:

— Musisz dowiedzieć się, kim jest mężczyzna, który był w parku, a dowiesz się dziś jeszcze, natychmiast. Och, ten człowiek! Widziałeś go? Co powiesz o nim?

— Jest piękny — odrzekłem głucho.

— On jest tak piękny — zatrzymała się i oparła na poręczy krzesła — że to... zatamowało mi oddech.

— Uchwyciłem wrażenie, jakie na tobie wywarł — odpowiedziałem. — Fantazja uniosła mnie znowu w tan zawrotny, zapomniałem o sobie... Mogę myśleć...

— Możesz sobie myśleć — zaśmiała się — że ten mężczyzna jest moim kochankiem, że bije ciebie, czym sprawia ci wielką rozkosz... A teraz idź, idź natychmiast!


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Nim nastał wieczór, wiedziałem o nim bardzo wiele.

Wanda była jeszcze nie rozebrana. Leżała na otomanie, z obliczem ukrytym w dłoniach. Rozwichrzone jej włosy podobne były do rudej grzywy lwa.

— Jak się nazywa? — spytała z przykrym spokojem.

— Aleksander Papadopolis.

— Jest więc Grekiem? Skinąłem głową.

— Czy młody?

— Nieco starszy od ciebie. Mówił, że kształcił się w Paryżu; nazywają go ateistą. Walczył na Krecie przeciw Turkom, odznaczył się nienawiścią i okrucieństwem — nie mniej niż męstwem i walecznością.

— A więc jest mężczyzną w każdym calu! — zawołała z błyszczącymi oczami.

— Obecnie przebywa we Florencji — ciągnąłem dalej — posiada olbrzymi majątek...

— O to wcale nie pytam — przerwała mi gwałtownie. — Mężczyzna ten jest niebezpieczny. Nie boisz się go? Ja drżę z obawy przed nim. Czy ma żonę?

— Nie.

— Może kochankę?

— Także nie.

— Do którego teatru chodzi?

— Dziś wieczór jest w teatrze Nicolini, gdzie grają najsławniejsi na całą Europę artyści włoscy, genialna Virginia Marini i Salvini.

— Wiesz, postaraj się o lożę — już... natychmiast! — rozkazała.

— Ależ pani...

— Chcesz znowu... bata?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

— Możesz czekać na parterze — powiedziała, gdy położyłem jej na balustradzie loży lornetkę i program, i podsunąłem należycie podnóżek.

Więc stoję i muszę opierać się o ścianę, by nie upaść z wściekłości... Nie, wściekłość nie jest tu odpowiednim wyrazem — ja przecież czuję trwogę śmiertelną.

Widzę ją w błękitnej sukni z mory. Na nagie ramiona zarzuciła gronostajowy płaszcz. On siedzi naprzeciw jej loży. Widzę, jak się wzajemnie pożerają oczyma, czuję, że dla nich obojga nie istnieje dziś ani scena, ani Salvini, ani Marini, ani publiczność, w ogóle nie obchodzi ich świat cały — a ja... czym ja jestem w tej chwili?

Dziś będzie na balu u greckiego ambasadora. Czy spodziewa się tam go spotkać?

Zdaje mi się, że nawet wcale o tym nie myśli. Ciężka suknia jedwabna, koloru turkusowego, uwydatnia plastycznie jej boskie kształty, ukazując przepiękny biust i ramiona. Z wyrazu jej twarzy nie można wyczytać ani śladu wzruszenia, niepokoju czy gorączkowego rozdrażnienia. Jest tak spokojna, że aż z wrażenia czuję, jak krew moja pod jej spojrzeniem krzepnie i serce moje bić przestaje. Powoli i majestatycznie wstępuje na marmurowe schody, zrzuca swoje drogocenne okrycie i kroczy niedbale do sali, wypełnionej dymem stu świec jakby srebrną mgłą.

Chwilę nie widzę jej... Podnoszę jej futro... Nie wiem jak mi wypadło z rąk... Jeszcze ciepłe jest od jej ramion.

Całuję to miejsce, a łzy napełniają mi oczy...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Otóż i on.

W czarnym, jedwabnym surducie, obszytym bogato ciemnym sobolem, piękny, zuchwały despota, który igra z życiem ludzkim i z duszą ludzką. Stoi, patrzy dumnie wokoło... Oczy jego spoczęły na mnie długo i nieprzyjaźnie.

Pod jego lodowatym spojrzeniem przejęła mnie znowu przerażająca, śmiertelna trwoga i przeczucie, że ten człowiek może Wandę podbić, zbałamucić i ujarzmić. Zazdrościłem mu tej dzikiej męskości i zarazem wstydziłem się tego okrutnie.

Czuję się upokorzony! A co jest najbardziej haniebne — powinienem go nienawidzić, a nie mogę. I nie wiem, jak to się stało, że on mnie, właśnie mnie wyszukał spomiędzy gromady służby.

Skinął na mnie rozkazującym ruchem głowy, a ja posłuchałem go, zupełnie bezwolnie.

— Odbierz ode mnie futro — rozkazał spokojnie.

Drżałem na całym ciele ze wzburzenia, lecz usłuchałem pokornie jak... niewolnik.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Całą noc czekałem w przedpokoju, majacząc jak w gorączce. Osobliwe obrazy przesuwały się przed moimi oczyma. Widzę, jak się spotkali... pierwsze długie spojrzenie... widzę, jak przechodzi przez salę wsparta na jego ramieniu... teraz w stanie upojenia spoczęła z przymkniętymi powiekami na jego piersi... Widzę go w przybytku miłości, lecz nie on tam jest niewolnikiem. Jako pan leży na otomanie, a ona... u jego stóp. Widzę też samego siebie, obserwuję go — klęcząc... Taca z herbatą chwieje się w mych rękach a on ujmuje wtedy — bat...

Majaki znikają nagle, wraca mi poczucie rzeczywistości. Teraz słyszę, co mówi o nim służba.

Jest on mężczyzną o usposobieniu kobiety. Wie, że jest piękny i stosownie do tego postępuje. Na wzór próżnej kurtyzany zmienia toaletę cztery lub pięć razy dziennie.

W Paryżu pojawił się z początku w przebraniu kobiecym, mężczyźni zasypywali go listami miłosnymi. Pewien sławny włoski śpiewak zakochał się w nim tak namiętnie, że wcisnął się do jego mieszkania, upadł przed nim na kolana i groził, iż sobie życie odbierze, gdy on go nie wysłucha.

— Żałuję pana — odpowiedział wtedy ze śmiechem — uwzględniłbym życzenie pana z przyjemnością, nie pozostaje mi jednak nic innego, jak tylko wykonać na panu wyrok śmierci, gdyż jestem... mężczyzną.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Sala opróżniła się już znacznie — ona jednak nie myśli wcale o tym, by udać się do domu. Światło poranka wciska się już przez żaluzje...

Wreszcie szeleści jej ciężka suknia, która spływa po niej jak turkusowa fala. Wanda idzie powoli, krok za krokiem, rozmawiając z nim.

Ja nie istnieję już dla niej na świecie. Nie zadaje sobie trudu, by mnie choć rozkazem obdarzyć.

— Płaszcz dla pani — rozkazuje on, ani myśląc sam jej usłużyć.

W chwili, gdy zarzucam na nią płaszcz, on stoi ze skrzyżowanymi ramionami obok. Kiedy, klęcząc, wkładam na jej nogi futrzane buciki, ona opiera lekko rękę na jego ramieniu i pyta:

— I cóż było z lwicą?

— Skoro lwa, którego ona wybrała i z którym ona żyła, pochwycił inny — opowiadał Grek — położyła się lwica spokojnie na ziemi i przyglądała się walce. Nie pomagała mu; patrzyła również obojętnie, kiedy pod szponami przeciwnika, zbroczony krwią, dogorywał; wreszcie — oddała się zwycięzcy, silniejszemu, bo taka jest natura... kobieca.

Moja lwica spojrzała w tej chwili na mnie szybko, lecz dziwnie. Ogarnął mnie strach, lecz nie wiem — dlaczego. Czerwone światło poranka zanurzyło mnie, ją i jego — we krwi...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Nie położyła się do łóżka. Zrzuciła tylko swą balową toaletę, rozpuściła włosy, rozkazała mi rozpalić i siadła przy kominku, patrząc nieruchomo w żarzący się ogień.

— Czy potrzebujesz mnie jeszcze, pani? — zapytałem, a głos odmówił mi posłuszeństwa przy ostatnich wyrazach.

Wanda potrząsnęła głową.

Opuściłem pokój, przeszedłem przez werandę i usiadłem nisko na schodach wiodących do ogrodu. Od strony rzeki wiał chłodny wiatr, wzgórza ginęły gdzieś daleko w różowej mgle; nad miastem z wybijającymi się wysoko okrągłymi wieżycami świątyń unosiła się przeczysta woń wiosny. Na bladobłękitnym niebie drżały jeszcze gdzieniegdzie gwiazdy.

Rozpiąłem surdut i przycisnąłem rozpalone czoło do marmuru. Wszystko, co przeszedłem dotąd, wydało mi się snem koszmarnym, a jednak było prawdziwe, tak strasznie prawdziwe!...

Przeczuwałem katastrofę. Widziałem ją tak blisko siebie, że nieomal mogłem uchwycić ją rękami, lecz... brakowało mi odwagi. Nie przerażały mnie cierpienia ani krzywdy dla mnie przez los przeznaczone. Obawiałem się tylko, że utracę tę, którą ubóstwiam szaleńczo. A uczucie tej obawy było tak potężne, tak druzgocące, iż rozpłakałem się nagle jak dziecko.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Przez cały dzień pozostawała zamknięta w swoim pokoju. Usługiwała jej tylko Murzynka. Lecz gdy na bladym błękicie zabłysła gwiazda wieczorna, widziałem ją, jak szła przez ogród. Z największą ostrożnością postępowałem za nią. Zbliżała się do świątyni Wenus. Obserwując ją dalej skrycie, zajrzałem przez szparę w drzwiach.

Wanda, z rękami złożonymi jak do modlitwy, stała przed wspaniałym posągiem bogini, a święty blask gwiazdy miłości rzucał na nią błękitne promienie.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Długo w nocy nie mogłem zasnąć, ogarnęła mnie trwoga, że ją utracę; rozpacz i zwątpienie miały tak wielką moc, że uczyniły ze mnie bohatera. Zaświeciłem małą, czerwoną lampkę oliwną, która wisiała przed świętym obrazem w korytarzu i przygaszając światło ręką, wkroczyłem do jej sypialni.

Lwica znalazła się wreszcie w potrzasku, upolowana. Zasnąwszy, leżała na swych poduszkach na wznak z zaciśniętymi kurczowo dłońmi i oddychała ciężko. Zdawało mi się, że miała jakiś straszny sen. Czerwone światło mojej lampki padło na jej cudne oblicze.

Nie zbudziła się jednak.

Cicho postawiłem lampkę na podłodze, usiadłem obok łóżka Wandy i położyłem swą głowę na jej miękkim, pałającym ramieniu. Poruszyła się, lecz i teraz nie zbudziła się jeszcze. Jak długo tak leżałem, skamieniały w okropnej męce wśród nocy — nie wiem.

Wreszcie pochwyciły mnie gwałtowne dreszcze i mogłem — płakać... Łzy moje spadały na jej ramię. Wanda drgnęła kilkakrotnie, wreszcie podniosła się, przetarła oczy i spojrzała na mnie.

— Sewerynie! — zawołała bardziej przestraszona niż gniewna.

Nie odpowiedziałem.

— Sewerynie — mówiła dalej z cicha — co ci jest? Jesteś może chory?

Jej głos brzmiał tak czule, tak kochająco, że chwycił mnie jak kleszczami za serce. Zacząłem głośno szlochać.

— Sewerynie — ciągnęła znowu — ty mój biedny, nieszczęśliwy przyjacielu, — Przesunęła łagodnie rękę po moich włosach. — Ja cię bardzo, bardzo żałuję; nie mogę ci jednak nic pomóc, mimo najlepszych chęci nie znam żadnego lekarstwa dla ciebie.

— O! Wando, czy musi już tak być? — jęczałem w strasznym bólu.

— Cóż to, Sewerynie? O czym mówisz?

— Nie kochasz mnie więc zupełnie? — mówiłem dalej — nie czujesz odrobiny litości dla mnie? Obcy, piękny mężczyzna zagarnął cię już całkiem?

— Nie mogę zaprzeczyć — odparła łagodnie po krótkiej przerwie. — Wywarł on na mnie wrażenie niepojęte, wskutek którego cierpię i drżę; wrażenie takie, jakie opisać mogą tylko poeci; wrażenie, którego obraz widziałam tylko na scenie, lecz uważałam zawsze za wytwór fantazji. O! To jest mężczyzna zupełnie jak lew, silny a piękny, dumny a przecież czuły, nie taki brutalny jak nasi mężczyźni północy! Wierz mi, Sewerynie, ubolewam nad tobą, bardzo mi ciebie żal. Jednak to jego muszę posiadać! Co mówię? Ja muszę się jemu oddać, jeżeli tylko zechce!

— Wando, pomyśl choć o swojej czci, której dotąd przecież nie skalałaś. Jeżeli ja dla ciebie niczym już nie jestem...

— Myślę o tym — odpowiedziała — chcę być silna, jak tylko długo zdołam, chcę — ukryła zawstydzoną twarz w poduszki — pragnę być jego żoną, jeżeli on tego zechce.

— Wando! — krzyknąłem, przejęty znowu śmiertelną trwogą, która łamała mi oddech i niemal pozbawiała przytomności. — Ty chcesz zostać jego żoną, pragniesz należeć do niego na zawsze? O, nie odpychaj mnie od siebie! On ciebie nie kocha!

— Któż ci o tym mówił? — zawołała gwałtownie.

— On ciebie nie kocha — mówiłem dalej namiętnie — lecz ja cię kocham, modlę się do ciebie, jestem twoim niewolnikiem, chcę się poświęcić tobie, przenieść cię na swych ramionach przez życie!

— Kto ci mówił, że on mnie nie kocha? — przerwała mi gwałtownie.

— O! bądź moją — błagałem — bądź moją! Nie mogę żyć bez ciebie, nie mogę istnieć! Miej przecież litość, Wando, miej litość!

Spojrzała na mnie, a było to znowu zimne, bezlitosne spojrzenie, któremu towarzyszył szyderczy śmiech.

— Mówisz, że on mnie nie kocha? — rzekła drwiąco. — Więc dobrze, ciesz się z tego! — I odwróciła się ode mnie z pogardą.

— Boże, Boże! Wando, czy ty nie jesteś kobietą, nie masz zupełnie serca? — wołałem, podczas gdy pierś moja falowała jak w konwulsjach.

— Wiesz przecież — odparła złośliwie — jestem kobietą z kamienia, „Wenus w futrze”, twoim ideałem, klęknij więc i módl się do mnie.

— Wando! — błagałem. — Litości!

Zaśmiała się. Wcisnąłem twarz w jej poduszkę, a łzy, w których mieścił się mój ból okropny, lały się strumieniem.

Długą chwilę było zupełnie cicho, następnie Wanda podniosła się powoli.

— Nudzisz mnie — zaczęła.

— Wando!

— Jestem śpiąca, daj mi spokój...

— Litości — błagałem znowu — nie odtrącaj mnie od siebie, nie znajdziesz żadnego mężczyzny, nie znajdziesz nikogo, kto by cię tak kochał, jak ja.

— Daj mi spać! — odwróciła się do mnie plecami. Zerwałem się, szarpnąłem za rewolwer, który wisiał obok jej łóżka i przyłożyłem lufę do swej piersi.

— Zabiję się tu, w twej obecności — mamrotałem głucho.

— Czyń, co chcesz — odrzekła z zupełną obojętnością — pozwól mi tylko spać. — Następnie ziewnęła głośno. — Jestem bardzo śpiąca.

Przez moment stałem skamieniały. Potem zacząłem się śmiać i znowu głośno płakałem, wreszcie schowałem rewolwer i rzuciłem się przed nią na kolana.

— Wando, chciej mnie tylko posłuchać, posłuchaj jeszcze małą chwilkę — prosiłem.

— Chcę spać! Nie słyszysz? — krzyknęła gniewnie, skoczyła z łóżka i kopnęła mnie nogą. — Zapominasz, że jestem twą panią?

Kiedy nie poruszyłem się z miejsca, chwyciła bat i uderzyła mnie. Podniosłem się, trafiła mnie raz jeszcze, w twarz.

— Człowiecze, niewolniku!

Z zaciśniętymi pięściami, złorzecząc niebu, opuściłem nagle jej sypialnię. Odrzuciła bat i wybuchnęła swoim szyderczym śmiechem.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


Nareszcie zdecydowałem się wyrwać spod panowania tej kobiety bez serca, która za niewolnicze uwielbienie płaciła mi okrutnymi mękami, a za wszystko, co od niej wycierpiałem, chciała mnie w końcu zdradzić. Pakuję więc swoje drobiazgi w węzełek i piszę do niej:


„Łaskawa Pani!

Kochałem Panią, jak człowiek pozbawiony rozumu; oddałem się Jej tak, jak nigdy dotąd żaden mężczyzna kobiecie. Pani jednak nadużywała moich najświętszych uczuć i uważała mnie zuchwale za jakąś marną zabawkę. Jak długo byłaś, Pani, okrutna i nielitościwa — mogłem Cię jeszcze kochać. Teraz jednak zamierzasz być tylko pospolita, ordynarna. Nie będę dłużej niewolnikiem, który pozwalałby Ci się, Pani, prześladować i smagać batem. Sama uczyniłaś mnie wolnym. Dziś opuszczam kobietę, do której czuję tylko nienawiść i pogardę

Seweryn”


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

List ten oddaję Murzynce, następnie uciekam jak mogę najszybciej. Bez tchu dobiegam do stacji. Nagle uczuwam w sercu gwałtowne ukłucie... zatrzymuję się... zaczynam płakać. O! to dziwne... chcę uciekać i nie mogę. Powracam... dokąd? Do niej, którą ciągle czczę i uwielbiam.

Namyślam się. Nie mogę przecież wracać. Nie śmiem. Jakże jednak wyjadę z Florencji? Przypominam sobie, że nie mam pieniędzy, jestem bez grosza. Pójdę więc pieszo, jak po prośbie, bo rzeczywiście lepiej jest żebrać, niż jeść chleb kurtyzany.

Lecz przecież nie mogę się oddalić. Ona ma moje słowo, moje słowo honoru! Muszę powrócić. Może mnie zwolni. Uszedłszy szybko kilka kroków, stanąłem znowu. Ona ma moje słowo honoru, moją przysięgę, że pozostanę jej niewolnikiem, jak długo ona zechce, jak długo ona sama nie obdarzy mnie wolnością; mogę się jednak zabić.

Idę parkiem nad rzeką Arno, jestem już całkiem na dole, gdzie żółtawa woda, pluskając monotonnie, kąpie parę samotnych wierzb... Siadam i zamykam mój rachunek istnienia — przypominam sobie całe moje minione życie i czuję, jakie ono było nędzne. Nieco chwil miłych, nieskończenie więcej obojętnych i wiele, wiele bólu, cierpień, niepokoju, rozczarowań, zawiedzionych nadziei, zmartwień, trosk i smutków.

Pomyślałem o mojej matce, którą tak bardzo kochałem i widziałem złożoną okropną chorobą, wspomniałem o moim bracie, który żądny rozkoszy i szczęścia umarł w kwiecie swej młodości, nim jeszcze jego usta mogły dotkąć czary życia.

Pomyślałem o mojej zmarłej niańce, o towarzyszach zabaw dziecięcych, o przyjaciołach, którzy razem ze mną pracowali i uczyli się, o tych wszystkich, których przykryła zimna, martwa, obojętna ziemia... Wszystko proch i w proch się obraca.

Zaśmiałem się gorzko i zbliżyłem do wody. Chcę rzucić się w toń, jednak zatrzymują mnie gałęzie wierzby zwisające nad żółtymi falami. I nagle widzę przed sobą kobietę, która uczyniła mnie tak bardzo nieszczęśliwym. Jej postać, prześwietlona promieniami słońca, unosi się nad zwierciadłem wody. Wydaje mi się przezroczysta, tylko głowa i kark otoczone są czerwonymi płomieniami. Zwraca swe oblicze ku mnie i uśmiecha się.

I znowu drżę ze wstydu i gorączki. Murzynka oddała mój list i mogę oczekiwać wyroku śmierci z ust bezlitosnej, okrutnej kobiety.

Lecz to ona musi mnie zabić! Sam nie odważę się na to, a przecież już dłużej żyć nie chcę!

Kiedy wracam i błądzę około domu, ona stoi na werandzie, oparta o balustradę; jej oblicze z zielonymi, błyszczącymi oczyma jest oświetlone pełnym blaskiem słonecznym.

— Ty żyjesz? — pyta nie poruszając się wcale. Stoję w milczeniu, ze spuszczoną na piersi głową.

— Oddaj mi mój rewolwer — mówi dalej — tobie i tak na nic się nie przyda. Nie masz dość odwagi, by odebrać sobie życie.

— Nie mam — odparłem trzęsąc się z zimna. Zmierzyła mnie dumnym, szyderczym spojrzeniem.

— Zgubiłeś go zapewne w Arno? — wzruszyła lekceważąco ramionami. — Niech i tak będzie. Tylko dlaczego nie odszedłeś?

Mamrotałem coś, czego ani ona, ani nawet ja sam zrozumieć nie mogłem.

— Ach, nie masz pieniędzy, tak? — zawołała i rzuciła mi z niewypowiedzianą pogardą swą portmonetkę.

Nie podniosłem jej.

Milczeliśmy oboje przez dłuższą chwilę.

— Nie chcesz więc odejść?

— Nie mogę...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Wanda urządza sobie przejażdżki po parku, bywa w teatrze, oczywiście beze mnie, przyjmuje gości. Usługuje jej Murzynka. Nikt nie pyta o mnie. Błąkam się ustawicznie po ogrodzie, jak zwierzę, które straciło swego pana.

Leżąc w cieniu krzewów widzę parę wróbli, walczących o nasionko.

Wtem szeleści kobieca szata.

Zbliża się Wanda. Ubrana w ciemną, jedwabną suknię, zapiętą skromnie aż po samą szyję. Obok niej idzie Grek. Prowadzą bardzo ożywioną rozmowę, lecz ja nie mogę zrozumieć ani słowa. Teraz on wywija swym batem w powietrzu i tupie nogą tak silnie, że aż żwir alejki rozpryskuje się dookoła. Wanda wzdryga się.

Czyżby się bała, żeby jej nie uderzył?

Zaszli więc aż tak daleko?


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

On odchodzi. Wanda woła go, lecz on nie słyszy, bo słyszeć jej nie chce.

Wanda kiwa smutnie głową i siada na najbliższej kamiennej ławce. Siedzi długo, zatopiona zupełnie w swych myślach. Przyglądam się jej z pewną złośliwą radością, wreszcie zrywam się gwałtownie i staję w postawie szyderczej przed nią. Ona podnosi się, drży na całym ciele.

— Przychodzę pani pogratulować szczęścia — mówię kłaniając się — widzę, łaskawa pani, że znalazłaś swego pana.

— Tak, dzięki Bogu! — krzyczy. — Nie nowego niewolnika, których mam już dosyć; znalazłam pana, kobieta potrzebuje pana i modli się do niego!

— Wando, więc ty się do niego modlisz? Do tego ordynarnego człowieka?

— Kocham go tak, jak nie kochałam jeszcze nikogo.

— Wando! — zacisnąłem pięści, lecz znowu zaczęły mnie dławić łzy, a namiętność odurzyła mnie aż do utraty zmysłów. — Dobrze, więc wybierz go, weź za swego męża, on powinien być twym panem. Ja jednak chcę pozostać twoim niewolnikiem, przez całe życie.

— Ty chcesz być moim niewolnikiem, nawet potem? — mówiła. — To byłoby doskonałe, lecz sądzę, że on czegoś podobnego nie zechce znosić.

— On?

— Tak, on już jest zazdrosny o ciebie — zawołała — on o ciebie! Domagał się ode mnie, abym cię natychmiast oddaliła, kiedy mu powiedziałam, kim jesteś.

— Powiedziałaś mu?... — powtórzyłem struchlały.

— Wszystko — odparła. — Opowiedziałam mu całą naszą historię, opowiedziałam o wszystkich twoich poświęceniach dla mnie, wszystko, lecz on, zamiast się śmiać — rozgniewał się.

— Groził nawet, że cię uderzy? Wanda, spuściwszy oczy w dół, milczała.

— O tak — mówiłem z szyderczym wyrzutem — ty się go boisz! — Rzuciłem się do jej nóg i wzruszony wiłem się koło jej kolan. — Ja nie żądam niczego od ciebie, niczego, pragnę tylko być zawsze blisko ciebie, chcę być twym niewolnikiem, twym psem!

— Nudzisz mnie — rzekła Wanda apatycznie. Zerwałem się. Wszystko burzyło się we mnie.

— Teraz już nie jesteś okrutna, lecz pospolita! — powiedziałem, akcentując silnie każde słowo.

— Napisałeś o tym obszernie w liście — odparła Wanda wzruszając dumnie ramionami. — Mężczyzna myślący nie powtarza się nigdy.

— Czegóż ty się ode mnie spodziewasz? — przerwałem — jak to nazywasz?

— Mogłabym cię wychłostać — odparła pogardliwie — lecz tym razem wolę odpowiedzieć ci słowami, zamiast uderzeniami bata. Nie masz żadnego powodu, aby mnie oskarżać, bo czyż nie obchodziłam się zawsze z tobą uczciwie? Czy mało razy przestrzegałam cię? Czy nie kochałam cię serdecznie, nawet namiętnie i czy ukrywałam przed tobą tę tajemnicę, że oddawać się mnie i poniżać przede mną, to rzecz bardzo niebezpieczna, gdyż ja paraliżuję wolę mężczyzny? Ty jednak chciałeś być moją zabawką, moim niewolnikiem! Znajdujesz bowiem największą rozkosz wtedy, gdy czujesz na swym ciele stopę lub bat kobiety okrutnej, zuchwałej. Czego więc chciałbyś teraz? Prawda, we mnie drzemały złe skłonności, lecz to ty pierwszy je rozbudziłeś; jeżeli teraz sprawia mi przyjemność, gdy ciebie męczę i katuję, to jest to twoja wina. Ty bowiem uczyniłeś mnie taką, jaką dziś jestem i popełniasz niedorzeczność, oskarżając mnie.

— O tak, zawiniłem — odrzekłem — ale czy grzech swój mało odpokutowałem? Teraz skończ jednak tę straszliwą zabawę.

— Tego też właśnie pragnę — odparła, obrzucając mnie druzgocącym spojrzeniem.

— Wando! — zawołałem porywczo — nie doprowadzaj mnie do ostateczności, wszak widzisz, że jestem znowu mężczyzną.

— Słomiany ogień — odparła — który świeci przez moment i jak szybko powstał, tak prędko gaśnie. Myślisz, że mnie nastraszysz, a wydajesz mi się tylko śmieszny. Gdybyś był mężczyzną takim, za jakiego cię z początku uważałam — poważnym, myślącym, energicznym — byłabym cię wiernie kochała i z pewnością zostałabym twoją żoną. Kobieta pragnie mężczyzny, którego wyższość może podziwiać. Takiego zaś jak ty, co zniża swój kark, by ona na nim postawiła stopę, uważa co najwyżej za zabawkę, którą odrzuca od siebie z chwilą, gdy ją zaczyna nudzić.

— Spróbuj tylko mnie odrzucić — powiedziałem szyderczo — poznasz, że i zabawka może być bardzo niebezpieczna.

— Nie prowokuj mnie — zawołała i w tej chwili oczy jej zapałały dziwnym ogniem, a policzki zaczerwieniły się.

— Jeżeli ja cię nie mogę posiadać — ciągnąłem przytłumionym głosem — to nie śmie cię posiąść żaden inny mężczyzna.

— Z jakiej teatralnej sztuki jest to zdanie? — szydziła, zupełnie blada z gniewu. — Nie wyzywaj mnie do walki — ciągnęła dalej — nie jestem okrutna, lecz sama nie wiem, do czego jeszcze mogę się posunąć.

— Cóż możesz mi uczynić gorszego nad to, że uczynisz tamtego swoim kochankiem, swoim mężem? — odpowiedziałem gorączkując się coraz bardziej.

— Mogę cię zrobić jego niewolnikiem — odparła szybko — jesteś przecież w moich rękach. Czyż nie mam takiej umowy? Lecz dla ciebie będzie to zapewne tylko rozkoszą, gdy każę cię związać i powiem do niego: „Rób teraz z nim wszystko, co chcesz”.

— Kobieto, ty oszalałaś! — krzyknąłem.

— Jestem bardzo rozsądna — powiedziała cicho — ostrzegam cię po raz ostatni. Nie opieraj mi się teraz, gdy zaszłam już tak daleko, bo łatwo mogę posunąć się jeszcze dalej. Czuję do ciebie pewien rodzaj nienawiści i gdybym cię widziała wijącego się z bólu pod śmiertelnymi razami jego bata, byłoby to dla mnie prawdziwą rozkoszą. Lecz jeszcze dotąd hamuję sama siebie, jeszcze...

Będąc znacznie silniejszy, chwyciłem ją w przegubie ręki i szarpnąłem do ziemi tak, że uklękła przede mną na kolana.

— Sewerynie! — zawołała, a na jej obliczu odmalowała się wściekłość i przerażenie.

— Zabiję cię, jeżeli zostaniesz jego żoną — groziłem, a z mojej piersi wydobywał się głos ochrypły i głuchy. — Ty jesteś moja, nie opuszczę cię, bo kocham cię zanadto — to mówiąc, objąłem ją, przycisnąłem do siebie, a prawą ręką chwyciłem mimowolnie rewolwer umieszczony za pasem.

Wanda spojrzała na mnie spokojnie.

— Tak, podobasz mi się — rzekła poważnie. — Teraz jesteś mężczyzną i w tej chwili czuję, że cię jeszcze kocham.

— Wando! — nie posiadałem się z radości, łzy przesłaniały mi oczy, pochyliłem się nad nią i okrywałem jej pełne wdzięku oblicze gorącymi pocałunkami. A ona wybuchnęła nagle głośnym, wesołym śmiechem i zawołała:

— Masz dosyć swego ideału, jesteś zadowolony ze mnie?

— Co? — jąkałem — czy to znowu twoi żart?

— O nie — mówiła dalej pogodnie — to prawda, że kocham ciebie, tylko ciebie jednego, a ty... ty mały, poczciwy głuptasku nie zauważyłeś, że to wszystko było igraszką i zabawą. O, jakąż przykrością było dla mnie bić ciebie batem wtedy właśnie, kiedy najchętniej ujęłabym twą głowę i obsypała ją pocałunkami... Lecz teraz dosyć już tego, nieprawdaż? Wykonałam swą rolę najlepiej, jak umiałam. A teraz? Będziesz chyba zadowolony z posiadania małej, dobrej, rozsądnej i cokolwiek pięknej kobietki, prawda? Spróbujmy żyć prawdziwie rozsądnie.

— Ty będziesz moja? — zawołałem w błogim rozmarzeniu.

— O tak, będę twoją żoną, kochany, drogi mężu — szeptała Wanda, całując moje ręce.

Przycisnąłem ją do swej piersi.

— Tak, tak, od tej chwili nie będziesz już więcej Grzegorzem, niewolnikiem. Teraz jesteś znowu moim kochanym Sewerynem, moim mężem.

— A on? Nie kochasz go? — zapytałem wzruszony.

— Jakże mogłeś nawet przypuszczać, że kocham takiego ordynarnego człowieka? Byłeś zupełnie zaślepiony, ja jednak tęskniłam za tobą.

— Przez ciebie byłbym sobie prawie życie odebrał.

— Naprawdę? — zawołała. — Ach! Drżę na samo wspomnienie o tym, że byłeś już gotów do fatalnego skoku w fale Arno!

— Uratowałaś mnie — odparłem czule — twoja postać bowiem unosiła się z uśmiechem nad falami i ten uśmiech zawrócił mnie ku życiu.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Doznaję osobliwego uczucia, gdy trzymam ją teraz w swych ramionach, a ona spoczywa cicho na mojej piersi i pozwalając mi całować swe cudne oblicze, uśmiecha się; wydaje mi się, jakobym zbudził się z gorączkowej maligny lub był rozbitkiem, który po długiej walce z bezlitosnym morskim żywiołem wydostał się szczęśliwie na ląd.



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


— Nienawidzę tej Florencji, gdzie byłeś tak nieszczęśliwy — rzekła do mnie, gdy jej przyszedłem powiedzieć dobranoc. — Chcę odjechać jak najprędzej, jutro, już... Bądź tak dobry i napisz dla mnie kilka listów, a ja w tym czasie pojadę do miasta i złożę znajomym pożegnalne wizyty. Zgadzasz się?

— Oczywiście, moja kochana, dobra, piękna pani.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Zapukała rano do moich drzwi i zapytała czy dobrze spałem. Jest nadzwyczaj uprzejma. Nigdy nie przypuszczałbym, że może być tak dobra i łagodna.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Upłynęły już cztery godziny od wyjścia Wandy. Dawno pokończyłem swoje listy. Teraz siedzę na werandzie i patrząc na ulicę czekam, czy w oddali nie pojawi się jej pojazd. Tęskno mi trochę bez niej, jestem niespokojny, choć przecież, na Boga, nie mam żadnego powodu do wątpliwości lub obaw. Leżą one jednak na dnie mego serca i widocznie nigdy się ich już nie pozbędę. Może powodują je cierpienia minionych dni, rzucające cień na moją duszę?

Wreszcie przychodzi ona, promieniejąca szczęściem i zadowoleniem.

— Czy wszystko jest podług twego życzenia? — zapytałem, całując czule jej rękę.

— Tak, moje serce — odpowiada — dziś w nocy wyjeżdżamy, pomóż mi się tylko spakować.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Przed wieczorem prosi mnie, abym pojechał na pocztę i wysłał jej listy. Biorę więc jej pojazd i wracam za godzinę.

— Pani pytała się o pana — mówi ze śmiechem Murzynka, gdy wstępuję na szerokie, marmurowe schody.

— Był ktoś?

— Nikt — odpowiada i siada, jak czarny kot, poniżej schodów.

Idę powoli na górę, aż staję przed drzwiami jej sypialni.

Dlaczego bije mi serce? Jestem przecież tak bardzo szczęśliwy.

Otwierając cicho drzwi, odsuwam portierę. Wanda leży na otomanie, lecz nie zauważa mojej obecności. Jakże jest piękna w sukni ze srebrnoszarego jedwabiu, która uwydatnia zdradziecko wspaniałe linie jej ciała, odsłania jej cudowne piersi i piękne ramiona. Jej rozpuszczone włosy przeplecione są czarną aksamitną wstążką. Na kominku płonie potężny ogień, wisząca lampa rzuca czerwone światło, cały pokój tonie, zda się, we krwi.

— Wando! — odzywam się wreszcie.

— Sewerynie! — odpowiada radośnie — oczekiwałam cię niecierpliwie. Zerwała się i objęła mnie ramionami. Następnie usiadła znowu na poduszkach i chciała mnie do siebie przyciągnąć, zsunąłem się jednak łagodnie do jej nóg i położyłem głowę na jej łonie.

— Czy wiesz, że dziś jestem szczególnie zakochana w tobie? — szepce i odgarnąwszy mi z czoła włosy, całuje moje oczy. — O, jak piękne są twoje oczy! Podobały mi się zawsze najbardziej, lecz dziś upajają mnie bezgranicznie. A ty, ty jesteś taki zimny, postępujesz ze mną jak z kawałkiem drewna. Ale czekaj, chcę żebyś i ty poczuł się zakochany! — mówiąc to zawisła znowu czule na moich ustach. — Nie podobam ci się już, muszę znowu być dla ciebie okrutna, dziś jestem dla ciebie zanadto dobra; wiesz co głuptasku, będę cię trochę bić batem...

— Ależ dziecko!

— Ja tak chcę.

— Wando!

— Zbliż się i daj związać — mówiła dalej, skacząc swawolnie po pokoju — chcę cię widzieć prawdziwie zakochanym, rozumiesz? Oto są sznury. Czy będę mogła to uczynić?

Zaczęła mi krępować nogi, potem związała silnie na plecach moje ręce, wreszcie ściągnęła mi ramiona, jak jakiemuś zbrodniarzowi.

— Tak — rzekła wesoło — czy możesz się jeszcze poruszyć?

— Nie.

— Dobrze.

Teraz zrobiła z mocnego sznura pętlicę, zarzuciła mi ją na głowę, zsunęła aż na biodra, następnie ściągnęła ją silnie i przywiązała mnie do filara.

W tej chwili przejęły mnie dreszcze.

— Doznaję uczucia, jak gdybym miał być stracony — rzekłem z cicha.

— Powinieneś być dziś tylko porządnie obity! — zawołała Wanda.

— Ubierz się jednak w futerko — powiedziałem — proszę cię o to.

— Tej przyjemności ci nie odmówię — odpowiedziała, po czym przyniosła swoje okrycie i włożyła je z uśmiechem. Następnie ze złożonymi na piersiach rękami stanęła przede mną i przypatrywała mi się półprzymkniętymi oczyma.

— Czy znasz opowieść o wole Dionizjusza? — zapytała.

— Przypominam sobie bardzo niejasno. Cóż to za historia?

— Pewien dworzanin wymyślił dla tyrana syrakuzańskiego Dionizjusza nowe narzędzie męki, a mianowicie żelaznego wołu, w którym skazanego na śmierć można było zamykać i umieszczać w ogniu. Gdy tylko żelazny potrzask zaczynałby się żarzyć, krzyk skazańca miał rozbrzmiewać tak, jak ryk prawdziwego wołu. Dionizujsz przyjął wynalazek łaskawie i rozkazał, aby dla wypróbowania dzieła zamknąć w żelaznym wole najpierw samego wynalazcę.

— Historia bardzo pouczająca.

— Ty byłeś tym, który mi pierwszy wszczepił egoizm, dumę i okrucieństwo, ty więc powinienieś być pierwszą ofiarą swojego dzieła. Rzeczywiście, znajduję w tym wielką przyjemność, kiedy mogę posiadać w swej mocy człowieka myślącego i czującego tak samo jak ja, kiedy mogę męczyć i poniżać mężczyznę, który jest silniejszy ode mnie duchem i ciałem, a już szczególną rozkosz odczuwam, gdy dręczę mężczyznę, który mnie kocha. Ale — dodała — czy kochasz mnie jeszcze?

— Aż do szaleństwa! — zawołałem.

— Tym lepiej — odparła — o tyle więcej będziesz miał rozkoszy z tego, co teraz chcę z tobą uczynić.

— Cóż uczynisz? — zapytałem. — Nie rozumiem cię wcale, twoje oczy błyszczą prawdziwym okrucieństwem, a ty jesteś szczególnie piękna, prawdziwa „Wenus w futrze”.

Wanda, nie odpowiadając, wsparła ramiona na moim karku i pocałowała mnie. W tej chwili opanowała mnie znowu szalona namiętność.

— No, a gdzie jest bat? — zapytałem. Roześmiała się i odstąpiła dwa kroki.

— Chcesz więc koniecznie dostać batem? — zawołała, odrzucając przy tym dumnie w tył głowę.

— Tak...

Wówczas oblicze Wandy zmieniło się zupełnie. Wydało mi się gniewem oszpecone, przez moment było dla mnie nieomal wstrętne.

— A więc bij go pan! — zawołała głośno.

W tej samej chwili, zza firanki spływającej nad jej łóżkiem, wysunęła się czarna, kędzierzawa głowa pięknego Greka. Struchlałem. Sytuacja była okropna, choć zarazem poniekąd komiczna. Byłbym się może nawet roześmiał, gdyby położenie, w którym się znalazłem, nie było dla mnie równocześnie tak rozpaczliwie smutne, tak strasznie hańbiące.

Sytuacja ta przerastała nawet moją wyobraźnię. Poczułem mróz w całym ciele, gdy mój rywal ukazał się w butach do jazdy konnej, wąskich, białych spodniach i obcisłym surducie. Krew zastygła w mych żyłach, kiedy spojrzałem na jego atletyczną sylwetkę.

— Pani jest rzeczywiście okrutna — rzekł, zwracając się do Wandy.

— Tylko żądna rozkoszy — odparła z dziką radością i dodała: — Rozkoszą może być samo istnienie. Kto doznaje rozkoszy, temu ciężko rozstawać się z życiem, kto cierpi, ten wita śmierć jak przyjaciela. Kto chce doznawać rozkoszy, musi brać życie wesoło, nie wolno mu, jak powiadali starożytni, ani niczego się obawiać, ani cieszyć szczęściem innych; jemu nie wolno mieć litości, on musi innych przywiązać do swego wozu, zaprząc do swego jarzma, jak zwierzęta. Ludzie, mogący rozkoszować się tak jak ten tutaj, tym właśnie, że się ich czyni niewolnikami, czują przyjemność, gdy usługują innym. Nie myślą, czy im się przy tym dobrze powodzi, czy też giną pod ciężarem. Jednak ja muszę ciągle pamiętać, że gdyby oni mieli mnie w swych rękach, tak jak ja — ich, to uczyniliby mi to samo i musiałabym płacić za ich rozkosze swoim popodoba — odpowiedziała.

— Bestie! — krzyknąłem oburzony.

Grek wlepił we mnie swe zimne, tygrysie oczy i spróbował bata. Kiedy wymachiwał nim w powietrzu, jego muskuły nabrzmiewały tak, że wydawał mi się olbrzymem. Ja zaś byłem związany jak Marsjasz i musiałem patrzeć, jak Apollo szykuje się, by obedrzeć mnie ze skóry.

Wzrok mój błądził wkoło, po całym pokoju; zatrzymał się wreszcie na dywanie, którego wzór przedstawiał Samsona u nóg Dalili, oślepionego przez Filistynów.

W tej chwili wydawał mi się ten obraz symbolem wiecznej miłości mężczyzny do kobiety. — Każdy z nas jest w końcu Samsonem — myślałem — i może doznawać od kobiety, którą kocha, rozkoszy lub cierpień, także wtedy, gdy nosi ona sukienny żakiecik, czy też futro sobolowe.

— Teraz proszę się przypatrywać tresurze — zawołał Grek, szczerząc zęby; oblicze jego przybrało wyraz krwiożerczy.

I począł bić mnie tak strasznie, tak nielitościwie, że pod każdym uderzeniem drżałem z bólu na całym ciele, a łzy płynęły mi po policzkach. Wanda leżała na otomanie w swoim futerku i podparłszy się na łokciu patrzyła z okrutną ciekawością, śmiejąc się przy tym wesoło.

Uczucie, że jestem dręczony przez ubóstwianą kobietę i szczęśliwego rywala, napełniało mnie nieopisanym wstydem i rozpaczą.

Najhaniebniejsze było to, że ja w swym opłakanym położeniu, pod batem Apolla i przy okrutnym śmiechu mojej Wenus, odnajdywałem z początku jakiś fantastyczny, nadzmysłowy wdzięk. Lecz Apollo swym batem wypędził ze mnie poezję. W końcu, w bezradnej wściekłości, zacisnąłem zęby i przeklinałem siebie, swoją lubieżną fantazję, kobietę i miłość!...

Teraz widziałem z przerażającą jasnością, że ślepa namiętność i lubieżność może doprowadzić mężczyznę, schwyconego w sieć kobiety przewrotnej, do nędzy, niewolnictwa, a nawet do śmierci.

Zdawało mi się, że zostałem obudzony ze snu.

Już mi krew tryskała pod jego batem, już skurczyłem się jak ślimak, którego stratowano, on jednak ciągle bił bez litości, a ona śmiała się okrutnie. Wreszcie zamknęła spakowane kufry, zarzuciła podróżny płaszcz i śmiała się jeszcze wtedy, gdy wsparta na jego ramieniu przestępowała schody i siadała do powozu.

Przez chwilę było cicho.

Wsłuchiwałem się w tę ciszę, zdyszany.

Teraz trzasnął ktoś z bata, konie ruszyły, jakiś czas słychać było turkot powozu i cisza nastąpiła zupełna...


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Przez moment myślałem nad wypełnieniem zemsty, chciałem go zabić. Byłem jednak związany nieszczęsnym kontraktem, nie pozostawało więc nic innego, jak tylko zacisnąć zęby i ... dotrzymać słowa.


'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary

Pierwszym uczuciem po tej okrutnej katastrofie mojego życia była tęsknota do trudów, niebezpieczeństw i awanturniczych doświadczeń. Chciałem zostać żołnierzem i udać się do Azji lub Algieru, lecz mój stary ojciec, który zachorował, wezwał mnie do siebie.

Powróciłem więc spokojnie do ojczyzny i przez dwa lata dzieliłem troski mojego ojca, pomagałem mu prowadzić gospodarstwo i uczyłem się tego, czego dotąd nie umiałem: pracować i wypełniać swe obowiązki. Niedługo ojciec umarł, a ja zostałem dziedzicem. Żyję jednak według jego życzenia, rozsądnie, jak gdyby on sam czuwał nade mną i jakby jego mądre oczy patrzyły na mój każdy krok.

Pewnego dnia nadeszła paczka i list. Poznałem pismo Wandy.

Nadzwyczaj wzruszony otworzyłem i czytałem:


„Mój Panie!

Teraz, kiedy od owej nocy we Florencji upłynęły już trzy lata, mogę się Panu przyznać, że go kochałam bardzo. Pan jednak sam przygłuszył moje uczucia swoim szaleńczym oddaniem i swoją ślepą namiętnością. W chwili, gdy tylko Pan został moim niewolnikiem, odczułam, że nie może Pan zostać moim mężem, pochlebiało mi jednak to, że urzeczywistniam Pański ideał i sądziłam, że zabawię się sama, a Pana uzdrowię.

Znalazłam mężczyznę silnego, jakiego pragnęłam i z którym byłam tak szczęśliwa, jak tylko można najbardziej na tej komicznej kuli ziemskiej.

Lecz szczęście moje, jak każde szczęście ludzkie, trwało krótko. Przed rokiem bowiem on został zabity w pojedynku, a ja od tego czasu żyję w Paryżu jako Aspazja.

A Pan? I w Pańskim życiu nie brak zapewne blasków słonecznych... jeżeli tylko utracił pan manię poddawania się pod cudze panowanie i jeżeli wystąpiły silniej te Pańskie przymioty, które z początku tak bardzo mnie pociągały: jasność myśli, dobroć serca, a przede wszystkim — nadziemska odwaga.

Mam nadzieję, że pod wpływem mego bata został Pan uzdrowiony, gdyż kuracja była okrutna i radykalna. Na pamiątkę owych chwil i kobiety, która Pana kochała namiętnie, posyłam mu obraz biednego malarza.

«Wenus w futrze.»”


Musiałem się uśmiechnąć, a kiedy zatopiłem się w myślach, stanęła nagle przede mną kobieta w jedwabnym paltociku obszytym gronostajem i z batem w ręku. I zaśmiałem się znowu z kobiety, którą tak szalenie kochałem, z futerka, którym się tak bardzo zachwycałem, z bata. I uśmiechnąłem się na wspomnienie swych cierpień, i powiedziałem sobie: kuracja była okrutna, ale radykalna; jestem zupełnie uzdrowiony...



'Venus in Furs' from Leopold von Sacher-Masoch’s stationary


EPILOG

— No, a jakaż nauka z tej historii? — zapytałem Seweryna, kładąc na stół manuskrypt.

— Że byłem głupcem — zawołał, nie patrząc na mnie, jakby chciał ukryć zażenowanie. — Gdybym to ja ją zbił batem!

— Ten kuracyjny środek — odparłem — pomaga twoim wieśniaczkom.

— O tak, one są już do tego przyzwyczajone! — odpowiedział żywo. — Ale pomyśl tylko, jak bardzo byłaby skuteczna taka kuracja dla naszych pięknych, nerwowych, rozhisteryzowanych pań...

— A więc nauka?

— Że kobieta, jaką stworzyła natura i jaką wyhodował mężczyzna dzisiejszy, jest jego wrogiem i może być tylko jego niewolnicą lub despotką, nigdy jednak jego towarzyszką. Tą mogłaby zostać wtedy, gdyby dorównywała mężczyźnie swym wykształceniem i pracą.

Obecnie mamy do wyboru: albo być młotem albo kowadłem; ja zaś byłem po prostu głupcem, kiedy kobieta mogła uczynić mnie swym niewolnikiem.

Razy, które od niej przecierpiałem, wyszły mi, jak sam widzisz, na dobre; różowe, nadzmysłowe mgły rozwiały się... Dziś nikt nie może mnie przekonać, że święta małpa z Benares (jak nazywa kobietę Schopenhauer) — jest obrazem Boga.


KONIEC

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.