FANDOM


Szafarz pożegnawszy Chyleckiego, pędził do oficyny, jak gdyby go ścigało widmo tyfusu plamistego.

Izba, którą pan Kacper zamieszkiwał, sądząc z panującej tu woni, przypominała aptekę, szpital, a urządzenie jej wyglądało niby namiot jakiego wodza plemienia północnego, żyjącego z polowania. Rogi i łby saren, jeleni, łosiów wisiały na ścianach; kły dzików poniewierały się po stole; skóry rozmaitych zwierząt zaścielały łóżko, rozpościerały się przy drzwiach, łóżku, a jedna – rysia – zdobiła ścianę nad łóżkiem. Znać też tu było zamożność gospodarza w odzież futrzaną, począwszy od czapek, kołnierzy, rękawów, a kończąc na butach.

Na szafie, między sobolem i gronostajem stał wypchany pies jamnik. Ponad łóżkiem krzyżowała się na ścianie dubeltówka z pojedynką, skałówką, obok nich wisiał kordelas w oprawie z rogu jeleniego, toporek, krócica, ładownica itd. Szafa z półkami i szuflada w stoliku – obie pod kluczem – były to magazyny narzędzi, przyborów myśliwskich. W pierwszej znajdowały się bardzo starannie oczyszczone różne żelaza, używane do łowienia dzikich zwierząt: kapkany, żelaza karkowe, denkowe; w drugiej znowu – pudełeczka, słoiki, jakieś torebki, papierki z proszkami, a wszystko to zaopatrzone w napisy: nux vomica, radix violae odoratae, oleum cascarillae itd. Razem z tymi przyborami leżały w szufladzie różne recepty, przepisy, notatki, dotyczące wyrabiania prochu, kul, śrutu, przysposabiania odwiatrów, obwłóczek i zanęt.

Każdy łatwo mógł powziąć przekonanie, że szafarz morzelański szeroko uprawiał kiedyś sztukę myśliwską.

Było około godziny 10 przed północą, kiedy wszedł do tej swojej kotliny, zapalił lampę, wyjrzał oknem i bardzo starannie zamknął okiennicę. Nim jeszcze zdjął czapkę, zbliżył się do framugi w ścianie i wziął z półki flaszkę, na której czytałeś napis: Tinctura valerianae. Spojrzał wokoło wzrokiem bojaźliwym, ale tylko martwe oczy łbów i skór zwierzęcych spoglądały nań w milczeniu. Mocnym wstrząśnięciem zamącił płyn w flaszce i pociągnął łyk spory. Skrzywił się, mlasnął językiem, postawił flaszkę we framudze i zaczął raźnym krokiem chodzić po izbie – od drzwi do okna i na powrót. Pewnie z pięć minut trwała ta przechadzka, po czym szafarz znowu się znalazł przy framudze, znowu łyknął z flaszki i znowu przebiegał izbę. Ale tym razem chodził powolniej, a trzymał się prosto, sztywnie, starał się widocznie, aby zachować taką postawę. Kiedy trzeci raz zajrzał do flaszki, twarz fioletowa zrobiła się karmazynową, postawa jego była jeszcze sztywniejsza, a chodził tak, jakby mu podeszwy co chwila lgnęły do podłogi.

- Źleee! O, źle! - mówił do siebie – tyfus plamisty! Tego tylko jeszcze było potrzeba... Strzelec nic nie robi, przepuścił dubeltówkę, pozwala kraść. Kucharz łże, wybiera na obiad tyle, że rotę nakarmić można... Cóż z tego, kiedy wszyscy widzą tylko szafarza?... Ja jeden jestem solą w oku... Prześladowanie!

Poszedł do framugi, łyknął po raz czwarty i teraz już wcale nie mógł chodzić. Stanął nad łóżkiem, kiwał się i patrząc w ślepie rysiego łba, mówił z uśmiechem:

- Myślisz, żem pijany?

Obrócił się do szafy, groził palcem wypchanemu jamnikowi i bełkotał:

- Czego się na mnie patrzysz?

Usiłował stać prosto, wzniósł głowę, spoglądał po zawieszonych na ścianach łbach zwierząt i zapytywał:

- Kto powiedział, żem się upił?

Jednakże siły go widać opuszczały, sztywność zaczęła znikać i mimo usiłowania nie mógł prosto ustać na nogach, wyglądał jak człowiek, który nieustannie oddaje pokłony, a coraz niewyraźniej mruczał:

- Co?... Upił się?... Eee, nikt go pijanego na oczy nie widział!... Do piątego razu waleriana – rozumiesz?... A zawsze człowiek na swoim miejscu!... Kto widział, żebym się zataczał?... Kucharz?... Duureń!... Mam nogi, co?... Niczym ta kobyła Kiebella!... Ooo, tak się stoi! Do góry nos!

Naraz kiwnął się, o mało nie upadł i siadł na łóżku z takim rozmachem, że deski pod spodem wypadły z niezmiernym łoskotem, a szafarz wierzgnął w powietrzu nogami i złamany we dwoje spoczął w dziurze łóżka. Teraz wybełkotał tylko - „A zawsze człowiek jest na swoim miejscu...”. I usnął.

Kacper Kulik, z przydomkiem Zdrojewski, pochodził także z Malwicz i ze szlachty zagonowej. W latach młodzieńczych gdzieś się był zawieruszył, a kiedy w jakichś lat dwanaście wrócił do wsi rodzinnej, zastał rodziców już na cmentarzu i przekonał się, że mu po nich, oprócz życia, nic nie pozostało.

Właśnie na ten czas żenił się Jasiek Tetera z Florą i na wesele, między innymi, zaproszono także Kacpra Kulika-Zdrojewskiego, który w Malwiczach już się od razu dał poznać jako nadzwyczajny tancerz, człowiek w towarzystwie obyty i wesoły. Po weselu zaś bywał częstym, prawie codziennym gościem w domu małżonków Teterów, tak że ludzie zaczęli między sobą szeptać, posądzając go o zbyt wielkie przywiązanie do Flory. Szeptali więcej jeszcze, kiedy na świat przyszła Marynia Teterzanka. Nareszcie miał wybuchnąć dramat małżeński, który męża Flory pozbawił jednego oka, a Kacpra Kulika odstręczył raz na zawsze od domu Teterów. Dramat małżeński – podług zeznań starej Maciejowej – polegał na tym, że Jasiek zbił Kacpra, o mało mu nie połamał żeber, a Jaśka znowu zbiła Flora. - „Ona, co była wszystkiemu najgłówniej winna, jednego włosa nie straciła z głowy”.

Kulik jeszcze jakiś czas pozostawał we wsi, dowodząc każdemu, kogo tu spotkał - „Ja dla siebie w Malwiczach nie widzę żadnego pola!”.

Szlachcice zagonowi zgadzali się na to i jaki taki wskazywał sąsiednie Morzelany, gdzie przy pańskim dworze, potrzebującym bardzo licznej służby, było szerokie pole dla człowieka z umysłowymi zaletami Kulika. Poparty przez kogoś, dostał posadę „namiestnika”, jak mówią w tych okolicach, tj. gumiennego. Zdolności jego, sprężystość i uczciwość znalazły uznanie. Cóż, kiedy Kacper Kulik-Zdrojewski zaczął się codziennie upijać! Mocno pijanego spotkał raz na gumnie sam pan dziedzic, który miał słabość do Kacpra, lubił go jako celnego strzelca i zręcznego myśliwego; ale nie znosił służących pijaków i teraz postanowił sobie dać namiestnikowi naukę:

- Słuchaj no, ty – powiada, na bok go wziąwszy – chodzisz mi coś na nie swoich nogach.

Skłonił się Kacper i rzecze:

- Klimat północy, jaśnie panie, ciężko zaszkodził człowiekowi na zdrowiu. Darcie mam w krzyżach, w nogach – oo!

Pana złość porwała, że ten tak łże w żywe oczy.

- Głupiś z klimatem północnym! - zawołał – urżnąłeś się jak nieboskie stworzenie, na nogach ustać nie możesz! Najgorsza, że to nie po raz pierwszy.

Kulik się nisko ukłonił, milczał, a pan dziedzic dalej:

- Teraz wybieraj jedno z dwojga: albo – precz ze służby, albo mi tu przyrzeknij, daj słowo, że od dzisiaj pić przestaniesz!

Więc namiestnik w pokorę i przyrzekł, dał słowo:

- Od dzisiaj, jaśnie panie, nikt mię już w Morzelanach pijanego nie zobaczy!

- Pamiętajże sobie! - mówił dziedzic – nałóg pijaństwa ogromnie człowieka poniża, po prostu mówiąc, robi z niego świnię.

I na tym się skończyło.

Ale Kulik w żaden sposób nie mógł się powstrzymać od picia gorzałki, ponieważ miał nałóg, a swoją drogą chciał dziedzicowi koniecznie dotrzymać słowa.

Teraz jak najusilniej dbał o to, żeby go nikt nigdy nie widział pijanego. Następnie gorzałki za nic w świecie nie wziąłby do ust i pijał tylko walerianę, której znosić nie mógł, przeto ją zażywał w gorzałce.

Oprócz tego pamiętał dobrze słowa dziedzica, że „pijaństwo poniża”, i dokładał wszelkich usiłowań, ażeby zawsze nosić głowę do góry, trzymać się sztywno, chodzić prosto, poważnie, z godnością, w czym nabrał ogromnej wprawy.

W kilka lat potem umarł stary szafarz dworski i ku wielkiej zazdrości różnych dworaków opróżnione a ponętne stanowisko zajął namiestnik Kulik, powszechnie odtąd nazywany panem Kacprem.

Jakże on się teraz musiał wystrzegać, aby na jaw nie wyszło jego pijaństwo!... Ha, na tym świecie nie ma róż bez kolców! „Wszystko to naokoło psy, nie ludzie!”

Chociaż się schronił do swej kotliny, podpatrywano go i tutaj. Jako szafarz, musiał zaniechać polowania: często głodny gość jaki zajeżdżał do dworu i należało wydawać dla niego z szafarni. A kucharz - „ten podszczuwacz, żmija”, chadzał sobie na polowanie: miał podwładnych, starszych i młodszych kuchcików, którymi się wyręczał. Ta okoliczność stanowiła może nawet pierwszy tajemny powód zatargu szafarni z kuchnią. Od samego początku nie było sympatii: jeden drugiego szpilkował.

Później, zupełnie niepotrzebnie, wybuchnęła otwarta wojna, która zatruła szafarzowi życie, popchnęła na drogę mizantropii.

Istotny początek tej otwartej walki, nie przebierającej w środkach, był taki: jednego dnia zdechł osioł będący na posługach ogrodnika i ktoś taki zawinął w papier parę oślich uszu, położył napis: „uszy Filipa, kucharza” - i paczkę tę podrzucono w kuchni. Trzeba zaś wiedzieć, że Filipa rzeczywiście miano za osła, ponieważ, mimo nadzwyczajnych wysiłków, nie mógł się nauczyć pisać i wszelkie piśmienne projekta śniadań, obiadów, kolacyj, przedstawiane pani dziedziczce, wykonywał starszy kuchcik. Była to tajemnica, a Filip dokładał starań, aby nieudolność jego pisarska nigdy nie wyszła za progi kuchni. Tymczasem teraz, z powodu podrzuconych oślich uszu wszyscy ludzie przy dworze zabrali się namiętnie do badania i krytykowania umysłowych zdolności Filipa. Panna, z którą się kucharz już był zaręczył, odmówiła mu swej ręki, mówiąc:

- Ludzie wyśmiewaliby się ze mnie, że mam męża osła.

Nic więc dziwnego, że kucharz zakipiał zemstą i całą podwładną sobie czeladź kuchenną pobudził do wytropienia sprawcy owego figla z oślimi uszyma. Wieści obwieszczane przez kuchcików i dziewki powszechnie ukazywały szafarza, który z powodu oślich uszu jakoby radował się niezmiernie i miał „pękać od śmiechu”. Oczywiście, odgrywały tu wielką rolę żale i urazy do pana Kacpra za zbyt skąpe porcje dla ludzi będących „na drugim i trzecim stole”.

Zły, zgoryczony kucharz z papierosem w ustach poszedł do szafarni wybierać na obiad, wiodąc tu za sobą trzech kuchcików i dwa psy, co już stanowiło manifestację.

- Spojrzałem tylko i od razu zrozumiałem, że szuka zaczepki – opowiadał później Kacper felczerowi.

- Psy w szafarni!...

Następnie kucharz, puszczając szafarzowi prosto w nos dym z papierosa, zażądał tak wielkiej ilości cukru, masła, mięsa, rodzynków, migdałów i cytryn, że szafarz zapytał:

- Zapewne cały dwór wyjeżdża z tym obiadem na tydzień do puszczy?

Pan Filip w odpowiedzi puścił ogromny kłąb dymu i szafarz zaczął raz po razu kichać, a kuchciki – w śmiech, aż się kładli od śmiechu.

Kiedy się już pan Kacper nakichał, wytarł nos w kraciastą chustkę i śmiało patrząc kucharzowi w oczy, rzekł:

- Szlachcic uczy konia moresu ostrogą, psa – sforą, a chłopa – batem; ale bata jak raz nie mam przy sobie, i ty, chamie, Bogu za to podziękuj!

Zawrzał kucharz, jednak nie rzucił się na szafarza, gdyż ten wziął w rękę tasak i tak nim rąbnął, że przeciął na połówki ogromną szynkę wieprzową, co miało znaczyć: „Nie igraj ze mną!”.

Drąc koty z kucharzem, pan Kacper samotniał, a samotniejąc dochodził do przekonania, że trunek jest dobrym przyjacielem, i zaczął się nurzać w grzechu pijaństwa bezwzględnie. Żył dla tej jednej namiętności głównie, znikał w niej i powoli zaczął cenić życie o tyle, o ile się mógł z dnia na dzień upić.

Spełniał sumiennie swoje obowiązki, ale prawdziwie kochał tylko swój nałóg, a wszystko inne uważał za dodatek. Och, jak on czasem gorąco pragnął kieliszka wódki!...

A jednak, kiedy kucharz przychodził wybierać na obiad, szafarz był zawsze na czczo, trzeźwiuteńki jak nowo narodzone dziecko. On się nawet wycierał kamforą, olejkiem miętowym, aby przypadkiem woń ostatniego pijaństwa nie podrażniła węchu Filipa.

I tak żył sam na sam z tą swoją tajemnicą, maskując ją przed ludźmi to walerianą, to kamforą, to cierpieniami z klimatu północnego. Stawał się podejrzliwym, bojaźliwym, widział naokoło prześladowców, utrzymywał bliższe stosunki z jednym tylko Chyleckim.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.