FANDOM



Zemsta Żywiołaków • Legenda strażacka • ze zbioru Księga ognia • Stefan Grabiński
Zemsta Żywiołaków
Legenda strażacka
ze zbioru Księga ognia
Stefan Grabiński

Antoni Czarnocki, naczelnik straży pożarnej miasta Rakszawy, skończył przed chwilą studium statystyki pożarów i zapaliwszy ulubione kuba, rozciągnął się znużony na oto­manie.

Była trzecia po południu, czas skwarny, lipcowy. Przez zapuszczone żaluzje wcedzało się do wnętrza pokoju ciemno­żółte światło dnia, wsiąkał niewidzialnymi falami duszny żar upału. Z oddali dolatywał ospały od spiekoty ruch ulic, bzykały na szybach nikłym, urywanym pobrzękiem rozle­niwione muchy. Pan Antoni przemyśliwał świeżo przejrza­ne daty, porządkował w głowie zbierane przez lata notatki, wyciągał wnioski.

Nikt by nie przypuszczał nawet, do jak ciekawych re­zultatów może doprowadzić umiejętnie, z dużym, co praw­da, nakładem uwagi i metodycznie przeprowadzone stu­dium statystyki pożarniczej. Nikt by nie uwierzył, ile inte­resującego materiału można wydobyć z tych suchych, po­zornie nic nie mówiących dat, ile dziwnych, czasem śmiesz­nie dziwnych objawów zauważyć w tym chaosie faktów tak niby do siebie podobnych, tak się monotonnie powtarzają­cych!

Lecz by coś takiego podpatrzyć, coś w tym rodzaju pod­chwycić — na to potrzeba specjalnego zmysłu, na który nie każdy umie się zdobyć, potrzeba właściwego „węchu”, może nawet organizacji fizycznej. Czarnocki niewątpliwie należał do tych jednostek wyjątkowych i zdawał sobie z tego sprawę.

Od lat już wielu zajmował się tym problemem, studiując pożary w Rakszawie i gdzie indziej, robił nader dokładne notatki na podstawie sprawozdań w gazetach, rozczytywał się w specjalnych dziełach, przeglądał ogromną ilość odnośnych statystyk. Niemałą pomoc w tych oryginalnych badaniach stano­wiły bardzo dokładne, z niezmierną precyzją sporządzone mapy niemal wszystkich miejscowości kraju, a nawet za­granicy, które stosami zalegały wnętrza jego szaf biblio­tecznych. Były tam plany stolic, miast i miasteczek z ca­łym labiryntem ulic, uliczek, placów, zaułków, ogrodów, parków, skwerów, gmachów, kościołów i kamienic, plany tak pedantycznie sumienne, że człowiek zwiedzający daną miejscowość po raz pierwszy w życiu mógł przy pomocy tych drogowskazów obracać się swobodnie i z łatwością, jak u siebie w domu. Wszystko ponumerowane jak najsumienniej, ułożone według powiatów i okręgów czekało na gest właściciela; wystarczyło mu tylko ręką sięgnąć — a rozkładały się przed nim posłusznie prostokątne i kwa­dratowe płótna, ceraty lub papiery, wtajemniczając usłuż­nie w szczegóły swe i osobliwości.

Czarnocki nieraz godziny całe trawił nad mapami, stu­diując rozkład domów i ulic, porównywając planimetrię miast. Była to praca nader żmudna i wymagała dużo cierp­liwości; nie zawsze bowiem wyniki przychodziły na zawo­łanie i nieraz należało długo czekać na pozytywny jakiś rezultat. Lecz Czarnocki niełatwo zrażał się. Zauważywszy parę razy jakiś szczegół podejrzany, chwytał go oburącz jak w kleszcze i nie wpierw spoczął, aż odnalazł doń ogni­wa wsteczne lub następne.

Owocem tych długoletnich badań były specjalne, przez niego sporządzone „mapy pożarów” oraz tak zwane „mo­dyfikacje pożarne”. Na pierwszych uwydatnione były miej­sca, budynki i domy, które kiedykolwiek uległy katastro­fie, bez względu na to, czy ślady pożaru zatarto i szkody naprawiono, czy też pozostawiono pogorzelisko własnemu losowi. Natomiast plany określone nazwą „modyfikacji po­żarnych” podkreślały zmiany, zaszłe w rozmieszczeniu domów i budowli pod wpływem ogniowej klęski; wszelkie przesunięcia i najlżejsze odchylenia od stanu rzeczy poprze­dzającego pożar były tam zaznaczone ze zdumiewającą pedanterią.

Po zestawieniu map obu typów doszedł pan Antoni z biegiem lat do nader ciekawych wyników. Oto połączyw­szy liniami pogorzeliska różnych miejscowości przekonał się, że w osiemdziesięciu wypadkach na sto odnośne punkty po­żarne utworzyły zarysy dziwacznych postaci; były to prze­ważnie kształty małych, śmiesznych stworzeń, które czasem przypominały wyglądem swym dzieci-potworki, kiedy in­dziej zbliżały się raczej do typu zwierzaków: jakieś małpiatki o długich, figlarnie zakręconych ogonkach, jakieś zwinne, w kabłąk wygięte wiewiórki, poczwarne do rozpu­ku koczkodanki.

Czarnocki „wydobył” ze swych planów całą ich galerię i ubarwiwszy cynobrowoognistą farbą, zaludnił nimi swój oryginalny, jedyny w swoim rodzaju album z napisem na okładce:

„Album żywiołaków ognia i pożaru”. Drugą część tego zbioru stanowiły „Fragmenty i pro­jekty” — bezlik groteskowych figur, niedokształconych form, ledwie świtających pomysłów. Były tu zarysy jakichś głów, ułamki korpusów, kikuty rąk i nóg, wycinki jakichś kosmatych, rozcapierzonych łap; miejscami pojawiały się też figury geometryczne, półskręcone, poszarpane płachty lub mackowate, polipie rozrosła.

Album Czarnockiego sprawiał wrażenie dzieła czyjejś kapryśnej fantazji, która — lubując się w żywiole groteskowo-diabolicznym — zapełniała go rzeszą stworów złośli­wych, chimerycznych i nieobliczalnych. Zbiór naczelnika straży pożarnej wyglądał na żart, na czerwony żart genial­nego artysty, któremu przyśnił się jakiś sen dziwaczny. ( Drugi wniosek, do jakiego doszedł oryginalny badacz, przedstawił się po latach obserwacji w formie spostrzeże­nia, że pożary wybuchały najczęściej w czwartki. Statysty­ka pożarna wykazywała, że w przeważnej ilości wypadków okropny żywioł budził się z uśpienia w ten właśnie dzień tygodnia.

Czarnockiemu nie wydawało się to czymś przypadko­wym. Przeciwnie, znalazł dla tego zjawiska poniekąd wytłumaczenie. Wypływało ono, zdaniem jego, już z samej istoty charakteru tego dnia, którego symbolem jego nazwa Wszak czwartek, wiadomo, od wieków dniem piorunowładnego Jowisza; stąd imię jego w językach narodów. Nie bez kozery nazwała go rasa germańska dniem pioruna: Donnerstag i Thursday. A pełne lapidarnej melodyjności latyńskiej: giovedi, jueves i jeudi — czyż nie wskazują na to sa­mo ujęcie jego istoty? Dotarłszy do tych dwóch ważnych dla siebie wyników poszedł dalej drogą wniosków. Wykształcony filozoficznie, z wyraźną skłonnością do uogólnień metafizycznych, roz­czytywał się Czarnocki w chwilach wolnych w dziełach mi­styków wczesnego chrześcijaństwa i przemyślał sumiennie parę traktatów średniowiecza.

Wieloletnie studium pożarów i zjawisk im pokrewnych doprowadziło go wreszcie do przekonania, że możliwą jest egzystencja istot dotąd bliżej nam nie znanych, które zaj­mując jakiś pośredni poziom między ludźmi a zwierzętami objawiają się przy każdym silniejszym wybuchu żywiołów.

Potwierdzenie swej teorii znalazł Czarnocki w wierze lu­du wiejskiego i prastarych klechdach o diable, rusałkach, gnomach, salamandrach i sylfach. Dziś już nie ulegało dlań wątpliwości, że żywiołaki istnieją. Czuł ich obecność przy każdym pożarze i tropił z niesłychaną wprawą ich złośli­wość. Powoli świat ten ukryty i niewidzialny dla drugich stał się dlań równie rzeczywistym, jak środowisko ludzkie, do którego należał. Z czasem zaznajomił się dokładnie z psy­chologią tych dziwnych stworzeń, poznał ich naturę chytrą i przebiegłą, nauczył się paraliżować wrogie dla ludzkości zakusy. Rozpoczęła się walka zacięta, nieubłagana, teraz już w pełni świadoma. O ile dawniej Czarnocki zwalczał ogień jako żywioł ślepy i bezmyślny — powoli, w miarę zapoznawania się z jego właściwą naturą, zaczął inaczej patrzeć na przeciwnika. Zamiast trawiącej, irracjonalnej si­ły, dostrzegł po latach tkwiącą w nim jakąś złośliwą, żądną rozkładu i niszczenia istotę, z którą należało się liczyć. Wkrótce też spostrzegł, że po tamtej stronie zauważono zmianę jego taktyki. Wtedy walka przybrała charakter bar­dziej indywidualny.

A nikt może na świecie nie był do niej w tym stopniu powołany, co Antoni Czarnocki, naczelnik straży pożarnej w Rakszawie. Sama natura, wyposażając go w wyjątkowe własności, przeznaczała niejako z góry na pogromcę żywiołu. Ciało pożarnika obdarzone było zupełną niewrażliwością na ogień; wśród największej pożogi, wśród orgii płomieni mógł prze­chadzać się bezkarnie bez najlżejszego choćby poparzenia.

Chociaż jego stanowisko, jako naczelnika, nie wymagało osobistej akcji w pożarze, mimo to nie oszczędzał siebie i pierwszy rzucał się w najgorętszy ogień. Zdawało się cza­sami, że szedł na pewną zgubę — tam, gdzie już żaden strażak zapuścić się nie miał odwagi i — o dziwo! — wra­cał cały i zdrowy z swym dobrym, zagadkowym trochę uśmiechem na męskim, rozświeconym żagwią pożaru licu; i znów, zaczerpnąwszy oddechu w uznojone piersi, wracał w płomienną dziedzinę. Bladły twarze towarzyszy, gdy z bezprzykładną odwagą wspinał się na zalane ognistą powodzią piętra, wdzierał na pół przepalone ganki, miotał wśród żrących do kości skrętów i żądeł.

— Charakternik, charakternik! — szeptali między sobą strażacy, patrząc na dowódcę ze strachem i czcią zarazem. Wkrótce zyskał w mieście przydomek „Ogniotrwałego” i stał się bożyszczem pożarników i ludności. Zaczęły osnuwać go legendy i powieści, zaprawione cudem, z których wyrastał w jakiejś dwulicowej postaci Archanioła Michała i czarta. Krążyły o nim po mieście tysiączne gawędy, pełne splecionych ze sobą dziwacznie lęku i uwielbienia. Dziś już uchodził Czarnocki powszechnie za dobrego czarodzieja ze światem tajemnic w zmowie. Zastanawiał każdy ruch „Ogniotrwałego”, każdy gest jego nabierał szczególnego znaczenia.

Zwłaszcza zdumiewała ludzi okoliczność, że azbestowe właściwości naczelnika zdawały się udzielać jego ubraniu, które również w pożarach się nie zajmowało.

Zrazu przypuszczano, że Czarnocki przywdziewa do pra­cy strój ze specjalnego, ogniotrwałego materiału, lecz wkrótce przekonano się, że przypuszczenie było mylne. Zda­rzały się bowiem często wypadki, że niesamowity naczel­nik, zaskoczony nocnym alarmem w porze zimowej, nacią­gał w pośpiechu opończę pierwszego z brzegu strażaka i wy­chodził w niej z ognia nietknięty jak zwykle.

Kto inny na jego miejscu wyzyskiwałby swe niezwykłe zdolności w celach zarobkowych, jako wędrowny cudotwór­ca lub szarlatan — panu Antoniemu wystarczały hołd i uwielbienie ludzi. Co najwyżej czasem w gronie towarzy­szy zawodu lub dobrych znajomych pozwalał sobie na bez­interesowne „eksperymenty” wprawiające w podziw wi­dzów. Oto trzymał przez kwadrans i dłużej w gołej dłoni duże kawały żarzącego się węgla bez oznak jakiegokolwiek bólu; gdy po czasie odrzucił żar z powrotem w ognisko, rę­ka jego nie zdradzała śladów poparzenia.

Nie mniejsze zdumienie wywoływał sztuką przenoszenia ogniotrwałości na innych. Wystarczyło mu tylko przez chwilę potrzymać w dłoniach czyjąś rękę, by uczynić przez jakiś czas jej właściciela nieczułym na ogień. Kilku miej­scowych lekarzy zajęło się nim nader gorliwie, proponując parę „seansów” za wysokim wynagrodzeniem. Wtedy Czarnocki odrzucił ofertę z oburzeniem i przez dłuższy czas za­przestał swych poufnych „doświadczeń”.

Opowiadano też o nim i inne, bardziej zdumiewające rzeczy. Paru strażaków, którzy służyli pod nim od szeregu lat, przysięgało na wszystkie świętości, że Ogniotrwały umie w czasie pożaru dwoić się i troić; wśród szalejącego morza płomieni dostrzegali go równocześnie w kilku najsilniej za­grożonych miejscach. Krzysztof Słucz, chorąży straży, za­pewniał uroczyście, że pod koniec jednego z pożarów wi­dział, jak w głębi ocalonego wykuszu willi trzy postacie pana Antoniego, podobne do siebie jak bliźnięta, zlały się w jedną, która zeszła spokojnie po drabinie na dół.

Ile w tych gawędach było prawdy, a ile fantastycznej przesady — nie wiadomo. To pewna, że Czarnocki był czło­wiekiem niezwykłym i jakby stworzonym do walki ze zgub­nym żywiołem.

Toteż naczelnik, świadomy swej siły, zmagał się z nim coraz zajadlej, doskonaląc z rokiem każdym środki obro­ny, wzmacniając odporność.

Walka ta stała się w końcu treścią jego życia; nie było dnia, by nie przemyśliwał nad coraz to skuteczniejszymi sposobami pożarnej profilaktyki. I dziś, w to skwarne po­południe lipcowe, przeglądał ostatnie notatki i porządko­wał materiał zebrany do zamierzonego dzieła o pożarach i środkach ochronnych. Miała to być praca obszerna w dwóch grubych tomach, które streszczały wyniki jego długoletnich badań.

I teraz kształtował w myśli zarysy książki i układał na­stępstwo rozdziałów...

Skończył cygaro, przytłumił niedogarek w popielnicy i uśmiechnięty powstał z otomany.

— No, nieźle! — szepnął zadowolony z rezultatu roz­myślań. — Wszystko w porządku.

I przebrawszy się poszedł do ulubionej kawiarni na par­tię szachów...

Upłynęło lat parę. Działalność Antoniego Czarnockiego nabrała szerokości i mocy. Mówiono o nim nie tylko w Rakszawie. Sława Ogniotrwałego zataczała coraz szersze kręgi. Ludzie przyjeżdżali z odległych stron, by go zobaczyć i po­dziwiać. Książka jego o pożarach była jedną z najpoczytniejszych i to nie tylko wśród pożarników, gdyż w krótkim czasie doczekała się paru wydań.

Lecz zarysowały się i cienie. Naczelnik straży, biorąc niezmordowanie osobisty udział w akcji pożarnej, uległ w tym czasie kilkakrotnie wypadkowi.

Podczas ogromnego pożaru składów drzewnych na Witelówce obsunęła się niespodzianie płonąca belka, raniąc go dość ciężko w prawą łopatkę; w dwóch innych ogniowych „potrzebach” poniósł obrażenia w nogę i ramię wskutek za­walenia się sufitu, ostatnio, w ubiegły adwent, omal nie stracił prawej ręki; ciężki, żelazny trawers spadając ze stro­pu otarł się oń jednym końcem; parę milimetrów bliżej — a byłby zgruchotał mu kość doszczętnie.

Dzielny człowiek zachowywał się wobec tych wypadków z podziwu godnym spokojem.

— Ogniem nic wskórać nie mogą, więc strącają belki — mówił uśmiechając się lekceważąco.

Lecz strażacy odtąd bacznie pilnowali jego ruchów, nie pozwalając mu zapuszczać się zbyt daleko w ogień, zwłasz­cza w miejsca grożące ruiną. Mimo to wypadki zaczęły się powtarzać z dziwną uporczywością, i to w sytuacjach, kie­dy się najmniej można ich było spodziewać. Obecność na­czelnika zdawała się znęcać ducha destrukcji: najniespodziewaniej spadały w jego pobliżu zaledwie napoczęte przez ogień tramy, waliły się nie objęte jeszcze pożogą powały, sypał się gruz o rozmiarach pocisków armatnich; niekiedy padały nie wiadomo skąd w miejsce, gdzie stał Czarnocki, jakieś wielkie, ciężkie kamienie.

Pan Antoni uśmiechał się tylko lekko pod wąsem i da­lej palił spokojnie cygara. Lecz pompierzy, patrząc spode łba, usuwali się ostrożnie w inną stronę. Zaczynało być niebezpiecznie w jego sąsiedztwie.

Były i inne objawy, o których nikt nie wiedział, gdyż terenem ich było własne mieszkanie naczelnika.

Zaczęło się od tego, że w całym domu od pewnego czasu dawał się odczuwać silny swąd i woń spalenizny; miało się wrażenie, że gdzieś po kątach zatliły się stare gałgany. Okropny smród wałęsał się niewidzialnymi falami po kory­tarzach. Przeszły nim wreszcie wszystkie sprzęty, przesią­kły ubrania, bielizna i pościel. Nie pomogły nic wentylacje i przewietrzanie; chociaż drzwi i okna stały niemal cały dzień otworem przy osiemnastostopniowym mrozie na dwo­rze, obrzydliwy zaduch nie ustępował. Mimo szalonych przeciągów i zimna w całym domu cuchnęło nieznośnie. Wszelkie poszukiwania zmierzające do odkrycia przyczyny smrodu spełzły na niczym: było się po prostu bezradnym.

Gdy w końcu po upływie miesiąca atmosfera mieszkania zaczęła być znośna, przyszła kolej na inny, niebezpieczniejszy jeszcze fenomen: w całym domu rozpanoszył się czad. Przez parę pierwszych dni można było jeszcze zwalić winę na opieszałość służby, która może przez zapomnienie zatkała piece przedwcześnie — potem jednak, gdy mimo zachowania wszelkich środków ostrożności czuło się w powietrzu duszną woń bezwodnika węgla, należało szukać przyczyny gdzie in­dziej. Nie na wiele przydała się zmiana materiału palnego; chociaż Czarnocki kazał odtąd palić w piecach drzewem i za­bronił zasuwać wentyl w ogóle, paru domowników zagorza­ło silnie w ciągu nocy, a on sam wstał nad ranem z okrop­nym bólem głowy i nudnościami. Doszło do tego, że musiał nocować u znajomych, nie mogąc we własnym domu.

Po kilku tygodniach czad ustał; pan Antoni odetchnął swobodniej i wrócił do siebie.

O ile zrazu nie zorientował się w naturze zjawisk, które nawiedzały tak natrętnie jego dom — z czasem zaczął prze­glądać ich genezę i zrozumiał intencję: chciano go nastra­szyć i zmusić do zaniechania walki.

To go tylko podnieciło budząc ducha przekory i żądzą zwycięstwa.

A właśnie w tym czasie pracował nad nowym systemem sikawek pożarowych, które sprawnością miały przewyższyć wszystkie dotychczas znane. Środkiem gaszącym miała tu być nie woda, lecz pewien specjalny rodzaj gazu, który roz­przestrzeniając się gęstymi kłębami nad płonącym domem., wchłaniał skwapliwie tlen i w ten sposób podcinał ogień u korzenia.

— Będzie to istny bicz boży na pożary — powiedział z niewinną przechwałką do jednego ze znajomych inżynie­rów podczas partii szachowej. — Mam nadzieję, że gdy mój wynalazek uzyska patent, zgubne następstwa ognia zmaleją niemal do zera. — I podkręcił z zadowoleniem wąsa.

Było to gdzieś w połowie stycznia; za jakie dwa, trzy miesiące, na wiosnę spodziewał się wykończyć dzieło w szczegółach i posłać projekt ministerstwu. Tymczasem pra­cował pilnie, zwłaszcza wieczorami, i nieraz północ jeszcze zastawała go pochylonego nad planami...

Pewnego razu, gdy Marcin, stary sługa domu, wygarniał z pieca nie dopalone węgle, Czarnocki, rzuciwszy okiem na niedogarki, zauważył coś, co go zastanowiło.

— Poczekaj no, mój stary — wstrzymał zabierającego się już do wyjścia sługę. — Wysyp no mi te węgle tu na biur­ko na gazetę.

Marcin, trochę zdumiony, spełnił rozkaz.

— Tak. Dobrze. Teraz zostaw mnie, mój kochany, sa­mego.

Po wyjściu sługi uważnie przeglądnął raz jeszcze żużle. Od razu, na pierwszy rzut oka uderzył go ich kształt. Nie­dogarki dzięki szczególnemu kaprysowi ognia przybrały for­mę liter; ze zdumieniem studiował precyzję ich zarysów, wykończenie szczegółów: były to idealnie wyrzeźbione z węgla czcionki wielkich liter.

„Oryginalna łamigłówka — myślał bawiąc się ich układa­niem w rozmaite kombinacje. — Może się coś z tego złoży?” Jakoż po kwadransie otrzymał wyrazy: Żarnik — Pełgot — Czerwienieć — Wodopłoch — Dymostwór. — Ładna kompania — mruknął zapisując sobie dziwacz­ne imiona. — Cała ogniowa hołota; nareszcie znam was po nazwisku. Oryginalne, co prawda, odwiedziny — oryginalniejsze jeszcze bilety wizytowe.

I śmiejąc się pochował notatki w szafie.

Odtąd codziennie kazał przynosić sobie z pieca niedogarki, by za każdym razem znaleźć dla siebie „pocztę”.

A korespondencja zaczęła rozwijać się nader zajmująco. Po „wstępnej wizycie” nastąpiły „komunikaty z tamtego wymiaru”, fragmenty jakichś listów — ostrzeżenia, wreszcie groźby!

„Idź precz! Zostaw nas w spokoju! Nie igraj z nami” — lub: „Biada ci, biada!” — oto słowa, którymi zwyczajnie kończyły się te „ogniowe postylle”.

Na Czarnockim przestrogi sprawiały raczej humorystycz­ne niż poważne wrażenie. Owszem, zacierał ręce z zadowo­lenia i przygotowywał cios rozstrzygający. Czuł się silny i pewny zwycięstwa. Wypadki przy pożarach w pobliżu jego osoby ustały, nie powtórzyły się też jakoś niemiłe objawy w domu.

— Za to korespondujemy sobie co dnia jak na dobrych znajomych przystało — szydził, przeglądając każdego rana „pocztę piecową”. — Zdaje się, że te stworzonka potrafią wysilać całą swą złośliwą energię tylko w jednym kierunku. Teraz skupiły wszystkie swe zdolności na „firemessage” i dlatego nie zagrażają mi już z innej strony. Wielkie to szczęście — niechaj tylko pisują jak najdłużej; znajdą we mnie zawsze gorliwego odbiorcę.

Lecz z początkiem lutego „korespondencja” nagle urwała się. Jakiś czas przybierały jeszcze niedogarki kształt liter, lecz mimo wysiłków Czarnooki nie zdołał z nich złożyć ani jednego wyrazu; wypadały same bezmyślne zrzeszenia spółgłosek lub długie, kilkuczłonowe szeregi samogłoskowe.

„Poczta” psuła się wyraźnie, aż w końcu żużle straciły w ogóle wygląd czcionek.

— Firemessage skończony — wywnioskował pan Antoni zamykając czerwonym floresem Diariusz komunikatów og­niowych.

Przez parę tygodni był spokój. Czarnocki wykończył tym­czasem plan i konstrukcję gazowej sikawki i rozpoczął sta­rania o uzyskanie na nią patentu. Lecz praca nad wynalaz­kiem znać wyczerpała go, bo w marcu uczuł znaczny ubytek sił; wystąpiły też sporadyczne objawy katalepsji, której ulegał już dawniej w okresach zaburzeń na tle nerwowym. Ata­ki przychodziły, niedostrzegalne dla otoczenia, zwyczajnie w nocy podczas snu; budząc się nad ranem czuł się nadzwy­czaj znużony, jakby po odbyciu dalekiej drogi. Lecz sam nie zdawał sobie dokładnie sprawy ze swego anormalnego sta­nu, gdyż przejście z jednego w drugi odbywało się lekko, bez najlżejszych wstrząśnień: tylko sen się pogłębiał, względnie z naturalnego przechodził w kataleptyczny. Równolegle ze znużeniem po przebudzeniu szły nader żywe i barwne wspomnienia z wędrówek odbytych rzekomo w czasie snu; Czarnocki przez całą noc wspinał się po górach, zwiedzał obce miasta, włóczył się po jakichś egzotycznych krainach. Wyczerpanie nerwowe, które odczuwał w tym czasie nad ra­nem, zdawało się pozostawać w wyraźnym związku z sen­nymi podróżami w nocy. I — rzecz dziwna — tak je sobie nawet tłumaczył. Bo dla niego owe nocne włóczęgi były czymś zupełnie realnym.

Lecz się nikomu z tym nie zwierzał; ludzie i tak za wiele o nim wiedzieli. Po co wtajemniczać zbytnio przechodniów w dziedzinę życia własnej duszy?

Lecz gdyby był zwrócił baczniejszą uwagę na otoczenie i podał ucha temu, co wtedy o nim szeptano, może by się trochę o siebie zaniepokoił.

Zwłaszcza Marcin spoglądał w tym czasie na pana jakoś, dziwnie podejrzliwie i z pewną nieufnością.

Bo też miał do tego niejedną przyczynę. Gdzieś w pierwszej połowie marca przechodząc późno w noc ze świecą w rę­ce z kuchni do swej izdebki obok sypialni naczelnika, spostrzegł nagle w głębi korytarza szybko oddalającą się postać swego pana. Trochę zdziwiony, pośpieszył za nim, niepewny, czy mu się nie przywidziało. Lecz zanim doszedł do końca sieni, pan zniknął mu z oczu. Zaniepokojony przygodą, na palcach zakradł się do sy­pialni, gdzie zastał naczelnika w głębokim uśpieniu. W parę dni potem również nocą powtórzyło się to samo na klatce schodowej, na której stopniach zauważył Marcin pana swego, jak przechylony przez poręcz patrzył uważnie w dół. Zdjęty mrowiem sługa pobiegł ku niemu z okrzy­kiem:

— Co pan robi? Na miłość boską, toż to grzech!

Lecz zanim dobiegł do miejsca, gdzie stał Czarnocki, postać skurczyła się, zwinęła jakoś dziwacznie i bez słowa od­powiedzi wsiąkła w ścianę. Marcin, przeżegnawszy się, szybko zszedł do sypialni, by przekonać się, że i tym razem pan śpi snem kamiennym.

— Tfy! — mruknął starowina. — Czary czy diasek? Przecieżem nie pijany.

I już miał zawrócić do siebie, gdy wtem spostrzegł w głę­bi pokoju nowe zjawisko: o parę stóp nad głową śpiącego unosił się w powietrzu krwawo pełgający płomień. Miał kształt gorejącego krzaka, z którego co chwila wysuwały się w stronę pana Antoniego długie, ogniste macki, jakby pró­bując go dosięgnąć.

— Wszelki duch Pana Boga chwali! — krzyknął Marcin, rzucając się z gołymi rękoma na płonący zwid.

W jednej chwili ognisty krzew cofnął skwapliwie wyciąg­nięte w stronę śpiącego odnóża, skręcił się w zwarty, jedno­lity słup ognia i z cichym sykiem konającego żywiołu zgasł w kilku sekundach.

W pokoju zapanowała ciemność słabo rozświecana pło­mykiem świecy, opuszczonej przez sługę na podłogę. Czarnocki spał wyciągnięty sztywnie na łóżku...

Nazajutrz Marcin ostrożnie napomykał mu coś o złym wyglądzie i doradzał zawezwać lekarza; lecz pan Antoni zbył go żartem ani nie przeczuwając, co się święci.

W dwa tygodnie potem przyszło do katastrofy...

Było to w pamiętną dla miasta noc z 28 na 29 marca. Czarnocki wrócił dnia tego późno wieczorem, śmiertelnie znużony akcją ratunkową przy wielkim pożarze w magazy­nach kolejowych. Pracował w ogniu jak bohater i z kilka­krotnym narażeniem życia ocalił z płomieni kilku funkcjo­nariuszy, którzy zamknąwszy się gdzieś w głębi składów spali snem sprawiedliwych. Powróciwszy koło dziesiątej do domu, naczelnik jak nieżywy rzucił się w ubraniu na pop­rzek łóżka i zaraz zapadł w głęboki sen. Marcin, niespokojny o niego od paru już dni, czuwał wiernie przy lampce w sąsiedniej bokówce, zaglądając od czasu do czasu do sypialni. Koło dwunastej w nocy zmorzył go sen; siwa głowa starca pochyliła się ciężko na ramię i bez­wiednie spoczęła na stole. Wtem zbudziło go trzykrotne pukanie. Ocknął się i prze­cierając oczy zaczął nasłuchiwać. Lecz odgłos nie powtórzył się więcej. Wtedy z lampą w ręce wpadł do przyległego po­koju.

Lecz było już za późno. W chwili gdy otwierał drzwi sy­pialni, ujrzał pana jakby w otoku płomieni, które tysiącem ognistych ssawek zdawały się wnikać w jego ciało.

Zanim zdołał podbiec do łóżka, płomienna zjawa wsiąkła już zupełnie w śpiącego i zgasła.

Trzęsąc się cały jak liść osiki patrzył Marcin w osłupie­niu na leżącego.

Nagle rysy Czarnockiego uległy dziwnej zmianie: po twa­rzy dotąd nieruchomej przebiegł skurcz jakiś czy spazm nerwowy i wykrzywiwszy mu do niepoznania rysy zastygł grymasem na ustach. Naczelnik pchnięty tajemniczą siłą, która podstępnie opanowała mu ciało, nagle zerwał się z po­słania i z dzikim okrzykiem wypadł z domu.

Była czwarta rano. Na wschodniej rubieży nieba zaczę­ły majaczyć fioletowe brzaski. Sinoszare jutrznie szły, w miasto falami ocknień, przebudzeń..? Roje śródmiejskich ka­wek, wydrożone z sennej drętwoty, okrążyły kilkakrotnie czarnym pierścieniem wieżę ratuszową i gaworząc radośnie rozsiadły się po nagich, przedwiosennych drzewach. Parę psów bezpańskich, skończywszy ponocną wędrówkę po zauł­kach, teraz węsząc żerowało na rynku...

Nagle w kilku punktach miasta wytrysły fontanny ognia; czerwone, pełgocące kędzierze wykwitły purpurowymi kwia­tami ponad dachy i poszły w niebo. Zajękły dzwony koś­ciołów, szarpnęły ciszę zarania krzyki, zgiełk, głosy trwogi:

— Gore! Gore!

Siedem krwawych żagwi przekreślało poranny widno­krąg — siedem płomiennych proporców rozwinęło bandery ognia nad miastem. Palił się klasztor ojców reformatów, gmach sądu, starostwo, kościół Św. Floriana, koszary straży pożarnej i dwa domy prywatne.

— Gore! Gore!

Przez rynek przewalały się rzesze ludzi. Jakiś człowiek w stroju strażackim, z rozwianym włosem i płonącą pochod­nią w ręce, przeciskał się gorączkowo przez tłum.

— Kto to?! Kto to?!...

— Zatrzymać go! Zatrzymać!

Dziesięciu pożarników idzie za nim w tropy.

— Trzymać go! Trzymać! To podpalacz! Tysiące rąk wyciąga się chciwie za zbiegiem.

— Podpalacz! Zbrodniarz! — ryczy szalona od gniewu tłuszcza.

Ktoś wytrącił mu z rąk pochodnię, ktoś inny chwycił wpół. Szarpnął się i z pianą na ustach zaczął borykać się z przemocą... Wreszcie zmogli go. Skrępowanego sznurami, w podartym na strzępy ubraniu prowadzą przez rynek. Przy bladym świetle brzasku zaglądają mu w twarz:

— Kto to?!

Ręce strażaków mimo woli cofają się.

— Kto to?

Dreszcz grozy ścina słowa, dławi ochrypłe od krzyku gar­dła.

— Czyja to twarz?!

Z ramion szaleńca zwisają zdarte podczas walki epolety naczelnika straży pożarnej, na poszarpanej bluzie lśnią me­dale zdobyte w „ogniowej potrzebie”, błyszczy złoty krzyż zasługi. I ta twarz, ta twarz wykrzywiona zwierzęcym gry­masem, z parą krwawych, zezujących oczu!...

Przez cały miesiąc po wielkim pożarze, który spalił do­szczętnie siedem najpiękniejszych budowli miasta, noc w noc widywał Marcin, stary sługa domu Czarnookich, widmo pana zakradające się do sypialni. Cień opętańca stawał nad pus­tym łóżkiem i szukał ciała, jakby pragnąc wejść w nie z po­wrotem. Lecz szukał na próżno...

Dopiero gdy z końcem kwietnia naczelnik straży rzucił się w przystępie szału z okna zakładu dra Żegoty i zginął na miejscu, cień jego przestał nawiedzać dawne mieszkanie...

Lecz do dziś dnia jeszcze krążą wśród ludzi legendy o du­szy Ogniotrwałego, co porzuciwszy we śnie swe ciało wrócić już doń nie mogła, bo weszły w nie żywiołaki.

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki